27 lutego 2002
Wieczorem w środę Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski wygłosił wykład w Accademii Nazionale dei Lincei w Rzymie na temat "Wizja zjednoczonej Europy w XXI wieku - polski punkt widzenia".
Szanowny Panie Prezydencie Republiki Włoskiej,
Szanowny Panie Przewodniczący Akademii, Szanowni Członkowie Akademii,
Panie i Panowie!
Jest mi bardzo miło gościć we wspaniałym Palazzo Corsini. Czuję się zaszczycony, spotykając się tu dzisiaj z tak szacownym gremium, z elitą intelektualną Włoch. Serdecznie dziękuję Panu Profesorowi Edoardo Vesentiniemu, Przewodniczącemu Akademii, za zaproszenie do sal, które gościły największych europejskich myślicieli.
Chylę czoła przed tym, co wyrażają dzieje Akademii, przed jej dorobkiem. Przez 400 lat synowie Italii, pokolenie za pokoleniem, urzeczywistniali przesłanie czterech młodych przyjaciół - założycieli Akademii. Chcieli oni, by za sprawą nauki, intelektu i wspólnej pasji badawczej ogarniać świat tak przenikliwie, jak robi to czujny i bystry ryś, widniejący w akademickim herbie. Ta wiara w potęgę inteligencji i prawości jest dla nas drogowskazem w XXI wiek.
W dziejach Akademii, jak w lustrze, odbija się historia ludzkiego rozumu, losy Italii i cywilizacji europejskiej. W gronie tutejszych akademików zasiadał Galileusz. Trudno sobie wyobrazić naukę europejską bez jego dokonań - a "sprawa Galileusza" stała się jedną z kluczowych kwestii w duchowym rozwoju Europy, stanowczym wołaniem o tolerancję, o wolność myślenia. Accademia dei Lincei potrafiła też jako pierwsza przestrzegać przed wielkim złem XX wieku - przed faszyzmem. Sprzeciw wielu Akademików, a szczególnie heroiczna postawa Benedetto Croce, który obnażył intelektualną i moralną nicość faszystowskiej ideologii, otworzyły oczy Europie; uświadomiły skalę zagrożenia.
Trudno tu nie wspomnieć, że niedługo później podobną rolę wobec zbrodni stalinizmu odegrała książka "Inny świat", wstrząsająca relacja z piekła gułagu. Jej autorem był zięć Benedetto Croce, Gustaw Herling-Grudziński. Polak, który nigdy nie rozstał się myślami z Polską, a jednocześnie wrósł całym życiem w swój ukochany Neapol.
Goszcząc tu wśród Państwa, w przybytku nauk i światła, i myśląc o związkach polsko - włoskich, nie mogę oprzeć się wzruszeniu. To tak, jakby stanąć u źródła. Italia była dla Polski duchowym mistrzem. Wprowadzała nas do kręgów europejskiej kultury i cywilizacji.
Po raz pierwszy Polska i Italia spotkały się tysiąc lat temu, we wspólnocie Europy chrześcijańskiej. (Jakże wielkie koło zatoczyła historia! Dziś, w efekcie tych związków, to właśnie Polak zasiada na Stolicy Piotrowej jako rzymski Pontifex Maximus.) Po raz drugi Włochy i Polska znalazły się razem jako części wielkiego projektu politycznego - Europy Andegawenów. Stworzony był on, co prawda, przez dynastię francuską, ale dotyczył całego obszaru Europy Południowej, Wschodniej oraz Środkowej. Ośrodek decyzyjny znajdował się w Neapolu. To dzięki Andegawenom do Europy Środkowej, także do Polski, kierowali swe kroki najlepsi uczeni i artyści swojego czasu. To oni sprawili, że przez następne stulecia pełną edukację każdego wykształconego Polaka wieńczyła podróż do Włoch, będąca przeżyciem intelektualnym i estetycznym. Studentem włoskich uniwersytetów był Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski - ojciec polskiej literatury, Jan Zamoyski - mąż stanu, myśliciel i reformator polityczny. Włoskim inspiracjom zawdzięczamy "złoty wiek" kultury polskiej, obejmujący XV, XVI i częściowo XVII stulecie. Ciągle z tego czerpiemy, to korzenie polskiej tożsamości.
Od wieków łączyły nas i łączą więzi gospodarcze. Fernand Braudel, przenikliwy badacz procesów "długiego trwania", pisze o "pasie polskim", biegnącym od Gdańska do Wenecji. Była to swego czasu jedna z najważniejszych osi gospodarki europejskiej. Może w przyszłości będzie nią znowu?
Polska i Włochy tworzyły razem nowoczesną Europę. Geniuszowi Stanisława Augusta Poniatowskiego, ostatniego Króla Polski i Wielkiego Księcia Litewskiego, oraz jego sekretarza, Scipione Piattoli, jednego z bardziej wyrafinowanych intelektualistów Oświecenia, zawdzięcza Europa swoją pierwszą nowoczesną konstytucję. Była to Konstytucja Rzeczypospolitej Obojga Narodów, uchwalona w Warszawie 3 maja 1791 roku.
"Uomini liberi sono fratelli" - te słowa wyszyte były na epoletach Legionów Polskich, utworzonych w 1797 roku w Lombardii pod dowództwem Jana Henryka Dąbrowskiego. Pragnienie wolności, walka o niepodległość, o zjednoczenie narodowe - stały się kolejnym spoiwem między naszymi narodami. W 1870 roku, gdy zjednoczone Włochy świętowały zdobycie Rzymu, Giuseppe Garibaldi przejmująco wołał do całej Europy: Non abbandonate la Polonia! (Nie opuszczajcie Polski!). Podobne wyrazy solidarności rozległy się w parlamencie włoskim w 1916 roku, który przyniósł pierwsze zwiastuny odrodzenia niepodległej Polski. Nieraz w historii wielu Włochów zaświadczyło, także własną krwią, że Polacy zawsze mogą liczyć na synów Italii. Ze wzajemnością. Wiele jest na ziemi włoskiej polskich żołnierskich mogił. Pamięta się tutaj o Polakach, którzy wyzwalali Ankonę, Loretto, Monte Cassino, San Sepolcro, Bolonię i inne miasta włoskie, pomagając wszędzie wciągać na maszt trójkolorowy sztandar.
Nawet, gdy po wojnie Europę podzieliły mury, my zachowaliśmy więzi. To znamienne, że właśnie w Italii rozkwitły wspaniałe studia nad kulturą polską. Tacy wielcy badacze jak Giovanni Maver, Sante Gracciotti czy Renato Picchio przerzucali intelektualne mosty, bywali też gośćmi w Polsce. Dlatego dzisiaj, gdy nasze kraje łączy tyle nici współpracy, słowo "partnerstwo" jest zbyt blade, by oddać całe bogactwo naszych związków. Po prostu wpisane jest w polską mentalność, by widzieć we Włochach serdecznych i wypróbowanych przyjaciół.
Italia to miejsce, gdzie rodziła się i kształtowała europejska cywilizacja. Włochy są również jednym z założycieli Wspólnoty Europejskiej. Właśnie w Rzymie, 45 lat temu, podpisano traktaty wspólnotowe, które nadały zasadniczy impet integracji. Uważam, że Włosi mają szczególne prawo by mówić o jednej, wspólnej Europie. Dokonali wszak wielkiego dzieła przekształcając swój kraj z pojęcia geograficznego w pojęcie polityczne. Italia stała się ojczyzną. To wzór dla Europy, która się organicznie zrasta.
Dzisiaj życzliwie oczekuje się we Włoszech na nowych członków Wspólnoty. Na ręce Pana Prezydenta Carla Ciampiego chcę złożyć serdeczne podziękowania za poparcie Włoch dla polskich starań o członkostwo w Unii.
Młode pokolenie w Polsce - tak jak zapewne i we Włoszech - zaczyna coraz mocniej identyfikować się z przestrzenią geograficzną, kulturową, polityczną i ekonomiczną, wykraczającą poza tradycyjne rozumienie własnego państwa narodowego. Są oni dziećmi swoich krajów - a zarazem też dziećmi Europy. W swoim myśleniu skupiają się na tym, co łączy ich z innymi; nie budują murów. Nawet refleksja nad tym, co nas odróżnia - a czasem jeszcze dzieli - także służy idei jedności.
Wypełnia się marzenie jednego z ojców-założycieli wspólnej Europy, wybitnego włoskiego polityka Alcide De Gaspieriego, który wołał w 1947 roku: "Co możemy ofiarować młodzieży rozczarowanej wojnami i reżimami, które zakończyły niesławnie swój żywot? Czyż jest lepszy ideał nad przezwyciężenie interesów narodowych w imię braterstwa narodów europejskich, złączonych w jednej ojczyźnie?".
Mimo pokładów entuzjazmu, jednoczenie Europy okazało się jednak pracą żmudną, a budowanie wspólnych instytucji europejskich musiało być rozłożone na wiele etapów. Ciągle jesteśmy na tej drodze. Uważam, że właśnie teraz - i w najbliższych latach - dokonują się wydarzenia przełomowe, które nadadzą kształt zjednoczonej Europie XXI wieku.
Rok 2002 zapisze się w historii jako data wprowadzenia do powszechnego obiegu wspólnej waluty euro. To nie tylko wydarzenie gospodarcze, to także fakt o głębokim znaczeniu psychologicznym. Tak jak niegdyś fiorino d`oro, tak dzisiaj euro jest symbolem dobrobytu i jedności kulturowej dla setek milionów Europejczyków. W tym roku, już za kilka dni, rozpoczyna prace Konwent w sprawie przyszłości Unii Europejskiej. Po raz pierwszy w historii spotyka się tak szerokie forum, skupiające przedstawicieli władzy ustawodawczej i wykonawczej; na poziomie narodowym i wspólnotowym; reprezentantów nie tylko państw członkowskich, ale także kandydujących - aby przygotować wielki projekt reform instytucjonalnych Unii. Na ten rok przypada także listopadowy szczyt NATO w Pradze, na którym powinny zapaść decyzje o przyjęciu do Sojuszu kolejnych krajów. I wreszcie - w tym roku planowane jest zakończenie negocjacji z dużą grupą państw, które kandydują do Unii Europejskiej. Jest wielka szansa, że w roku 2004 kraje Europy Środkowo - Wschodniej i Południowej - a wśród nich Polska - znajdą się w europejskiej wspólnocie.
To rozszerzenie Unii będzie czymś jakościowo nowym i szczególnym, w porównaniu z wcześniejszymi fazami integracji. Dopiero wraz z nim Europa naprawdę się zrośnie. Zniknie ponury cień decyzji jałtańskich.
Przez długi czas jednoczenie Europy było domeną narodów, które żyły w świecie wolności i demokracji po zachodniej stronie "żelaznej kurtyny". My, zatrzaśnięci po drugiej jej stronie, pozbawieni suwerenności, mogliśmy tylko kibicować postępom integracji. Braliśmy w niej udział sercem i intelektem, ale nie czynem. Tak jak ominął nas plan Marshalla i jego owoce, tak też nie dane nam było wytyczać europejskiej konstrukcji ani korzystać z rozwojowych impulsów wspólnotowej solidarności. Mieliśmy poczucie odłączenia; utraty czegoś, co należało również do nas, co przez stulecia współtworzyliśmy. Europa była wówczas dramatycznie rozdarta na "Zachód" i "Wschód", takie były polityczne realia - ale przecież cywilizacja europejska, wspólny krąg kulturowy, okazał swoją trwałość i niewzruszoność. Czym innym był ten wielki przełom, zwany "Jesienią Ludów", zapoczątkowany przez polską "Solidarność" i porozumienie Okrągłego Stołu - jeśli nie tryumfalnym powrotem do rodziny, do kręgu europejskich wartości? I dzisiaj właśnie na tym kulturowym fundamencie; na tym, co wieczne i uniwersalne, osadzamy polityczną jedność kontynentu.
Często słyszy się pogląd, że integracji nadaje dynamikę przede wszystkim gospodarka, a polityka idzie dopiero za nią. To w pewnym stopniu prawda, ale nie do końca. Jest faktem, że przedsiębiorczość, kreatywność, wynalazczość zawsze cechowały kulturę europejską. Jednak główny udział w sukcesach integracji ma namysł polityczny, konsekwentnie realizowana wizja. Europa nie płynie z prądem ekonomicznych procesów, targana koniunkturą i dekoniunkturą. Europa wie, co robi.
Już pionierski zalążek jedności, jakim była Wspólnota Węgla i Stali, odnosił się do wyzwań gospodarczych, ale przecież genialnie rozwiązywał poważny dylemat polityczny. Przyjęcie do wspólnot w 1973 roku Wielkiej Brytanii, Danii i Irlandii było zażegnaniem politycznych tarć, a zarazem wyjściem poza Karoliński kształt Europy. Gdy do wspólnot w 1981 roku dołączała Grecja, a potem w 1986 roku Hiszpania i Portugalia - umacniała się europejska demokracja i zacierał się stygmat dyktatur, tak długo trapiących te kraje. I wreszcie, kiedy w 1995 roku do Unii Europejskiej wchodziły Austria, Finlandia i Szwecja - oznaczało to wzmocnienie trendów wspólnotowych i rezygnację przez te kraje z polityki neutralności.
Musimy o tym wszystkim pamiętać, myśląc o kolejnym rozszerzeniu w perspektywie roku 2004. Stoimy przed wyzwaniem przede wszystkim politycznym, o dziejowym wymiarze. Nie lekceważę kwestii prawnych, ekonomicznych, organizacyjnych. Zawsze podkreślam, jak ważne jest, by Polska w pełni odrobiła swoją "pracę domową" w przyswajaniu standardów europejskich. Nie można narażać wspólnotowego dorobku. Unia Europejska jest jak statek, wypełniony ciasno ułożonym ładunkiem. Trzeba uważać, by gwałtownymi ruchami nie zachwiać jego statecznością. Ale zarazem nie wolno skupiać się tylko na frachcie, utonąć w księgach rachunkowych - a nie patrzeć, dokąd statek płynie. Europa musi przekroczyć jałtańską granicę, tak jak Cezar Rubikon. Wtedy nie tylko zaleczy historyczne rany, ale też osiągnie nową jakość. Zachowa to, co stworzyła przez powojenne pół wieku - i otworzy się na nowe perspektywy.
Budować wizję Europy w XXI wieku - to znaczy zmierzyć się z trzema pytaniami. Zakreślić trzeba przestrzeń zjednoczonej Europy; zapytać: Europa odkąd dokąd? Po drugie należy skupić się nad kształtem instytucji europejskich, zaproponować Europejczykom formę obywatelskiego uczestnictwa. Po trzecie - pytać trzeba o rolę Europy w świecie, o nasz wkład w tworzenie globalnego ładu.
Po rozszerzeniu Unii Europejskiej, które nastąpi za dwa lata, obszar zjednoczonej Europy w dużym stopniu będzie się pokrywał z jej kształtem geograficznym. Pojawia się zarazem pytanie o przyszłe relacje Unii z krajami w niej nie uczestniczącymi, a zwłaszcza ze wschodem.
Trudno dziś powiedzieć, jak długo - i czy na zawsze - granica Unii będzie przebiegała wzdłuż wschodnich granic Polski, Słowacji, Węgier i krajów bałtyckich. Jedno wszakże jest pewne. Zjednoczona Europa nie może odwrócić się plecami do reszty kontynentu. Przewodnią ideą integracji nie może być zamykanie się, ani w ekskluzywnym klubie, ani w twierdzy. Wszystko, co sprzyja otwartości i współpracy, jest w interesie Europy. Przyszła Unia powinna w jeszcze większym stopniu wspierać demokratyczne i gospodarcze przemiany w państwach pozostających poza jej strukturami. Pozwoli to skutecznie walczyć z poczuciem marginalizacji i wykluczenia, wciąż przecież obecnym na naszym kontynencie. Nie należy zapominać, że obszary tak zwanej bliskiej zagranicy Unii Europejskiej to nie tylko basen Morza Śródziemnego, ale także Morze Czarne i Europa Wschodnia.
Wielkim wyzwaniem jest model stosunków z Rosją oraz Ukrainą. Można to sobie wyobrazić jako coraz bardziej pogłębioną współpracę, ogarniającą coraz więcej dziedzin. Nie można zaprzepaścić prozachodniej opcji w polityce rosyjskiej, a także proeuropejskiego wyboru Ukrainy. Sukcesem byłoby również budowanie dialogu z Białorusią - tak aby przełamać jej izolację na arenie europejskiej, a przy tym pobudzić rozwój demokracji i społeczeństwa obywatelskiego w tym kraju. Wszystko to przemawia za tworzeniem silnego wymiaru wschodniego przyszłej Unii Europejskiej, w którym Polska pragnie mieć znaczący udział.
W historii Europy kilkakrotnie okazało się, że jej bezpieczeństwo w dużym stopniu zależy od sytuacji na Bałkanach. Rozumiemy jaką wagę dla Unii Europejskiej, a szczególnie dla Włoch, ma stabilizacja tego regionu oraz tworzenie warunków dla przyszłego członkostwa tamtejszych państw w unijnych strukturach. Zaangażowanie Polski w tym względzie nie jest małe, a po naszym przystąpieniu do Unii będzie niewątpliwie wzrastać. Popieramy też zamysł, aby budować sieć unijnej współpracy z krajami basenu Morza Śródziemnego.
Bardzo ważne jest pytanie o Turcję, o perspektywy jej członkostwa w Unii Europejskiej. To także pytanie o relacje Unii, czy wręcz całej Europy, ze światem islamu. W sytuacji, jaka wytworzyła się po 11 września 2001 roku, niełatwo jest snuć takie rozważania. Nie możemy jednak pozwolić, aby naszymi planami kierowało tylko poczucie zagrożenia. Musimy odróżniać religijny fanatyzm od całego duchowego bogactwa islamu, od umiarkowanych poglądów politycznych i społecznych, jakie są udziałem wielu tamtejszych środowisk. W Europie już teraz żyją miliony muzułmanów. Tak czy owak, musimy w XXI wieku podjąć to historyczne wyzwanie, jakim jest dialog, wychodzenie ku sobie, przekraczanie obrębu kultury chrześcijańskiej, cywilizacyjny ekumenizm.
Myślami wielu Europejczyków kierowało marzenie o europejskiej federacji. W 1946 roku Winston Churchill mówił o "Stanach Zjednoczonych Europy". Wielkim entuzjastą federalizmu był Wasz znakomity rodak, Altiero Spinelli, któremu tak wiele zawdzięcza idea europejska.
W debacie, jaka wywiązała się w przeszłości między Spinellim a Jeanem Monnetem, odbijają się zasadnicze problemy budowania instytucji europejskich, jakich i my dzisiaj doświadczamy. W wielkiej mierze jest to spór o metodę. Ten sam maksymalizm co u Spinellego, tę samą chęć prędkiego przekształcenia Europy w mega-państwo wszystkich Europejczyków odnajdujemy na przykład w propozycjach Joshki Fischera, zaprezentowanych w be