Rozmowa Prezydentem RP Bronisławem Komorowskim ukazała się w "Gazecie Wyborczej" 1 sierpnia 2014 r.
PAWEŁ WROŃSKI: W tym roku obchodziliśmy rocznicę 25-lecia odzyskania suwerenności w 1989 r. i obchodzimy 70. rocznicę Powstania Warszawskiego. Nie odczuwa pan dysonansu? Wielkie zwycięstwo bez jednego wystrzału, a Powstanie - wielka klęska.
BRONISŁAW KOMOROWSKI: Dysonansu? Taka jest historia Polski. Nie, nie widzę potrzeby przeciwstawiania sobie tych zdarzeń. Historii nie da się napisać na nowo i nawet nie powinno się próbować. Nasza historia to nie tylko historia zwycięstw, lecz także historia porażek. Porażek politycznych, militarnych, które trzeba przemyśleć i zrozumieć. A doświadczenie, które z nich płynie, trzeba zaprząc w służbę współczesnej Polski. To, według mnie, da się świetnie zrobić. 25 lat temu odzyskaliśmy wolność na innej drodze. Jak na nasze doświadczenie historyczne - mało kosztownej. Ale to jeszcze bardziej uwypukla to, że w przeszłości przychodziło płacić za nią straszliwą cenę. Płaciliśmy za samo marzenie o wolności. Z drugiej strony, to, co się stało, tamten dramatyczny wysiłek przed 70 laty w jakiejś mierze zaprocentował na nowej drodze ku wolności, która zrealizowała się w 1989 r. Ot, choćby dlatego, że w czasach komunistycznych Stalin i komunistyczny świat zewnętrzny patrzyli na Polaków i Polskę jako nakraj, do którego lepiej nie wkraczać z własną armią. Bo nigdy nie wiadomo, jak się zachowają, skoro w Powstaniu Warszawskim szli z butelkami z benzyną na czołgi. Tu ciągle chodziło o tę samą wolność.
Mam jednak wrażenie, że to „historyczne doświadczenie" jest zrozumiałe tylko dla Polaków. Inni zadają pytanie o bilans zysków i strat.
- Chyba pan się myli. Warto prześledzić reakcje polityków świata zachodniego i państw NATO nawiedzę o Powstaniu Warszawskim. Wiedzę o jego skali, o dramacie, a także o bohaterstwie, o zdolności do uporczywego oporu. Staram się zabierać swoich zagranicznych gości do Muzeum Powstania Warszawskiego. Widzę, jak im się oczy otwierają, gdy dochodzi do ich świadomości, jak to wszystko wyglądało. Od tego momentu zaczynają inaczej na nas patrzeć. Z politycznego punktu widzenia buduje to przekonanie, że Polacy to jednak jest nacja wiarygodna jako sojusznik, która potrafi walczyć o własną wolność i przeciwstawić się nawet potężniejszemu przeciwnikowi. A potem ci zagraniczni politycy mogą zobaczyć współczesną armię polską i widzą to kolejne pokolenie, inną rzeczywistość, ale przecież determinacja pozostaje ta sama.
Powstanie Warszawskie w ostatnich latach stawało się manifestacją współczesnych politycznych sympatii. Dreszcz przechodził mi po plecach, gdy na Powązkach grupki - często bardzo młodych ludzi - gwizdały na Władysława Bartoszewskiego, kiedy składał kwiaty.
- Mam wielką nadzieję, że i w tym roku mimo wszystko Władysław Bartoszewski przyjdzie na Powązki. Mało kto może pełnić funkcję tak wiarygodnego łącznika między tamtym heroicznym, dramatycznym i zakończonym klęską wysiłkiem na rzecz wolności a sukcesem w odzyskiwaniu wolności 25 lat temu. Ale zjawisko, o którym pan mówi, jest, niestety, jakimś przekleństwem, jakąś pokusą zawłaszczania historii na rzecz jednego środowiska, jednej opcji politycznej. Używania historii jako maczugi w walce politycznej.
Bo -jak głosi jeden z prawicowych publicystów - powstańcy warszawscy też by gwizdali, bo nie chcą takiej Polski, jaka jest dzisiaj.
- Chyba zbyt mało miał ten publicysta okazji do słuchania najlepszych świadków historii, uczestników Powstania reprezentujących bardzo różne poglądy na świat, i nie wie, że historia - zarówno dobra, jak i zła - jest wspólna! Należy do wszystkich. Jeżeli się mówi o pamięci, o wydarzeniach rangi historycznej, ogólnonarodowej, to trzeba się zachowywać tak, by tej narodowej wspólnocie służyły. By ta wspólnota, przy wszystkich różnicach, jakoś mogła funkcjonować. Zresztą, te gwizdy stają się coraz cichsze. Dzisiaj na ogół tyle samo się słyszy na Powązkach głosów gaszących tego rodzaju zachowania. Nie widzę lepszego sposobu reakcji niż reakcja społeczeństwa. Nie polityków czy służb porządkowych, tylko właśnie publiczności biorącej udział w konkretnych wydarzeniach. Byłem świadkiem sytuacji, która zdarzyła się na cmentarzu Wolskim, kiedy grupa awanturników próbowała zakłócić trwającą tam uroczystość. Reakcja przyszła ze strony jednej z kombatantek. Drobniutka, lekko przygarbiona starsza pani po prostu podeszła do tych młodych ludzi i tak ustawiła ich do pionu, że zamilkli, zwinęli transparenty i potem już w trakcie całej uroczystości zachowywali się przyzwoicie. Ona była dla nich autorytetem. Cmentarz to nie miejsce na rozróby.
Na cmentarzu Wolskim, o którym pan wspomniał, leży 150 tys., głównie cywilnych, ofiar. O tym też trzeba pamiętać, dyskutując o Powstaniu.
- Staram się pamiętać i przypominać. Uważam, że to wielkie zadanie, by pokazywać tę drugą stronę medalu, ten dramat Warszawy. Nie tylko walczących powstańców, lecz także gigantyczne straty ludności cywilnej. I to właśnie widać na wolskiej nekropolii pod pomnikiem Polegli-Niepokonani. A z perspektywy 70 lat, które upłynęły od tych wydarzeń, warto pamiętać, że wolność i przyzwoitość potrafią się obronić - tak wtedy, jak dziś.
ROZMAWIAŁ PAWEŁ WROŃSKI