05 kwietnia 2004
5 kwietnia 2004 roku na Uniwersytecie Warszawskim Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski spotkał się z rektorami warszawskich uczelni oraz kadrą naukową i studentami UW, z którymi rozmawiał na temat rozszerzenia Unii Europejskiej oraz wyzwań stojących przed Polską w związku z tym wydarzeniem.
Wykład Prezydenta RP pt. "Polska w UE - nowe wyzwania"
Serdecznie dziękuję za zaproszenie do wygłoszenia wykładu w murach Uniwersytetu Warszawskiego – znakomitej, największej polskiej uczelni humanistycznej. Jest dla mnie prawdziwym zaszczytem możliwość wystąpienia przed tak szacownym gronem wybitnych ludzi nauki, nauczycieli akademickich, tak znaczącą grupą studentów.
Zaproponowany przez władze uniwersytetu temat wykładu nie mógł być chyba bardziej istotny i aktualny. Już za kilka tygodni Polska znajdzie się w Unii Europejskiej. Pogłębiona refleksja nad nowymi wyzwaniami, jakie niesie za sobą nasze członkostwo w Unii, jest kwestią o kluczowym znaczeniu. Chciałbym potraktować dzisiejsze spotkanie jako element szerszej debaty publicznej wokół tych spraw, jaka toczy się ostatnio na różnych forach w kraju. Także w Pałacu Prezydenckim, gdzie od kilku miesięcy odbywają się pod moim patronatem cykliczne dyskusje pod hasłem „Silna Polska w silnej Europie”.
1.Ożywienie nastrojów antyintegracyjnych – i z czego ono wynika?
Ostatni rok był trudny dla Europy i świata. Miało być lepiej, inaczej - wszyscy spodziewaliśmy się czegoś innego. W Polsce, po radosnym święcie podpisania Traktatu Akcesyjnego oraz po wygranym referendum europejskim, pojawiły się nastroje zwątpienia i niepewności. Wśród Polaków spada poparcie dla integracji i zaufanie do Unii Europejskiej. W obozie zwolenników polskiego członkostwa nastąpiła polaryzacja, związana przede wszystkim ze stosunkiem do projektu Traktatu Konstytucyjnego. W relacjach z naszym unijnymi partnerami ujawniły się pokłady uprzedzeń, podejrzliwość i wzajemne pretensje. Po części jest to wytłumaczalne. Po okresie wzajemnego zauroczenia nadszedł czas większego realizmu. Po faktycznym przypieczętowaniu akcesji do Unii zaczynamy spierać się o konkretne, kontrowersyjne nieraz rozwiązania.
A jednak klimat społeczny i polityczny towarzyszący historycznemu – już za niespełna miesiąc! – rozszerzeniu Unii może rozczarowywać. O zjednoczonej Europie od wieków marzyły całe pokolenia. Projekt ten staje się właśnie rzeczywistością. Polacy zaś uzyskali możliwość, aby aktywnie go współtworzyć i realizować. Skąd zatem dzisiejsze obawy, rozczarowania i frustracje? Dlaczego nie wszyscy potrafią cieszyć się w tej przełomowej chwili, w której Europa znów zrasta się w jedną całość, a Polska dołącza do elitarnego klubu demokratycznych, silnych i nowoczesnych państw? Sądzę, że w dużym stopniu przyczyną jest tu niedostateczne przygotowanie psychologiczno-mentalne do akcesji i rozszerzenia. I to po obu stronach.
W Polsce debatę publiczną na temat europejskiej integracji zdominowały w ostatnich miesiącach nadzwyczaj silne emocje, kategoryczny język, niemal wojenna retoryka. Symptomatyczna pod tym względem była kariera nieszczęsnego hasła „Nicea albo śmierć”. Ten nierozsądny slogan niepotrzebnie pobudził wśród Polaków antyunijne nastroje, uruchomił hurrapatriotyczną licytację, przypierając zarazem do ściany rządowych negocjatorów w ich rozmowach dotyczących europejskiej konstytucji. Pojawiły się w obiegu takie słowa jak bitwa, kapitulacja i zdrada. Usłyszeliśmy o istniejącej podobno w kraju „partii białej flagi”. Pisano o francusko-niemieckim „zamachu stanu w białych rękawiczkach”, mówiono o „rozstrzeliwaniu Nicei”.
Ta retoryka – niezależnie od tego, że nawiązuje do konkretnego sporu wokół unijnych uzgodnień traktatowych – wydaje się być znamiennym odbiciem głębszych lęków, jakie towarzyszą wielu z nas w momencie wchodzenia do Unii. Są to obawy przed marginalizacją i utratą suwerenności, przed zdominowaniem Polski przez silniejsze i bardziej wpływowe państwa członkowskie. Obce mocarstwa chcą nas zwasalizować bądź skolonizować, skrzywdzić i wyzyskać, oszukać i wykupić, ukarać i upokorzyć – ten stereotyp, znajdujący w naszej historii nieraz uzasadnienie, zaczął niebezpiecznie odżywać w najmniej stosownej po temu chwili.
Potencjał przesadnych lęków dał o sobie znać także po drugiej stronie, w niektórych odłamach opinii publicznej i środowisk politycznych Europy Zachodniej. Tam również ujawnił się stres rozszerzenia. Instynktowna niechęć do wzięcia na barki kosztów integracji 10 nowych członków Unii, w tym zwłaszcza dodatkowych obciążeń finansowych. Obawa przed poważnymi zgrzytami lub wręcz paraliżem w funkcjonowaniu wspólnotowej machiny, obejmującej aż 25 państw. Lęki przed ograniczeniem możliwości dalszego pogłębiania integracji. Strach przed migracją zarobkową ze wschodu, skłaniający do zamykania dostępu do zachodnich rynków pracy.
Wskazane postawy i tendencje nakręcają spiralę wzajemnej nieufności. Przykładowo, limitowanie swobody przepływu pracowników może być odbierane przez Polaków jako zatrzaskiwanie drzwi przed dopiero co zaproszonymi gośćmi, kierowanie ich do przedpokoju a nie do salonu. Zmiana reguł głosowania w najważniejszym organie decyzyjnym Unii – dokonana po naszym referendum akceptującym inny system, a zarazem jeszcze przed samą akcesją – mogła być potraktowana jako gra nie fair. Z kolei polskie twarde stanowisko w sprawie „obrony Nicei”, a zwłaszcza nadużywanie retoryki narodowego interesu przez część naszych polityków i media, bywało po tamtej stronie odbierane jako świadectwo niezdolności do przyswojenia sobie wspólnotowej kultury współżycia i kompromisu.
W niektórych zachodnich środowiskach Polska zyskała w ostatnim czasie niekorzystną opinię „hamulcowego” integracji, blokującego przyjęcie nowej konstytucji europejskiej. Kraju mało odpowiedzialnego, czasem wręcz upartego, który sprawę członkostwa w Unii sprowadza do zysków dla siebie, znajdujących przy tym formę głównie w pieniądzach. Ten negatywny wizerunek jest naturalnie niesprawiedliwy i nieuzasadniony, o czym nie muszę przekonywać w tym gronie, ale wpływa on niestety na stosunek do nas.
Na obrazie Polski w obecnych krajach członkowskich Unii w wielu przypadkach niekorzystnie zaciążyły też europejskie rozbieżności wokół interwencji w Iraku. Nasze poparcie dla USA w tej sprawie z pewnością podsyciło niektóre uprzedzenia i podejrzliwość wobec Polski, zwłaszcza w dwóch największych i najważniejszych państwach Unii, które wobec kwestii irackiej zajęły odmienne stanowisko. Jest faktem, że niektóre kraje czy politycy nie przywykli do samodzielności Warszawy w kształtowaniu swej polityki zagranicznej. Traktują nas być może nazbyt paternalistycznie. Niektóre nasze decyzje nietrafnie postrzegają jako objaw swoistej niewdzięczności za szlachetny gest przyjęcia do Unii oraz wielomiliardową pomoc strukturalną.
Tym, co zdaje się łączyć to i inne narosłe ostatnio wokół rozszerzenia Unii nieporozumienia, jest przede wszystkim – jak sądzę – niedostatek wzajemnego zaufania. W dyskusjach nad zapisami Traktatu Konstytucyjnego silni członkowie dawali wyraz obawom przed możliwością blokowania decyzji przez państwa słabsze. Te zaś obawiały się dominacji wielkich, w postaci europejskiego dyrektoriatu czy triumwiratu. Najstarsi uczestnicy integracji lękają się, że nowi członkowie mogą popsuć i „zabałaganić” dobrze urządzoną i nieźle prosperującą Unię. Nowi przybysze z kolei nie chcą być traktowani jak ubodzy krewni ze Wschodu czy też krnąbrni, nieokrzesani „barbarzyńcy”, których trochę z łaski dopuszcza się do unijnego stołu.
Gdyby wśród uczestników europejskiej integracji nie było zaufania – ani Wspólnoty, ani Unia nigdy by nie powstały, bądź też nie przetrwałyby kolejnych zakrętów, których w dotychczasowej historii przecież nie brakowało. Ale przełamywanie nieufności wymaga ciężkiej pracy i starań wszystkich stron. „Zaufania nie można nakazać, na zaufanie trzeba sobie zasłużyć” – mówił niedawno były kanclerz Niemiec Helmut Kohl, podkreślając zarazem równą wagę małych i dużych narodów w procesie integracyjnym oraz potrzebę uwzględniania interesów wszystkich partnerów.
Budowa wzajemnego zaufania to bez wątpienia punkt wyjścia i klucz do europejskiego kompromisu. Wymaga ona usuwania barier komunikacyjnych i psychologicznych, eliminowania stereotypów, otwierania się na cudze racje, znajdowania wspólnego języka. Trzeba wychodzić sobie naprzeciw, a przede wszystkim poważnie i konstruktywnie ze sobą rozmawiać. Tylko tą drogą można osiągać – jak to określił dokładnie miesiąc temu w Uniwersytecie Szczecińskim unijny komisarz Guenter Verheugen – „słynny europejski kompromis, w którym jakoś wszyscy potrafią się odnaleźć”.
2.Jakiej Unii Europejskiej potrzebujemy?
Polska pragnie, aby wspólną Europę tworzyły wszystkie państwa Unii: większe i mniejsze, bogatsze i biedniejsze, starzy i nowi członkowie. Wypowiadamy się przeciwko koncepcji „Europy dwóch prędkości”. Podział Unii na dwie ligi to w gruncie rzeczy pomysł na integrację przez dezintegrację. Chcemy Unii silnej, a więc – sprawnej, demokratycznej, solidarnej, tworzącej korzystne warunki dla wzrostu gospodarczego i rozwoju.
Unia sprawna to struktura zdolna do wypełniania swych zadań. To oczywiste, że nie przystępujemy do Unii po to, by ją paraliżować czy uczynić mniej skuteczną. Jeśli funkcjonowałaby źle, nie przynosiłaby nam spodziewanych korzyści. Ale sprawności działania nie można mierzyć tylko łatwością czy szybkością podejmowania decyzji. Osłabiona pozycja grupy państw przystępujących właśnie do Unii, w tym Polski, wcale nie poprawiałaby jej skuteczności.
Unia demokratyczna to wspólnota zapewniająca silną identyfikację z nią obywateli. Deficyt w tej dziedzinie wyrażają m.in.sondaże, które pokazują rosnący sceptycyzm społeczeństw krajów członkowskich wobec unijnych instytucji. Jest to trend bardzo niekorzystny, bo osłabia legitymizację Unii i powoduje apatię europejskiego społeczeństwa obywatelskiego. Można się spodziewać, że sam fakt przyjęcia konstytucji europejskiej może mieć istotny, pozytywny wpływ na demokratyzację Unii i zbliżenie jej do obywateli.
Unia solidarna to organizm spójny, zapewniający wszystkim państwom członkowskim wyższy poziom bezpieczeństwa, a także stosowną redystrybucję zasobów w ramach całej wspólnoty. Ale pamiętajmy, że solidarna Europa to nie tylko taka, która więcej płaci. Solidarność wymaga także pogłębienia integracji, wzmocnienia Unii i jej organów, rozszerzenia zasady głosowania większością kwalifikowaną na nowe obszary, poszukiwania rozwiązań w istocie federalnych. Tylko na tej drodze można kształtować wspólną europejską tożsamość - niezbędny warunek poczucia solidarności.
I wreszcie Unia gwarantująca rozwój gospodarczy i wzrost poziomu życia ludzi to ugrupowanie integracyjne zapewniające większą konkurencyjność gospodarki europejskiej na rynku globalnym. Sprzyjające tworzeniu nowych miejsc pracy. Promujące nowoczesne technologie. Wielkim wyzwaniem jest zwłaszcza tworzenie społeczeństwa informacyjnego, realizacja wszystkich celów sformułowanych w Strategii Lizbońskiej
3.Najważniejsze wyzwania europejskie przed Polską
a) upowszechnianie „świadomości europejskiej”
1 maja czeka nas wielka przemiana. Udział Polski na pełnoprawnych zasadach w wyjątkowym projekcie integracyjnym, jakim jest Unia Europejska, wymaga wielu przewartościowań, innego sposobu myślenia i działania na różnych polach. Zasadniczym zmianom ulegną reguły gry obowiązujące w naszych stosunkach zarówno z zachodnimi partnerami, jak i ze wszystkimi sąsiadami. Inaczej trzeba będzie kształtować ustawodawstwo i politykę wewnętrzną. Będziemy częściej posługiwać się nowymi kategoriami pojęciowymi. Potrzebne będą nowe pomysły i doktryny, zmieni się nasze podejście do wielu spraw. Tak już jest, że w radykalnie odmienionych okolicznościach stare formy myślenia i działania nie zawsze się sprawdzają.
Przede wszystkim powinniśmy lepiej rozumieć specyficzną naturę Unii Europejskiej oraz sens integracji. Dobrze wiedzieć, czym jest i jak działa Unia. Przystępniej wyjaśniać i cierpliwie tłumaczyć to opinii publicznej. To wielkie zadania dla elit intelektualnych, instytucji edukacyjnych, w tym także dla środowisk akademickich.
Najkrócej mówiąc – dzisiejsza Unia to konstrukcja specyficzna: ani klasyczna organizacja międzynarodowa czy sojusz państw, ani też superpaństwo federalne. To raczej nowy rodzaj wspólnoty politycznej, dobrowolny związek państw i narodów, unikalne laboratorium nowego typu współżycia. Istotą Unii jest harmonijne – nierzadko trudne i mozolne – kojarzenie interesów cząstkowych z interesami szerszej całości. Mówiąc wprost, chodzi tu głównie o umiejętne uzgadnianie interesów narodowych krajów członkowskich z nadrzędnym interesem europejskim.
Można naturalnie spierać się o to, na czym polega w danym okresie interes europejski i w jaki sposób najpełniej go realizować. Ale nie sposób negować, że on rzeczywiście istnieje. Uznanie tego faktu wymaga silniejszej identyfikacji z Unią, postrzegania spraw europejskich w szerszej, a nie tylko partykularnej czy roszczeniowej perspektywie. 1 maja Polacy staną się obywatelami europejskimi, co będzie oznaczać, że od tej chwili Unia to „my”, a nie „oni”.
Wszystko to nie zwalnia nas oczywiście z obowiązku definiowania własnych interesów narodowych, artykułowania ich i obrony, realizowania określonej polityki w unijnych strukturach. Każde państwo członkowskie ma swoje specyficzne potrzeby i priorytety. W Unii ścierają się ze sobą różne interesy. Trwają i będą trwać spory wokół konkretnych rozwiązań instytucjonalnych i prawnych, form współpracy czy budżetu. Unia to także pole współzawodnictwa i konkurencji, niekiedy ostrej walki o wpływy. Ale istotą tej złożonej gry interesów pozostaje przecież nie konfrontacja, nie dążenie do hegemonii, nie zawłaszczanie czy podbój, lecz nade wszystko poszukiwanie konsensusu na drodze dialogu i kompromisu, poprzez wzajemne ustępstwa, w duchu zasady solidarności.
Taki sens Wspólnotom nadawali europejscy „ojcowie założyciele”: Monnet, Schuman, Adenauer, de Gasperi. Wielki projekt integracyjny był dla nich próbą cywilizowania relacji między narodami Europy. Chodziło o coś więcej niż tylko o eliminację wojen i wrogości. Zasadniczą ideą było w istocie tworzenie nowej jakości w polityce europejskiej, wynikającej z ustanowienia trwałych ram dla rozwoju i współdziałania na rzecz dobra wspólnego.
Znalezienie w Unii optymalnej równowagi między interesami całości oraz jej części składowych nie jest zadaniem łatwym i prostym. Przekonały nas o tym także ostatnie spory. Dwie propozycje systemu głosowania w Radzie Unii – pierwsza przedłożona w Nicei, a następnie druga przez Konwent – były próbą osiągnięcia niezbędnego balansu między zasadą równości państw a zasadą równości obywateli. Unia państw i obywateli potrzebuje podwójnej legitymizacji. Potrzebujemy kompromisu między wymaganiami narodowymi a regułami wspólnego funkcjonowania. Mam nadzieję, że wypracowanie akceptowanego przez wszystkie strony rozwiązania w tej dziedzinie utoruje drogę do rychłego przyjęcia konstytucji europejskiej.
W tle toczonych ostatnio w Polsce dyskusji na temat integracji z Unią pozostaje także zagadnienie suwerenności. Polacy są szczególnie wrażliwi w tej kwestii – i mają po temu dobrze uzasadnione historycznie powody. Ale nie zmienia to sytuacji, że tradycyjne pojmowanie suwerenności wymaga dziś – w warunkach nie tylko członkostwa w Unii, ale i postępujących procesów globalizacji – dość zasadniczych przewartościowań. Suwerenność rozumiana jako całkowita niezależność od otoczenia zewnętrznego traci rację bytu. Jej współczesny sens trafniej zdaje się wyrażać definicja zwracająca uwagę na zdolność państw do realizacji racji stanu. W Unii Europejskiej mówi się coraz częściej o suwerenności zbiorowej bądź wspólnie wykonywanej. Już prezydent Charles de Gaulle zwykł powtarzać, że w związki integracyjne i sojusznicze wchodzi się bynajmniej nie po to, aby suwerenność osłabiać, ale na odwrót – po to, aby ją realnie wzmacniać. Tę myśl powinni, moim zdaniem, mieć na uwadze także Polacy wchodząc do Unii.
b) polityka europejska RP
Członkostwo Polski w Unii Europejskiej rodzi szereg wyzwań dla naszej polityki zagranicznej. Tylko niektóre z nich jestem w stanie zasygnalizować w tak krótkim wystąpieniu.
Zapewnienie naszemu krajowi odpowiedniej pozycji w unijnym mechanizmie decyzyjnym jest ważne, ale przecież nie rozstrzygające. Liczba i siła głosów w organach wspólnotowych jest tylko jednym z wielu narzędzi osiągania celów, zwłaszcza że dosyć rzadko dochodzi w nich do głosowań. Nasze realne wpływy w Unii będą w przemożnym stopniu zależały od atrakcyjności formułowanych przez nas pomysłów i koncepcji politycznych, a także od umiejętności skutecznego wprowadzania ich w życie.
Z tego punktu widzenia nadzwyczaj istotna będzie jakość polskiej dyplomacji, klasa naszych europarlamentarzystów i polityków reprezentujących nas w Brukseli. Powinni oni świetnie znać unijne mechanizmy, umieć sprawnie poruszać się po wspólnotowych strukturach. Liczyć się będzie zdolność do przekonywującego przedstawiania swoich racji i argumentów. Umiejętność pozyskiwania sojuszników i budowania elastycznych koalicji w różnych sprawach, takich choćby jak: kwestie budżetowe i pomoc strukturalna, wspólna polityka rolna, współpraca regionalna, polityka wschodnia Unii, stosunki transatlantyckie. Ważne będą w tym kontekście zdolności negocjacyjne, gotowość do poszukiwania kompromisowych rozwiązań, a także – kiedy będzie taka potrzeba – do zgłaszania alternatywnych propozycji.
Pewne jest w każdym razie, że polska tradycyjna skłonność do nadużywania liberum veto na niewiele nam się zda w Unii. Narodowo-patriotycznym frazesem nie pokryjemy niedostatku wizji czy kompetencji. Musimy pamiętać, że negocjować trzeba nie tylko twardo, ale i zręcznie. Że w rokowaniach nie wystarczy mieć racji, ale trzeba jeszcze do tej racji przekonać. Pokazać, że spełnienie naszych postulatów leży w interesie także innych państw oraz Unii Europejskiej jako całości.
Kwestia pozyskiwania przychylności dla Polski w Unii ma zresztą wymiar szerszy, wykraczający poza sferę stricte polityczną. Chodzi o większe zaangażowanie instytucji społeczeństwa obywatelskiego w promocję naszego kraju i jego interesów w Brukseli. Obecność polskich lobbistów – przedstawicieli organizacji pozarządowych, instytucji kulturalnych, edukacyjnych czy naukowych – jest w tej europejskiej stolicy wciąż nieliczna. Tymczasem tzw. networking, czyli nawiązywanie gęstej sieci kontaktów na różnych poziomach i z udziałem różnych podmiotów, jest obecnie jednym z najważniejszych sposobów wpływania przez państwa członkowskie na unijne decyzje. Powinniśmy uczynić wszystko, aby w większym stopniu uspołecznić polską politykę europejską.
c) polityka wewnętrzna: jak „wygrać” członkostwo w UE i nie zmarnować szansy na modernizację Polski?
Osobną sprawą jest odpowiednia koordynacja działań różnych instytucji i organizacji krajowych, korzystających, na przykład, z unijnego wsparcia lub biorących udział w wypracowywaniu polskiego stanowiska w konkretnych kwestiach, które są przedmiotem unijnych regulacji. Jest to jedno z najpoważniejszych wyzwań stojących przed aparatem państwowym u progu naszego członkostwa w Unii.
Jakość administracji publicznej w dużym stopniu zadecyduje, czy Polska wykorzysta wszystkie szanse i możliwości związane z mechanizmami współpracy, dorobkiem prawnym oraz środkami finansowymi, jakimi dysponuje Unia. Nasz udział w realizacji unijnych programów i strategii może radykalnie przyspieszyć modernizację kraju, ułatwić dokonanie prawdziwego skoku cywilizacyjnego. Warunkiem uzyskania realnych korzyści jest jednak odpowiednia, skuteczna absorpcja tego wielkiego potencjału rozmaitych zasobów: ekspertyzowych, legislacyjnych, materialnych. Postulatu właściwej absorpcji nie należy więc zawężać do wymiaru finansowego – do efektywnego pozyskiwania i wydatkowania środków z funduszy strukturalnych. Chodzi także o wiedzę, rozwiązania prawne, mechanizmy instytucjonalne i metody współdziałania na płaszczyźnie europejskiej, które mogą sprzyjać rozwiązywaniu wielu naszych problemów społecznych i gospodarczych.
Bądźmy realistami – po 1 maja nie wszystko od razu zmieni się na lepsze. Unia Europejska nie jest panaceum na wszystkie polskie bolączki. Ona sama ich za nas nie wyleczy. Co więcej, w pierwszym etapie członkostwa mogą pojawić się dodatkowe dolegliwości. Takie choćby, jak utrata pracy w firmach nie potrafiących sprostać konkurencji na europejskim rynku, konieczność przekwalifikowania się. Z pewnością nie wszyscy skorzystają na integracji jednakowo. Ale pamiętajmy, że zasada warunkująca możliwe profity wydaje się całkiem prosta: dobrze przygotowani do akcesji zyskają najwięcej. Jestem natomiast przekonany, że ogólny bilans polskiego członkostwa w Unii będzie poprawiał się z każdym kolejnym rokiem. W efekcie końcowym zyskają nawet ci, którzy lękają się skutków akcesji lub są jej przeciwni.
Ogromne możliwości rozwoju otwierają się przed polską nauką i edukacją. Już od jakiegoś czasu nasi naukowcy uczestniczą w programach Europejskiego Obszaru Badawczego. Unijny VI Program Ramowy oferuje 20 mld euro na wsparcie różnorodnych projektów. Rozszerza się wymiana studentów i doktorantów w ramach takich programów jak „Sokrates” czy „Leonardo da Vinci”. Tylko w ubiegłym roku z możliwości okresowych studiów w krajach Unii skorzystało ponad 5.000 młodych Polaków.
Przed polskim szkolnictwem wyższym stają dziś nowe wyzwania. O jakości naszego uczestnictwa w europejskiej wspólnocie w dużym stopniu przesądzi stan wiedzy i umiejętności naszych obywateli. Im bardziej oświecone, im lepiej wyedukowane będzie polskie społeczeństwo – tym więcej szans wykorzystamy. Edukacja to nie tylko przygotowanie do konkurencji na rynku pracy, lecz także klucz do zbudowania społeczeństwa obywatelskiego – społeczeństwa lepiej poinformowanego i otwartego na zmiany. O klasie Polski w Europie zadecydują klasy w polskich szkołach!
Na naszych uczelniach kształci się obecnie blisko dwa miliony studentów. Musimy uczynić wszystko, aby edukacja w Polsce stała się dobrem jeszcze bardziej powszechnym i dostępnym, obecnym wszędzie tam, gdzie młodzi ludzie chcą zdobywać wiedzę. Nie powinna być ona dobrem ekskluzywnym, na które pozwolić sobie mogą tylko bogaci. Powołany przeze mnie zespół skupiający wybitnych specjalistów opracował projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, która powinna pomóc uczelniom – zarówno państwowym, jak i niepublicznym - rozwiązać wiele problemów wewnętrznych, a także skutecznie konkurować na europejskim rynku edukacyjnym.
4.Przesłanie do studentów
Wielkim atutem Polski w Unii będzie dysponowanie ogromnymi zasobami kapitału ludzkiego. Patrząc na zgromadzonych tu studentów, myślę przede wszystkim o młodych Polakach – dobrze wykształconych, otwartych na świat i nowe wyzwania. Do rozszerzonej Unii Europejskiej możecie wnieść swoje talenty i ambicje, dodatkową energię, przedsiębiorczość i kulturę. Dla swojej ojczyzny, dla jednoczącej się Europy możecie stać cennym źródłem nowej dynamiki gospodarczej, społecznej i politycznej.
Wraz z wejściem Polski do Unii uzyskacie prawo do podejmowania studiów w dowolnym kraju członkowskim, na zasadach obowiązujących tamtejszych obywateli. Wasze polskie dyplomy będą uznawane w innych państwach. Wiele mówi się ostatnio o potencjalnej fali migracyjnej z Polski na Zachód. Dotyka nas problem drenażu najwybitniejszych młodych naukowców. Polska nie może sobie pozwolić na odpływ najzdolniejszych młodych ludzi. Chcę wam powiedzieć: zostańcie z nami!
Rozumiem, że jest wiele powodów do społecznego zniechęcenia i frustracji. Utrzymujący się wysoki poziom bezrobocia. Niewydolność administracji i skandale korupcyjne. Niedostatecznie skuteczne stosowanie prawa i będąca zastrzeżenia praca wymiaru sprawiedliwości. Opóźnienia w restrukturyzacji gospodarki. Obecne rozwichrzenie sceny politycznej, panoszące się na niej demagogia i populizm. Ale są przecież także niezaprzeczalne osiągnięcia ostatnich 15 lat, czego nasza akcesja do UE jest najlepszym dowodem.
I są przede wszystkim perspektywy, ogrom szans i możliwości. Polska jest i będzie w najbliższych latach wielkim „placem budowy”. Tegoroczna dynamika wzrostu gospodarczego i boom eksportowy są naprawdę imponujące. Bez wątpienia stać nas na dokonanie prawdziwego skoku w rozwoju – takiego jakiego dokonała w ostatnim okresie choćby Irlandia, niegdyś jeden z biedniejszych krajów Unii.
Z wielkim uznaniem obserwowałem przed rokiem proeuropejskie zaangażowanie młodzieży akademickiej przy okazji referendum akcesyjnego. Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Apeluję do aktywnego w nich udziału. Niechaj polscy eurodeputowani będą najlepszymi z najlepszych. Nie jesteśmy przecież skazani na to, aby w Strasburgu czy Brukseli reprezentowali nas eurofobi czy populiści. Jak mówił niedawno w Warszawie przewodniczący Parlamentu Pat Cox, nie musimy też wybierać na naszych przedstawicieli – jak to określił kolokwialnie – „zgredów”, czyli starych poszukiwaczy synekur i ciepłych posadek.
To, jak będzie wyglądała Polska i Europa za kilka lat, w największym stopniu będzie zależało od nas samych. Jestem przekonany, że nasze członkostwo w Unii będzie wyzwalać w nas postawy coraz bardziej aktywne i twórcze. Wierzę głęboko, że wygramy nasz długo oczekiwany powrót do wielkiej europejskiej rodziny. Budujmy „Silną Polskę w silnej Europie”!