Czcigodni Najbliżsi Pani Profesor Wandy Półtawskiej na czele z Córkami,
Eminencjo, Księże Kardynale,
Czcigodni Księża Arcybiskupi i Biskupi,
Wielce Szanowna Pani Minister,
Szanowni Państwo Ministrowie,
Panie Wojewodo,
Panie i Panowie Posłowie, Senatorowie,
Wszyscy Przedstawiciele władz centralnych i samorządowych,
Czcigodni Księża,
Szanowni Panie i Panowie Generałowie, Oficerowie,
Wszyscy Wielce Szanowni Przybyli Państwo na czele z Profesorami, Rektorami,
Wszyscy Dostojni Przybyli Goście!
Odprowadzamy dzisiaj w ostatnią drogę Panią Profesor Wandę Półtawską. Harcerkę i żołnierkę, lekarza i profesora, i wreszcie wojowniczkę. Niezłomną wojowniczkę o drugiego człowieka. Była harcerką w 4 Żeńskiej Drużynie im. Orląt Lwowskich w Lublinie, gdzie wychowała się, gdzie kończyła szkoły. Aż do momentu, kiedy w jej życiu nastąpiła wielka cezura, jaką był 1939 rok i wybuch II wojny światowej, i te dni wrześniowe, w których wszystko się zmieniło. Zmieniło się także jej życie, już wtedy w zasadzie dorosłe, które – tak jak i ona sama – poddane zostało wielkiej próbie.
Może Cię zainteresować Ostatnie pożegnanie prof. Wandy Półtawskiej
Było dla niej zapewne czymś całkowicie naturalnym, że niemiecka okupacja Polski, utrata niepodległości przez ojczyznę – coś, o czym tylko słyszała wcześniej od swoich rodziców; że Polska może nie być niepodległa, że Polski może nie być na mapie – stały się jej osobistym życiowym doświadczeniem, wobec którego sprzeciwiła się. W 1941 roku, w lutym, kiedy miała niespełna 20 lat, została przez Niemców aresztowana i od razu w słynnej lubelskiej siedzibie gestapo Pod Zegarem poddana brutalnemu śledztwu połączonemu z torturami, z masakrowaniem jej ciała, duszy i umysłu.
Potem Zamek Lubelski. To potworne miejsce – przed którym do dzisiaj kolejne pokolenia pochylają głowy jako miejscem kaźni naszych rodaków – było jej udziałem, z którego zaocznie skazana na śmierć przewieziona została do piekła dla kobiet, jakim był niemiecki obóz koncentracyjny i zagłady w Ravensbrück. Nie da się opisać tego, co tam przeszła razem z 73 innymi dziewczętami i kobietami z Polski poddawana eksperymentom przez niemieckich pseudolekarzy – w istocie po prostu zbrodniarzy wojennych, którzy dokonywali na nich eksperymentów medycznych.
Przetrwała. Przeżyła niezwykłą siłą swojego ducha, niezwykłą siłą swojego umysłu, niezwykłą siłą także swojego ciała, jakże przecież wątłego. Wszyscy znamy ją znakomicie jako drobną kobietę. Ale tylko fizycznie. Myślę, że jej ducha nie pomieściłaby bazylika Mariacka – tak był wielki, tak był silny. Przetrwał wszystko przez 102 lata długiego życia.
Te doświadczenia – myślę – między innymi popchnęły ją w kierunku obrania po wyzwoleniu, po powrocie z obozu, drogi lekarza po to, by nieść pomoc drugiemu człowiekowi. Po to, by także i szukać odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że człowiek mógł stać się taki i może być taki jak ci, z którymi ona na swojej – tak przecież wtedy krótkiej jeszcze – drodze życia się spotkała; którzy potrafili drugiemu człowiekowi wyrządzać tak straszliwe zło. I to wielkie pytanie, które zapewne niejednokrotnie zwłaszcza wtedy przenikało jej serce: czy człowiek może być w gruncie rzeczy aż tak zły i czy można kochać takiego człowieka?
Niosła pomoc jako lekarz psychiatra początkowo w ramach Kliniki Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale potem – wiedziona powołaniem – zwróciła się w kierunku rodziny jako tego podstawowego miejsca, jako tej kolebki społeczeństwa, z której w istocie społeczeństwo się wywodzi i z której się rodzi. Z której wychodzimy my wszyscy, którzy później razem to społeczeństwo współtworzymy. Niestrudzona wojowniczka o drugiego człowieka. Niestrudzona wojowniczka o życie. Niestrudzona wojowniczka o moralność. Niestrudzona wojowniczka o świadomość. Niestrudzona wojowniczka o drugiego człowieka.
Kiedy patrzy się na historię jej życia, kiedy słucha się tego, co mówiła, co napisała, wcale nie dziwi, że drogi jej i Księdza Karola Wojtyły spotkały się. I że on dostrzegł w niej tego właśnie ogromnego ducha i niezwykłą siłę, której tak wielu przeciwnościom losu nie udało się zmiażdżyć. Myślę, że dostrzegał ją także i Pan Bóg – nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
Nie tylko dlatego, że przeprowadził ją żywą przez piekło przesłuchań i Ravensbrück, ale także dlatego, że pokonał w niej chorobę nowotworową, która dotknęła ją już jako matkę i żonę, kiedy opiekowała się, służąc drugiemu człowiekowi, swoimi dziećmi; kiedy dokonany został wobec niej cud uzdrowienia za wstawiennictwem także z całą pewnością św. Jana Pawła II, ale przede wszystkim św. Ojca Pio, do którego Karol Wojtyła zwrócił się listownie o pomoc.
Jak Państwo zapewne wiecie i pamiętacie, początkowo nie wierzyła w swoje cudowne uzdrowienie. Uważała, że koledzy lekarze pomylili się w diagnozie i że w istocie choroby nowotworowej zapewne nie było. Zrozumiała, że doszło do cudu dopiero wtedy, kiedy spotkała się osobiście z Ojcem Pio. Powiedziała zresztą później w audycji w Polskim Radiu, że jej – jako lekarzowi – nawet przez myśl nie przeszło, że mogłaby zostać uzdrowiona, że mógłby nastąpić jakiś cud. Tak bardzo w istocie była także i pragmatyczna, tak niezwykle twardo stąpała po ziemi. Tak bardzo również i profesjonalne miała podejście do zajęcia, które realizowała w swoim życiu zawodowym.
Ale obok tego zdania we mnie osobiście, właśnie także z punktu widzenia historii jej życia i tego wszystkiego, co przeżyła, tych wszystkich straszliwych doświadczeń, które naznaczyły jej drogę życiową, jest zdanie z pewnej historii, którą przytacza, wspomina w swoich „Beskidzkich rekolekcjach” – historii jej spotkań i wymiany korespondencji z Karolem Wojtyłą, z Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Historię przyjaźni tego księdza, biskupa, arcybiskupa, kardynała, Ojca Świętego z Państwem Półtawskimi – Wandy Półtawskiej i jej męża, powstańca warszawskiego, profesora filozofii.
W czasie jednej z górskich wypraw w Beskidy wysiadają z samochodu prosto na deszcz i szybko decydują się schronić w pierwszym napotkanym z brzegu gospodarstwie. Wchodzą tam i spotykają gospodynię, która jest sama, zaprasza ich w swoje progi, tak jak to jest w naszym obyczaju. Po czym po krótkiej rozmowie mówi im, że właśnie pochowała swojego męża, że zmarł niedawno, że jest samotną wdową. I gdzieś w tej rozmowie pada pytanie o męża, w związku z tym o życie i także o to, czy to był dobry mąż. I ona mówi: „Chyba nie był dobrym mężem. Chyba generalnie nie był dobry. Ale przecież to nie sztuka kochać dobrego”. I Pani Profesor Wanda Półtawska pisze: „To zdanie było dla mnie przedmiotem do dalszych długich rozmyślań”.
To jest – proszę Państwa – dokładnie to. To nie sztuka kochać dobrego. A przecież mamy kochać każdego swojego bliźniego. Jakże trudno jest kochać jako bliźniego oprawcę z Ravensbrück. Jakże trudno jest kochać jako bliźniego oprawcę z siedziby gestapo Pod Zegarem w Lublinie. Jakże trudno jest kochać jako bliźniego brutalnego żołnierza, który na ulicy morduje kobietę, dziecko. Jakże trudno jest kochać jako bliźniego mordercę, którego przyprowadzają Wam jako lekarzowi psychiatrze, ekspertowi po to, by przeprowadzić analizę jego osobowości, stabilności emocjonalnej i psychicznej, i wydać diagnozę, czy jest on psychicznie zdrowy i zdolny do rozpoznawania swoich czynów. Jakże trudno jest…
A jednak Pan Bóg nakazuje nam kochać bliźniego jak siebie samego. I myślę, że Pani Profesor Wanda Półtawska przez całe życie w jakimś sensie zmagała się z tym paradoksem. Stąd jej wielkie – śmiało można powiedzieć – uwielbienie, afirmacja życia. Życia, które ratowała na każdym kroku. Życia tych, którzy chcieli ze swoim życiem skończyć, a którym ona pomagała odnaleźć w życiu sens. Życia dzieci, którym chciano to życie odebrać, a które ona uratowała, rozmawiając z ich matkami, przekonując je, jak wielki skarb noszą pod swoim sercem. Życia rodzin, którym pomagała się scalić w różnych kryzysach i być nadal – ile tysięcy ich jest wśród nas.
To nieocenione dzieło, jakie Pani Profesor Wanda Półtawska wykonała dla Polski, dla Rzeczypospolitej, którą umiłowała od swojego dzieciństwa jako harcerka. Bóg, honor i ojczyzna; ideały, którym służyła od wczesnej młodości, od dzieciństwa aż – nie mam wątpliwości – do ostatniej chwili swojego życia.
Czasem na nagrobkach napisane jest: „Odszedł/odeszła po nagrodę”. Nie wiemy, za co w istocie Pan Bóg nagrodzi nas w niebie, ale – patrząc na zasady, w które wierzymy jako chrześcijanie, jako katolicy – nie mamy chyba wątpliwości, że jeżeli ktoś odchodzi po nagrodę, to właśnie ktoś taki jak Pani Profesor Wanda Półtawska. Ale często jest też napisane: „Wierzył/wierzyła w życie wieczne”. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że Pani Profesor Wanda Półtawska wierzyła w życie wieczne i że życie wieczne jest w tej chwili jej udziałem. Wierzę w to głęboko, że cieszy się już obecnością w niebie, przy tronie Pana Boga, gdzie już pewnie rozmawia z Ojcem Świętym Janem Pawłem II tak jak dawniej – twarzą w twarz.
Ale nie mam wątpliwości jeszcze co do jednego: że Pani Profesor Wanda Półtawska po prostu wierzyła w życie. Wierzyła w życie jako drogę, która może i powinna być drogą do świętości dla każdego człowieka. I za to – Pani Profesor – z całego serca dziękujemy. I za ten wielki, nieoceniony wkład w Rzeczpospolitą. Bo dzięki Pani pracy i służbie drugiemu człowiekowi z całą pewnością jest ona piękniejsza, niż mogłaby być, gdyby Pani nie było. I lepsza. Za co z całego serca dziękuję.
Pani Profesor, dziękujemy. Niech Pan Bóg prowadzi!