10 maja 2001
Każdy proces konstytucyjny ma w swojej naturze głęboko polityczny charakter. Tego też w obecnych czasach coraz bardziej potrzeba Unii Europejskiej. Po okresie dominacji kwestii gospodarczych, jesteśmy na etapie, kiedy polityka powinna odzyskać utracone pole. Nie po to, by wkraczać tam, gdzie nie powinna, lecz aby dostarczać przywództwa i legitymizować kolejne kroki Unii. W tym miejscu chciałbym zwrócić Państwa uwagę jak odległe od siebie były w ostatnim roku wizja i rzeczywistość Unii Europejskiej. Z jednej strony mieliśmy imponujące wystąpienia, nakreślające kształt Unii Europejskiej w perspektywie najbliższych 20 lat. Z drugiej zaś, jak gdyby celem zrównoważenia, toczyły się gorące i trudne dyskusje dotyczące konkretnych interesów i realpolitik: ilości głosów w Radzie, czy miejsc w Parlamencie Europejskim. W rezultacie stajemy w obliczu sytuacji paradoksalnej, kiedy to najzagorzalsi zwolennicy dalszej integracji nawołują do odrzucenia Traktatu z Nicei, ponieważ nie stanowi on wystarczająco dużego postępu w procesie integracji. Nie podzielam powodów tej frustracji. Spory o zakres władzy mają miejsce wszędzie, począwszy od poziomu lokalnego, przez ogólnokrajowy, aż po europejski. Nie jest to w demokracji nic nadzwyczajnego. Jednak Unia Europejska nie może pozwolić sobie na nadmiar tego rodzaju sporów, biorąc pod uwagę fakt, iż jest ona w dalszym ciągu wątłą politycznie strukturą. Posiedzenia Rady Europejskiej odbywają się stosunkowo rzadko, jednak kiedy do nich dochodzi, Rada powinna pełnić rolę przywódczą. Tego właśnie oczekują obywatele Europy. Ale spodziewają się oni także większego wpływu na toczące się wydarzenia. Istnieje jeden sposób na spełnienie tych oczekiwań, a jest nim utworzenie unii politycznej.
Państwa kandydackie stoją przed wyzwaniem, które często umyka uwadze unijnych partnerów. Jest nim konieczność wyjaśnienia polityki europejskiej naszej opinii publicznej oraz próba przekonania, że parlamenty narodowe są czymś więcej niż maszynami do głosowania, automatycznie i bezkrytycznie przyjmującymi prawodawstwo Unii. Jest nim także dążenie do zapobieżenia importowi deficytu demokracji z poziomu europejskiego. Stąd też debata o przyszłości Europy odbywa się we właściwym momencie przyciągając wiele uwagi opinii publicznej. Uważam, iż środki i sposoby osiągnięcia unii politycznej powinny stanowić jeden z tematów tych dyskusji. Potrzeba, aby koncentrowały się one na politycznym układzie nerwowym Unii Europejskiej, docierając do samych podstaw demokratycznego mandatu decyzji podejmowanych w Brukseli.
Punkt wyjścia do dyskusji na temat unii politycznej leży wśród samych państw członkowskich, tych obecnych i nowych. Moim zdaniem w dającej się przewidzieć przyszłości pozostaną one bowiem podstawowym źródłem legitymizacji procesu integracji europejskiej. Oczywiście państwa narodowe jako takie nie istnieją od zawsze, a ich powstawanie też kiedyś wymagało właściwych impulsów i zachęt. Nie oznacza to jednak, że wkrótce będą musiały ustąpić innej - ponadnarodowej - formie państwowości. Jeśli niektórzy poczuwają się do takiego wizjonerstwa, aby przewidzieć bieg wydarzeń w ciągu następnych dwudziestu lat, nie mam nic przeciwko temu - jednak pod warunkiem, że proces ten będzie uwzględniał szereg faz przejściowych i że tego właśnie będą chcieli nasi obywatele. Od wielu czynników zależy, czy w ciągu kolejnych dwudziestu lat powstanie federacja europejskich państw narodowych. Przede wszystkim jednak zależeć będzie to od stopnia wsparcia, jakiego udzielimy unii politycznej na płaszczyźnie europejskiej. Moim zdaniem droga do osiągnięcia tego celu składa się z trzech etapów.