Menu rozwijane

11 kwietnia 2016
Wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla tygodnia "Do Rzeczy" (fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP) (1)
Wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla tygodnia "Do Rzeczy" (fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP) (2)
Wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla tygodnia "Do Rzeczy" (fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP) (3)
Wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla tygodnia "Do Rzeczy" (fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP) (4)
Wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla tygodnia "Do Rzeczy" (fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP) (5)
o1023544750.jpg
o940112557.jpg
o2077100400.jpg
o172304906.jpg
o1554879007.jpg

Wywiad z Prezydentem RP Andrzejem Dudą ukazał się 11 kwietnia 2016 roku w tygodniku „Do Rzeczy”.

 „Do Rzeczy”: W dniu, w którym rozmawiamy, odbyło się posiedzenie Trybunału Konstytucyjnego, Trybunał wydał orzeczenie. Strona rządowa nie uznaje ani posiedzenia, ani orzeczenia. Takich sytuacji będzie więcej. Czy grozi nam sytuacja dwuwładzy w państwie?

Prezydent Andrzej Duda: Bardzo liczę na to, że inicjatywa, która pojawiła się ostatnio w Sejmie, sprawi, że do tego nie dojdzie. Uważam, że sprawa powinna zostać rozwiązana tam, gdzie się zaczęła, czyli właśnie w Sejmie. Platforma Obywatelska pod koniec swoich rządów, mając większość parlamentarną, zmieniając ustawę, wybierając siłowo sędziów, naruszyła konstytucję, dobry obyczaj i zasadę pluralizmu Trybunału, która była ważnym elementem jego konstrukcji od wielu lat. Dlatego pozytywnie przyjąłem inicjatywę, która ma na celu znalezienie rozwiązania sytuacji i sądząc po głosach części opozycji – o światełku w tunelu, o tym, że trzeba konstruktywnie podejść do rozmów i do prac komisji eksperckiej – jest szansa na to, że uda się ten problem rozwiązać.

A jeśli się nie uda? Na razie przełomu nie widać.

 Jeżeli się nie uda, to bez wątpienia będzie potrzebna inicjatywa prezydencka i wówczas ją podejmę.

Na czym miałaby ona polegać?

Zobaczymy, jak będzie wyglądała kwestia dyskusji w Sejmie, jak rozkłada się prawdopodobieństwo akceptacji dla pewnych rozwiązań ze strony opozycji. Bo są różne propozycje.

Jak wygląda propozycja prezydenta?

Od dłuższego czasu pracujemy nad tym w kancelarii, sam to rozważam, konsultowałem się ze środowiskami młodych prawników, z organizacjami, które podpisały swego czasu memorandum 10 tez, jeśli chodzi o Trybunał Konstytucyjny, w którym wskazywali różne rozwiązania istniejące w innych krajach. Niektóre z nich są ciekawe. Kontynuujemy te prace, zastanawiając się, które z tych rozwiązań mogłyby być najkorzystniejsze dla Polski. To zmierza w kierunku zmiany sposobu wybierania sędziów, o tym zresztą wspominała także Komisja Wenecka w swojej opinii. Trzeba się zastanowić nad tym, jak odpolitycznić Trybunał Konstytucyjny, gwarantując jednocześnie jego pluralizm. Dzisiaj w wielu przypadkach wygląda to tak, jakby Trybunał był wykorzystywany jako narzędzie polityczne. To nie buduje autorytetu tej instytucji.

W grudniu w orędziu telewizyjnym obiecywał pan powołanie specjalnego zespołu w ramach Narodowej Rady Rozwoju z przedstawicielami partii i ekspertami, który miałby wypracować nowy sposób wyboru sędziów Trybunału. Mamy kwiecień. 

Te prace są powoli, spokojnie prowadzone. W tej chwili patrzę z uwagą na to, co się dzieje w Sejmie, i od tego uzależniam swoje dalsze decyzje. Chciałbym zobaczyć, jak będzie wyglądała atmosfera tych prac, jakie będzie nastawienie różnych stron i czy rozmowy będą konstruktywne. Nie wykluczam, że w trakcie prac w Sejmie przedstawię także do rozważenia swoje propozycje z apelem, aby zostały wzięte pod uwagę.

Większość opozycji, a także odwiedzający ostatnio Polskę sekretarz generalny Rady Europy Thorbjorn Jagland oraz wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans podkreślają, że warunkiem porozumienia jest publikacja w „Dzienniku Ustaw” orzeczenia Trybunału z 9 marca. Na ten warunek rząd nie chce się zgodzić. Jest pat.

Pani premier podjęła taką decyzję, a nie inną, opierając się na opinii swoich prawników, którzy stwierdzili, że Trybunał działał z pogwałceniem konstytucji, przede wszystkim art. 7, który mówi, że organy państwa działają na podstawie i w granicach prawa. W związku z tym Trybunał nie ma prawa powiedzieć, że nie uznaje ustawy, która została uchwalona przez Sejm, została opublikowana i obowiązuje. Nie ma prawa orzekać, omijając tę ustawę. Czytam publikacje niektórych prawników, którzy argumentują, że Trybunał znalazł się w pułapce logicznej i nie miał innego wyjścia. Nie można tak twierdzić, bo to oznacza, że takiej samej argumentacji dowolnie mógłby użyć każdy organ państwa. Sejm też mógłby sobie stwierdzić, że znalazł się w pułapce logicznej i oto dzisiaj w nocy przyjmuje nową konstytucję. Tak argumentować nie wolno.

Niektórzy twierdzą, że publikacja wyroku w „Dzienniku Ustaw" nie jest wcale potrzebna, by on obowiązywał.

Są prawnicy i sędziowie Trybunału, którzy twierdzą rzeczy, o których nigdy się nie śniło Rzeczypospolitej Polskiej. Trybunał w ostatnim czasie wielokrotnie zaprzeczył swojemu wcześniejszemu, ugruntowanemu orzecznictwu, łamiąc wszystkie zasady. Nic mnie już nie zdziwi.

Trybunał będzie wydawał kolejne wyroki, rząd nie będzie ich publikował, ale część sądów mimo to może zacząć traktować je jako obowiązujące.

To jest kwestia odpowiedzialności sędziów, którzy również powinni dbać o praworządność i działać zgodnie z obowiązującym prawem, a prawo stanowi jasno i wyraźnie i w tej sprawie jest łamane. Poza tym są jeszcze sądy odwoławcze. Mam jednak nadzieję, że do takich sytuacji nie będzie dochodziło, bo liczę, że problem zostanie rozwiązany w drodze kompromisu w Sejmie.

Dopóki go nie ma, dopóty sytuacja jest z punktu widzenia państwa i obywateli groźna, bo oznacza prawny chaos.

Podstawowym elementem tej sytuacji jest to, że prezes Trybunału Konstytucyjnego zdecydowanie stanął po jednej stronie sceny politycznej i w zasadzie stał się politykiem. Nie ma podstaw prawnych do tego, by prezes Trybunału nie dopuszczał trzech sędziów do orzekania. Wpuścił ich przecież do Trybunału jako sędziów zaprzysiężonych, wyznaczył im miejsca pracy, pokoje, płaci im pensje sędziów, a nie dopuszcza ich do pracy, nie mając ku temu w mojej ocenie żadnych konkretnych podstaw prawnych. Przecież to jest abstrakcja. Sam Trybunał w swoim wyroku z 7 stycznia powiedział, że nie ma kompetencji do tego, by w jakikolwiek sposób oceniać zgodność z konstytucją uchwał Sejmu dotyczących wyboru sędziów. Oczywiście część zwolenników prof. Rzeplińskiego udaje, że tego nie widzi, i unika tego wątku w swoich wypowiedziach medialnych, ale takie są fakty.

Trybunał uznaje, że orzekać powinno trzech sędziów wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji. Tych, których pan prezydent nie chce zaprzysiąc.

W konstytucji jest tylko jeden przepis, który mówi o składzie Trybunału Konstytucyjnego, i on mówi o liczbie 15 sędziów W tej chwili tylu jest zaprzysiężonych i tylu powinno orzekać. I skoro Trybunał nie stosuje ustawy, powołując się wyłącznie na konstytucję, to niech będzie konsekwentny i niech orzeka w składzie 15 sędziów, a nie - jak obecnie - 12. Konstytucja nie zna takiego składu, a skoro tak, to znaczy, że to nie jest Trybunał Konstytucyjny, tylko spotkanie, na którym nie mogą zapadać wyroki.

Opozycja sugeruje, by w miejsce sędziego Mirosława Granata, któremu 27 kwietnia wygasa kadencja, wybrany został jeden z trzech niezaprzysiężonych sędziów, wybranych przez poprzedni Sejm. To dobry punkt wyjścia do kompromisu?

Z tego, co wiem, żaden z tych trzech kandydatów nie został w terminie zgłoszony. A więc nie zrobiła tego także opozycja. Jeżeli jednak w przyszłości Sejm wybierze kogoś z tamtej trójki, to ja dokonam zaprzysiężenia, nie widzę tu problemu.

Jak duże straty wizerunkowe ponosi Polska w związku ze sporem o Trybunał?

Spór ma charakter polityczny, proszę zwrócić uwagę na to, że bardzo podobny toczy się właśnie w Stanach Zjednoczonych. Chodzi o konflikt między prezydentem a większością republikańską o obsadę jednego, absolutnie kluczowego stanowiska w amerykańskim Sądzie Najwyższym. Jakoś nikt nie krzyczy, że w Ameryce jest łamana demokracja, że to skandal itd. Poza granicami pojawiło się dużo nieprawdy o sytuacji w Polsce w medialnych publikacjach, ale także w wypowiedziach – co stwierdzam z przykrością - niektórych polskich polityków, które były wygłaszane i komentowane za granicą.

Jak w tym kontekście należy ocenić zachowanie ambasadora Polski w USA, który pisze publicznie, że sytuacja i atmosfera w Polsce przypomina mu rok 1968 i antysemickie czystki?

Odbieram tę wypowiedź jako bardzo emocjonalną i ubolewam, że takie słowa padły. Rozumiem, że pan ambasador działał pod wpływem emocji, ale urzędujący dyplomata powinien umieć zachować większy dystans.

Brak lojalności urzędników państwowych wobec nowego rządu to szersze zjawisko?

Mamy do czynienia z sytuacją, w której nastąpiła zmiana władzy w wyniku demokratycznej decyzji Polaków. Obóz polityczny który rządził przez osiem lat i obsadził wszystkie stanowiska wszędzie, stracił władzę. Przychodzi nowa ekipa i jest naturalne, że dokonuje ona weryfikacji osób, ich działalności, dokonuje w pewnych obszarach wymiany kadr, co tym, którzy muszą odejść, może się nie podobać. I czasem są z tego powodu problemy.

Tak jak wtedy, gdy odwołany przez rząd z funkcji ambasadora przy UE Marek Prawda zostaje stałym przedstawicielem Komisji Europejskiej w Polsce i z jej ramienia ma oceniać stan demokracji w Polsce?

Jest to dla mnie znamienne i pokazuje niestety stosunek Komisji Europejskiej do Polski i Polaków. Komisja Europejska ostatnimi czasy działa w sposób, który wzbudza wątpliwości wielu, i to nie tylko polskich, polityków. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób KE atakuje Włochy i jak ostre wypowiedzi w odniesieniu do komisji formułuje premier Włoch. Co do Polski liczę na to, że komisja dokona pewnej refleksji. Przypomnę, że jest opinia prawników Rady Europejskiej, która mówi, że komisja podejmując działania wobec Polski, przekroczyła swoje kompetencje traktatowe. Liczę na to, że ostatnie spotkania, które się odbyły w Warszawie, poszerzą trochę spektrum wiedzy członków komisji, którzy spojrzą na to, co się u nas dzieje, bardziej obiektywnie. Wydaje mi się, że do tej pory to spojrzenie było bardzo jednostronne.

Także przebywający akurat na szczycie nuklearnym w USA Donald Tusk wyraził zaniepokojenie sytuacją w Polsce. Mówił o Trybunale, stadninach koni i wycince drzew w Puszczy Białowieskiej. - Zastanawiam się, czy nie zaczną strzelać do bocianów - stwierdził.

Donald Tusk jest przewodniczącym Rady Europejskiej, a więc organu międzynarodowego Unii Europejskiej, i w związku z tym powinien być ponad wszelkimi podziałami politycznymi, wewnątrzkrajowymi. Nie słyszałem tego typu wypowiedzi przewodniczącego Tuska na temat innych państw. Może po prostu wciąż trudno mu wyjść ze swojej roli polityka Platformy.

Pan też brał udział we wspomnianym szczycie nuklearnym w USA. Jak wyglądało spotkanie z Barackiem Obamą? Czy w ogóle do niego doszło i ile trwało? Bo tymi pytaniami przez kilka dni żyła część krajowych mediów.

Trwało kilka minut, nie patrzyłem na zegarek i nie myślałem o tym, że w kraju będzie oczekiwanie, bym podał co do sekundy czas rozmowy. Rozmowa trwała chwilę, pan prezydent Obama podziękował mi za przybycie na szczyt bezpieczeństwa nuklearnego, podziękował za to, że Polska wywiązuje się ze swoich zobowiązań w tym zakresie, i faktycznie zapytał, jak wygląda kwestia Trybunału Konstytucyjnego. Opowiedziałem mu o inicjatywie podjętej w Sejmie, która może przynieść rozwiązanie problemu.

Jadąc na szczyt, wiedział pan, że Amerykanie ogłoszą publicznie informację o brygadzie pancernej, która ma rotacyjnie stacjonować w Europie Środkowo-Wschodniej?

Spodziewaliśmy się i samej informacji, bo przecież prowadziliśmy na ten temat rozmowy od dawna, i tego, że zostanie niebawem ogłoszona, ale oficjalną informację otrzymaliśmy na miejscu.

 

Początkowo mówiło się o stałych bazach NATO. Kiedy okazało się, że żołnierze będą stacjonować rotacyjnie, pojawiły się opinie, iż to efekt zamieszania wokół Trybunału. Że to osłabiło naszą pozycję.

Wiem, że niektórzy politycy czy publicyści będą opowiadali różne rzeczy, ale proszę mi wierzyć, iż Stany Zjednoczone realizują swoją politykę bezpieczeństwa tak, jak uważają to za stosowne, zgodnie ze swoją strategią geopolityczną i militarną, i nie ma to związku z sytuacją wewnętrzną danego kraju. Co do stałych baz, mnie od samego początku chodzi o jedno - wzmocnienie bezpieczeństwa Polski i moich rodaków. To kwestia po pierwsze modernizacji naszej armii, by była jak najsprawniejsza i zdolna do skutecznej obrony kraju. A po drugie obecności w sojuszu północnoatlantyckim, który powinien być gwarantem naszego bezpieczeństwa. Stąd mój postulat, by zwiększyć obecność sojuszu w naszej części Europy, w tym w Polsce. NATO musi być sojuszem żywym, odpowiadającym na współczesne potrzeby bezpieczeństwa. A to oznacza obecność armii sojuszniczych na naszym terytorium. Obecność ta może przybrać kilka postaci: stałe bazy, takie jak w latach 60., 70. i 80, zakładano w Niemczech, oddziały na zasadzie rotacji i obecność infrastruktury militarnej.

Pan w kampanii mówił o stałych bazach.

Rzeczywiście na samym początku tak mówiłem, ale przeprowadziłem później mnóstwo rozmów, m.in. w kwaterze głównej NATO, gdzie mowa była o pewnej strategii działania. Usłyszałem, że nie ma teraz polityki stałych baz, jest polityka rotacji, bo dzięki temu więcej żołnierzy może zostać przeszkolonych we współdziałaniu. Mnie chodzi o efekt. Efektem ma być faktyczna obecność NATO i obecność infrastruktury którą polskie wojsko mogłoby wykorzystywać do ćwiczeń, bo to oznacza dla nas dodatkową gwarancję bezpieczeństwa.  Jeśli to się uda zrealizować, to będę w pełni zadowolony. Dlatego cieszą mnie ostatnie deklaracje USA.

Bazy NATO to nie wszystko. Co z naszą armią? Eksperci mówią, że w razie ataku zajęcie Polski trwałoby kilka dni.

Polska armia wymaga modernizacji, naprawy, wzmocnienia. Zdaję sobie z tego sprawę i przykładam do tego dużą wagę. Poza otrzymywaniem oficjalnych danych staram się regularnie odwiedzać jednostki wojskowe i rozmawiać z dowódcami. Stan naszej armii pozostawia wiele do życzenia, choćby kwestia wyposażenia umożliwiającego żołnierzom normalne i bezpieczne funkcjonowanie. Podczas spotkań z nimi często podkreślam, że proces modernizacji armii ma służyć także zwiększeniu ich własnego bezpieczeństwa. Jeśli mamy jednostkę saperów, która nie posiada pojazdów opancerzonych, którymi mogłaby dowieźć saperów do punktu wykonania zadania, to ci żołnierze nie są odpowiednio chronieni, nie są bezpieczni. Oczywiście, że to wymaga pieniędzy. Obecne wydatki, czyli 2 proc. PKB, to poziom, do którego się zobowiązaliśmy przed naszymi sojusznikami i którego dotrzymujemy. Pewnie, że chciałbym, aby w budżecie znalazło się tych pieniędzy więcej, aby uzupełnić wszystkie braki od razu, ale nie zawsze jest taka możliwość. Trzeba w sposób spokojny i konsekwentny prowadzić plan modernizacji, zaczynając od uzupełnienia wyposażenia jednostek. Zupełnie inną sprawą, równie ważną, pozostaje kwestia sprawności systemu dowodzenia. Będę o tym dyskutował z panem ministrem Macierewiczem i generałami. Niewykluczone, że trzeba będzie dokonać pewnych zmian.

Stworzenie obrony terytorialnej to dobry pomysł? 

Taka formacja, odpowiednio liczna i dobrze przygotowana do obrony kraju, jest na pewno potrzebna.

Mija właśnie szósta rocznica katastrofy smoleńskiej. PiS, będąc w opozycji, powtarzał, że tylko zmiana władzy gwarantuje uczciwe śledztwo i nacisk na Rosję w sprawie zwrotu wraku. Na przełom się jednak nie zanosi.

Faktem jest, że czarne skrzynki i wrak to podstawowe dowody w sprawie, które nie zostały w Polsce zbadane, a jest to konieczne do pełnego wyjaśnienia katastrofy. Ta sprawa powinna być jednak prowadzona spokojnie przez uprawnione do tego organy, ekspertów, bez politycznego zgiełku. I mam nadzieję, że tak właśnie będzie, choć mam też świadomość, że takie sprawy wyjaśnia się latami.

W jednym z przemówień podkreślał pan, że Polska nie powinna mieć wiecznych wrogów. Czy zważywszy na to, że nie możemy dojść do porozumienia w tak zasadniczej dla nas kwestii jak zwrot wraku, poprawa stosunków z Moskwą jest w ogóle możliwa?

Klucz do naprawy relacji polsko-rosyjskich i rosyjsko-europejskich leży dziś w Moskwie. To Rosja dopuściła się naruszenia prawa międzynarodowego, dokonując aneksji Krymu. Jeżeli Rosja nie zacznie działać konstruktywnie w kierunku przestrzegania prawa międzynarodowego, to utrudnia to jakąkolwiek rozmowę na temat rozwiązania problemów politycznych.

Węgrom na przykład nie utrudnia. W relacjach z Rosją kierują się wyłącznie pragmatyzmem.

Gdybyśmy byli w sytuacji takiego uzależnienia energetycznego od Rosji jak Węgry, to kto wie, do czego by nas to zmuszało. Świat patrzy na te działania Węgier z niezadowoleniem, bo powinniśmy prowadzić politykę wspólnego stanowiska wobec Rosji. A powinno ono zakładać, że polityka sankcji wobec Rosji będzie realizowana dopóty, dopóki nie zostaną spełnione warunki dotyczące realizacji porozumień mińskich, wpuszczenia obserwatorów OBWE, odzyskania przez Ukrainę kontroli nad swoimi granicami. Tego cały czas nie ma. Kilka dni temu rozmawiałem z prezydentem Poroszenką, który mówił mi, że na Ukrainie wciąż giną ludzie, tam wciąż tli się konflikt nie jest tak, że sytuacja się uspokoiła.

Z jednej strony dużo mówi się o europejskiej solidarności i wspólnej polityce, z drugiej strony mamy Nord Stream, który dla nas stanowi ich zaprzeczenie.

Mówię o tym naszym europejskim partnerom przy każdej okazji, mówią o tym także prezydenci Słowacji i Ukrainy. Nie jest tak, że nasz głos jest niesłyszalny w tej sprawie. Kraje Grupy Wyszehradzkiej mają jednolite stanowisko, ta sprawa jest podnoszona i mam nadzieję, że nasze protesty ostatecznie okażą się skuteczne.

Z dużych obietnic wyborczych, które składał pan w kampanii wyborczej, zrealizowana została ta dotycząca programu „Rodzina 500+”. Co z pozostałymi obietnicami: obniżeniem wieku emerytalnego czy podniesieniem kwoty wolnej od podatku?

Chciałbym rzetelnego i uczciwego podejścia do naszych zobowiązań wyborczych. Program „Rodzina 500+” ma charakter fundamentalny, bo ma prowadzić do podwyższenia poziomu życia rodzin, które posiadają dzieci, ma skłaniać do tego, by mieć więcej niż jedno dziecko. Jest więc programem prodemograficznym, który przy okazji stanowi impuls dla gospodarki i może prowadzić do generalnego podniesienia wynagrodzeń, co też podniesie jakość życia wielu ludziom.

Jeżeli chodzi o pozostałe zobowiązania, to proszę pamiętać, że kadencja prezydenta trwa pięć lat, kadencja Sejmu - z założenia cztery. Zakładam więc, że na zrealizowanie naszych zobowiązań mamy czas pełnych kadencji, a nie jeden dzień. Tymczasem mnie zaczęto rozliczać już następnego dnia po rozpoczęciu prezydentury.

Czy dziś, czy za rok to wciąż kosztowne obietnice. Będą realizowane nawet kosztem stabilności finansów państwa?

Oczywiście, że trzeba do tych spraw podchodzić rozsądnie. Przygotowałem ustawy, złożyłem je w Sejmie. Nad obniżeniem wieku emerytalnego trwają prace w sejmowej podkomisji, są konsultacje ze związkami zawodowymi. Zgodnie ze słowami pani premier ustawa powinna zostać uchwalona w tym roku. W sprawie kwoty wolnej od podatku sprawa jest trudniejsza. Jestem po wielu rozmowach i z panią premier, i z ministrem finansów Pawłem Szałamachą i mogę powiedzieć, że ta obietnica zostanie zrealizowana, choć pewnie będziemy ją realizować stopniowo. Proszę zatem o wyrozumiałość, bo są okoliczności, które musimy uwzględnić, chcąc zachować bezpieczeństwo finansów publicznych.

W ostatnich dniach odżyła debata na temat aborcji. Pan jest zwolennikiem zaostrzenia ustawy chroniącej życie?

Zacznijmy od tego, że dzisiaj Sejm nie pracuje nad żadnym projektem w tej sprawie, a burza jest taka, jakby co najmniej miało się jutro odbywać głosowanie w tej sprawie.

Pojawiła się bowiem perspektywa projektu obywatelskiego. Komitet czeka na zgodę marszałka Sejmu, by móc zacząć zbierać podpisy. I zapewne je zbierze.

Prezydent nie zajmuje się projektami ustaw, które ktoś gdzieś proponuje w przestrzeni medialnej czy nawet parlamentarnej, tylko pochyla się nad konkretnymi ustawami przyjętymi już przez Sejm i Senat, i dopiero wtedy podejmuje decyzję. Ja, jako Andrzej Duda, jestem zwolennikiem ochrony życia i mówiłem o tym wielokrotnie. Z tym że chciałbym zwrócić uwagę, że jeśli mówimy o ochronie życia, to dotyczy to nie tylko dziecka, lecz także matki. Poza tym dziś jestem nie tylko Andrzejem Dudą, który ma swoje przekonania, lecz także prezydentem, który reprezentuje Polaków i musi brać pod uwagę całe spektrum poglądów, jakie występują w społeczeństwie. W związku z tym liczę na to, że jeśli ten projekt znajdzie się już w Sejmie, to będzie to projekt rozsądny, uwzględniający te dwa elementy, taki, który zyska akceptację większości społeczeństwa.

A jeśli nie, to będzie weto?

Jeżeli będzie projekt, to zostanie on przedyskutowany w Sejmie, z udziałem ekspertów, będzie też debata społeczna. Jeśli zostanie przyjęty, jeśli będzie uchwalona przez parlament ustawa, to wtedy ja podejmę decyzję.

Posłanki Nowoczesnej wystosowały list do pierwszej damy, aby wsparła ich postulat pozostawienia ustawy aborcyjnej w obecnym kształcie. Pierwsza dama odpowie na ten apel?

To jest próba wymuszenia na mojej żonie, która do tej pory nie wypowiadała się na tematy polityczne, aby zaangażowała się w polityczny spór. Z tego, co wiem, nie ma zamiaru tego robić. Wypełnia dobrze obowiązki pierwszej damy, sprowadzające się do reprezentowania Rzeczypospolitej, lecz także działalności edukacyjnej i charytatywnej. Moja żona jest w te sprawy zaangażowana, pracuje spokojnie, po cichu, jej praca jest doceniana, natomiast na tematy polityczne wypowiadać się nie chce. I ma do tego prawo, a na pewno nie ma takiego obowiązku. Tego typu apele są próbą wymuszenia na niej jakichś deklaracji politycznych czy światopoglądowych. Nie uważam za niezbędne, by pierwsza dama, która nie jest politykiem, której status nie jest formalnie uregulowany, musiała publicznie zabierać głos w tej sprawie.

Jak pan reaguje na zarzuty braku suwerenności politycznej? Najwięcej ich pojawiało się przy okazji sprawy Trybunału.

Ustawy, które trafiają do mnie z parlamentu, w którym większość ma PiS, pokrywają się z moimi postulatami z kampanii wyborczej. Dlaczego miałbym ich nie podpisywać, skoro się z nimi w pełni zgadzam i uważam je za słuszne? Czyni mi się dziś zarzut z tego, że mam poglądy takie jak partia, w której przez lata byłem.

I nigdy nie miał pan cienia wątpliwości, podpisując ustawę?

Gdybym się nie zgadzał z ustawą, tobym ją zawetował.

A gdyby to były wątpliwości natury konstytucyjnej, to odesłałby ją pan do Trybunału?

Odesłałbym. Mam nadzieję, że Trybunał, który jest organem państwa, będzie jednak działał zgodnie z obowiązującymi przepisami i konstytucją.

Nie obawia się pan gróźb opozycji, że kiedyś postawi pana przed Trybunałem Stanu za łamanie konstytucji w sprawie Trybunału?

Jestem absolutnie pewien, że w żadnym momencie nie złamałem prawa, wszystkie moje działania zawsze mieściły się w ramach konstytucji.

Z prezydentem Andrzejem Dudą rozmawiali Paweł Lisicki, Piotr Gabryel, Kamila Baranowska.