Wielce Szanowni Najbliżsi śp. Pana Franciszka Pieczki,
Szanowna Pani Minister,
Szanowni Państwo Ministrowie,
Ekscelencjo, Księże Biskupie,
Czcigodny Księża,
Szanowni Panie i Panowie Profesorowie,
Wszyscy Dostojni Przybyli Goście,
Wielce Szanowni Państwo!
Mówię „Wielce Szanowni Przybyli Goście”, bo śmiało można powiedzieć, że wspaniały i wielki człowiek, którego dzisiaj żegnamy tutaj, w Falenicy – który kilka dni temu przeszedł, jak mówimy my, ludzie wierzący, do lepszego życia – powitałby wszystkich jako gości, nie jako żałobników po 94 latach swojego długiego życia. Pięknego i niezwykłego życia. Życia, które z całą pewnością – można powiedzieć – miało dwa oblicza: jakże różne od siebie, ale zarazem jakże pokazujące, kim był; jak bardzo nietuzinkową był postacią.
Z jednej strony, jak przeczytałem, 126 ról aktorskich, 126 postaci, które zagrał w swoim życiu zawodowym, a z drugiej – tylko jedna postać, którą zagrał w życiu. Tylko jeden kochający od wczesnej młodości do ostatniej chwili swojego życia mąż, ojciec córki i syna, dziadek, przyjaciel, zwykły człowiek.
Praca, pobożność, pokora – jak powiedział przed chwilą Ekscelencja Ksiądz Biskup. Jakże to bardzo śląskie, czyli dokładnie takie, jaki był. Trudno sobie chyba w ogóle w Polsce dziś wyobrazić rzeczywiście poważny film o Śląsku i śląskości bez obecności w nim Franciszka Pieczki – tego właśnie człowieka, tego właśnie aktora.
A jednocześnie popatrzcie, Państwo: trzy najwyższe polskie odznaczenia tutaj, na orderowych poduszkach przy jego trumnie na pożegnanie – nadane przez różnych Prezydentów Rzeczypospolitej. Trzy najwyższe, patrząc w kolejności, tak jak są ułożone. To się nie zdarza i to nie jest przypadek.
To nie tylko pożegnanie wielkiego aktora, to nie tylko pożegnanie wielkiej postaci polskiej sceny i teatralnej, i filmowej przez dziesięciolecia, od lat 50.
Ale to także pożegnanie człowieka, którego życie – z całą pewnością można powiedzieć – było wzorcowe. Człowieka niezwykle porządnego, człowieka niezwykle rzetelnego, człowieka niezwykle ludzkiego, życzliwego ludziom, człowieka dobrego, a zarazem niezwykle szlachetnego. W wielu tego słowa znaczeniach – szlachetnego.
W króciuteńkim filmiku, który został przygotowany po to, żeby promować uroczyste obchody stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości i stulecie zwycięskich powstań śląskich – w szczególności trzeciego powstania śląskiego – jest taki krótki fragment, kiedy mówi: „Choć kawa czorno i gorzko, byle polsko”.
Polskość i śląskość w jednym, jako jedna nierozerwalna całość. W tej wielkiej tradycji wtopionej także w jego duszę śląską i polską zarazem.
Syna powstańca śląskiego, chłopaka, który pracował na Śląsku i w polu na roli, i przez moment pracował w kopalni, cały czas marząc o kinie i o aktorstwie. Jak sam wspominał – pewnie z uśmiechem – ojciec gonił go, nie chciał się godzić, żeby chodził do kina, bo uważał, że kino prowadzi w życiu na manowce, i uważał, że film godzi w moralność, psuje człowieka.
Całym swoim późniejszym życiem pokazywał, że może być odwrotnie – że film może budować człowieka, że może pokazywać, jaki ten człowiek być powinien – w tak bardzo wielu przedstawieniach człowieka: od Kiemlicza do św. Piotra; od fabrykanta, bogacza, geniusza, a jednocześnie prostego człowieka, łódzkiego Mullera – z jednej strony – aż do myśliciela Jańcia Wodnika. W tak wielu różnych postaciach. W tak wspaniały sposób.
Nie wiem, czy jest w naszym kraju jakiś widz znający Franciszka Pieczkę tylko i wyłącznie jako postać sceniczną, filmową, który mógłby pod jego adresem podnieść choć jeden zarzut. Myślę, że nie. Cieszył się niezwykłą sympatią i szacunkiem – jako aktor, jako człowiek, jako Ślązak, jako Polak. Ale przede wszystkim był ogromnie lubiany – niezwykle ceniony i ogromnie lubiany. Właściwie za wszystkie swoje role aż do samego końca, do swoich niezwykle sympatycznych ostatnich występów aktorskich jako nestor wioski Wilkowyje w „Ranczu”.
Wielki zapis historii polskiego kina, wielki zapis historii polskiej sceny, poczynając od pierwszych kroków na deskach teatru w Jeleniej Górze, potem przez 10 lat w Krakowie, w Teatrze Ludowym, wreszcie Warszawa, sceny warszawskie. A rodzinnie, domowo – sercem tutaj, w Falenicy, od 1969 roku.
Niezwykłe, a zarazem zwykłe życie. Śmiało można powiedzieć: jak wzorzec do naśladowania dla tak wielu z nas. Z jednej strony – zawód wykonywany w świetle jupiterów, w światłach rampy, a z drugiej – przywiązanie do tych wartości absolutnie podstawowych, najważniejszych, najszlachetniejszych i niezłomna wierność tym wartościom. Jako świadectwo wielkości – wielkości artysty, wielkości człowieka, wielkości obywatela.
Z całego serca chcę podziękować. Z jednej strony – śp. Panu Franciszkowi Pieczce za jego piękne i niezwykłe życie, za jego wkład w rozwój polskiego teatru i polskiego kina, za jego wkład w rozwój polskiej sztuki scenicznej w szerokim tego słowa znaczeniu. Ale chcę mu podziękować także za przykład jego życia dla najbliższych i dla wszystkich tych, którzy bliżej go znali i się z nim stykali i dla których z całą pewnością jest wzorcem. Tak jak przede wszystkim dla najbliższych.
I chcę podziękować jego najbliższym za to, że do samego schyłku tego jakże długiego i pięknego życia opiekowali się nim do ostatniego momentu, dając mu rodzinne ciepło, a więc oddając także to, co jakże było ważne – i jest – dla śląskiej rodziny, każdego śląskiego domu i tej przysłowiowej śląskiej chaty: bycie razem do samego końca.
Panie Franciszku, z całego serca dziękujemy. Niech Pan spoczywa w pokoju, a jednocześnie – w co głęboko wierzymy – niech się Pan cieszy teraz współobecnością razem ze swoją małżonką, Panią Henryką, za którą Pan tak bardzo tęsknił i o której marzył Pan, że nadejdzie niedługo dzień tego ponownego spotkania po jej, jak Pan podkreślał, dla Pana przedwczesnym odejściu. Nie mamy wątpliwości, że cieszycie się już razem wspólną obecnością przy tronie Pana Boga.
Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie…
Może Cię zainteresować Ostatnie pożegnanie śp. Franciszka Pieczki