Wywiad z Pierwszą Damą Anną Komorowską ukazał się w miesięczniku "Twój Styl" w grudniu 2010 roku.
21 lat. Tak długo pozostawała w cieniu. Żona polityka robiącego karierę dbała o to, żeby jej twarz była nierozpoznawalna. Udawało się do czasu. Nauczycielka, matka pięciorga dzieci i pani domu została pierwszą damą. W pierwszym wywiadzie po wyborach Anna Komorowska opowiada o tym, co bierze ze sobą do Belwederu.
Twój Styl: Rodzina z psem? Brzmi znajomo?
Anna Komorowska: Dosyć to popularne, nie tylko w Polsce.
Ale ma także drugie dno. Trzecia deklinacja, zestaw siedmiu wyjątków...
Ach, łacina…
Dlaczego wybrała Pani filologię klasyczną?
Chciałam być nauczycielką. Miałam fantastyczną łacinniczkę w warszawskim liceum Reytana - panią Stefanię Światłowską, zwaną przez uczniów Stefą. Jej sposób nauczania, postawa zaważyły na tym wyborze. Sama dosyć wcześnie zaczęłam uczyć. Byłam na trzecim roku studiów, kiedy koleżanka zaproponowała mi zastępstwo w liceum na Bródnie.
Bardziej Panią interesowała literatura czy język?
Literatura i archeologia śródziemnomorska. Miałam szczęście słuchać wykładów, uczestniczyć w seminariach i zdawać egzaminy u profesora Kumanieckiego. Poza nim inni wielcy uczeni – Lidia Winniczuk, Oktawiusz Jurewicz, Maria Cytowska, Hanna Szelest i jako początkujacy asystent, dziś profesor, Jerzy Axer. Ciekawe studia. Nasz rok, którego opiekunem był profesor Jerzy Wojtczak, uchodził za liczny, bo studiowało na nim aż 10 osób. Kiedy teraz zaproszono mnie na inaugurację roku akademickiego, okazało się, że naukę na filologii klasycznej rozpoczyna aż 90 studentów.
Ambicje naukowe?
Pewne dokonania. W kole naukowym z profesor Lidią Winniczuk tłumaczyliśmy Kwintusa Kurcjusza Rufusa Dzieje Aleksandra Wielkiego, które wyszły w PWN-ie. Dla studentki czwartego roku zobaczyć swoje nazwisko w opublikowanej książce to było coś.
Potem miała Pani jeszcze cokolwiek wspólnego z łaciną?
Jako nauczycielka. Udzielałam korepetycji, uczyłam w Reytanie i w Hoffmanowej. Przestałam, kiedy urodziła się najstarsza córka. Ale zawsze dobrze coś sobie przeczytać, rozumieć cytaty, umieć się nimi posługiwać. Choćby podczas ostatniej mszy kanonizacyjnej w Watykanie – przyjemnie, gdy się wszystko rozumie…
„ŁH“ – przypomina to Pani coś?
Oczywiście, uświęcony tradycją tajny znak reytaniaków. To „Ł“ to osławiona postać liceum – groźny nauczyciel historii .
Uczniowie Reytana mieli zwyczaj ryć „ŁH“ gdzie popadnie…
Sama nie ryłam, ale widziałam. Istniała legenda, że w różnych miejscach w Europie można było „ŁH“ zobaczyć. W Europie nie widziałam, w Polsce – tak. Na przykład kiedyś w celi krakowskiego więzienia na Montelupich, gdzie ulokowano na nocleg naszą szkolną wycieczkę...
Reytan wciągał...
Byłam bardzo związana ze szkołą, miałam w niej i w reytaniackiej drużynie harcerskiej – Czarnej Jedynce, wielu znajomych. Moi najbliżsi to jednak przede wszystkim szczep harcerski na Dolnym Mokotowie. Trafiłam tam w podstawówce, a instruktorką byłam jeszcze na studiach. Z dziewczynami z drużyny przyjaźnimy się i spotykamy regularnie do dzisiaj.
Męża poznała Pani w harcerstwie?
Tak, w 1970 roku. Właśnie w tym szczepie.
Odpowiedzialna drużynowa, piękna dziewczyna, inteligentna, z dobrej szkoły... Miała Pani tłum adoratorów? Miłości?
Bez przesady. Naprawdę nie szalałam uczuciowo. Nie lubię o tym opowiadać.
Kiedy poznała Pani męża, wiedziała już, że jest zaangażowany w opozycję?
Wśród moich znajomych nie było to rzadkie. Powszechne było poczucie, że uczestniczy się w czymś ważnym, to nobilitowało. Myślę zresztą, że w tym duchu udało nam się potem wychować dzieci – angażują się społecznie, przeszły przez Przymierze Rodzin czy Klub Inteligencji Katolickiej. W obu stowarzyszeniach to starsi wychowują młodszych. Jak w harcerstwie.
Rodzice pochwalali te Pani opozycyjne znajomości?
Każdemu rodzicowi zależy na tym, żeby dziecko było szczęśliwe... Moi rozumieli, że można iść swoją drogą, zawsze pozostawiali mi swobodę wyboru. W czasie choroby i po śmierci taty mieszkaliśmy z mężemu mojej mamy. Odbywało się tam bardzo dużo spotkań, a w piwnicy trzymaliśmy jakąś bibułę, czcionki drukarskie. Mama wiedziała. Przystała na to bez sprzeciwu.
Jaki był Pani dom?
Ciepły, życzliwy, troskliwy, choć bez luksusów. Mam młodszą siostrę, krótko po maturze wyjechała do Anglii. Rodzice nie protestowali – uważali, że każda z nas dokonuje wyborów sama. Obserwowali, ale pozostawiali nam duży margines wolności. Pamiętam jak tata przyjechał na mój pierwszy obóz harcerski. Trafił niefortunnie - kuchnia, w której miałam dyżur nie odniosła tego dnia szczególnych sukcesów kulinarnych. Tata zauważył, że to wielka sztuka przypalić kompot...
Raz sprawdził jak dziecko sobie radzi, czy potem jeszcze Panią odwiedzał?
Razem z moją siostrą pojechali na rajd motorowerowy po Polsce i wtedy odwiedzili mnie na obozie. Tata pożyczył motorower jednemu z kolegów, który zabrał na niego Bronka i trochę poszarżowali po lesie. Motorower trzeba było reperować. W ten sposób tata poznał mojego przyszłego męża.
Ale potem przedstawiła go Pani bardziej oficjalnie?
Zaczął pojawiać się u nas w domu. Początkowo przychodził jako kolega. Zupa grzybowa z łazankami chyba znacznie podniosła moje akcje. Wszystko potoczyło się bardzo naturalnie – przyszedł miły kulturalny człowiek - o czym tu mówić? Była ciekawość, otwartość i serdeczność moich rodziców wobec kogoś, kogo pokochała ich córka. W drugą stronę zresztą też tak było.
Ślub brała Pani pod koniec studiów.…
Tak, byłam na piątym roku. Pobraliśmy się u św. Antoniego na Senatorskiej. Przed ślubem na całe studenckie wakacje pojechaliśmy do pracy do Austrii. Tam wpadliśmy na pomysł ślubu w Jerozolimie - to było takie nasze marzenie, No, ale w końcu zwyciężył rozsądek - doszliśmy do wniosku, że pieniądze przeznaczymy na mieszkanie.
Co Państwo robili w Austrii?
To był stary górski hotelik w Tyrolu - właścicielka, bezdzietna wdowa, jedna dochodząca kelnerka. Można się było dostać tylko wyciągiem. W ciągu dnia zjawiali się jacyś goście, czasem nawet liczna wycieczka - trzeba było nakryć, ugotować obiad, podać, sprzątnąć - stamtąd pamiętam, jak się robi Apfelstrudel...
Po powrocie starczyło na mieszkanie?
Przebicie w walutach było naprawdę korzystne, ale w czasie jednych wakacji nie sposób było zarobić aż tyle. Pomoc rodziców, prezenty ślubne plus to, co przywieźliśmy, złożyło się na część mieszkania. Resztę skredytowała nam ciocia, przystając na to, że oddamy w ratach.
I oddali Państwo?
Tak, mogę to stwierdzić z ulgą. Świadomość wiszącego nad nami długu i niemożność wyjazdu do pracy, żeby go szybko spłacić, bardzo nam ciążyły. Długo po powrocie nie dostawaliśmy paszportów. Ale mieliśmy własne 37 metrów na Bruna, tuż przy Polach Mokotowskich. Tam przyszła na świat trójka naszych dzieci.
Byli Państwo tuż po ślubie, Pani uczyła łaciny w szkole. A mąż? Kończył studia i konspirował?
Zanim urodziły się dzieci, przez pewien czas mieliśmy w domu powielacz. Elektryczny – duży sprzęt, głośny. Drukowaliśmy „Głos“. Sąsiedzi byli podobno przekonani, że stukanie dochodzące z naszego mieszkania to dlatego, że mąż był szewcem… Staraliśmy się to wyciszać, na łóżku leżał koc a na nim powielacz. Ale głośna maszyna w gomułkowskim budownictwie… Było słychać. W końcu nas zgarnęli, choć to na pewno nie sąsiedzi nas wydali. Rano przyszli panowie, zabrali sprzęt, a nas z tym sprzętem. Była chyba ósma - dla mnie wtedy bardzo wczesna godzina – potem, kiedy przyszły na świat dzieci, trochę to się zmieniło. Przeszukanie, poza powielaczem coś jeszcze znaleziono, jakąś bibułę. Chociaż nie znaleźli wszystkich skrytek.
Już wtedy były skrytki?
O tak. Mój mąż, zdolny stolarz, zrobił je w kilku miejscach. W fotelu, za wanną, itd. Na jedną nigdy nie wpadli. To była bardzo skomplikowana konstrukcja – malutka ciemna kuchnia, blat przylegający do zlewu i do ściany, lodówka Saratow, a za nią wnęka przy pionie z rurami. Na lodówkę był nakładany laminowany kuchenny blat, który wysuwało się na specjalnych prowadnicach.
A wtedy, z tym powielaczem, dokąd Państwa zawieźli?
Kiedy znaleźliśmy się w dużym fiacie, z ust dowódcy akcji padła komenda „do pałacu”. Wtedy chodziło o Pałac Mostowskich, siedzibę Komendy Głównej MO. Teraz jeżdżę do Belwederu, czy na Krakowskie Przedmieście. Zaczynam chyba dopatrywać się w tej historii proroctwa.
Bała się Pani?
Nie zabrali nas na długo na długo, ale przyznaję, że strachu się najadłam, bo trzymano nas osobno, przesłuchiwano w różnych pokojach. Po 16.00 komenda pustoszeje, pracownicy idą do domu, wszystko cichnie, słychać kroki wychodzących. Niespecjalnie dobrze się poczułam, bo nie wiedziałam co dalej. Śledczy wchodził i wychodził. Długo siedziałam sama.
Wiedziała Pani, jak się zachować?
AK: To się wiedziało, tyle osób było wcześniej zatrzymanych, czy aresztowanych. Odmawiałam składania zeznań – miałam gotową formułkę, wiedziałam, na jaki paragraf się powołać… Pod koniec dnia ktoś mnie poprosił i przeszliśmy do innego pomieszczenia, a tam był już mój mąż. I nagle pytanie „Czy państwo coś jedli?”. My – że nie. Więc śledczy poszedł do bufetu i przyniósł nam ozory w galarecie. Byliśmy bardzo głodni, to był emocjonujący dzień i te ozory bardzo nam smakowały… Potem puścili nas do domu.
Kiedy urodziło się pierwsze dziecko, nie bała się Pani, że w pewnej chwili zostanie bez rodziców?
Nie. Nie myśleliśmy o tym w ten sposób. Nie kalkulowaliśmy. Córka urodziła się jesienią 79 roku, potem przyszedł Sierpień, festiwal Solidarności, byliśmy wszyscy rozpolitykowani, było bardzo intensywnie. Jakieś wożenie bibuły w wózku, mąż drukował ulotki, umierał mój tata, byłam w drugiej ciąży...
SB wpadała?
Wpadała. Jedna rewizja szczególnie utkwiła mi w pamięci – może dlatego, że miałam poczucie, że nie oddałam skóry za darmo.
Sytuacja rewizji we własnym domu nie jest komfortowa, wiąże się z dużym stresem, który trzeba jakoś zmniejszyć, rozbroić. Kiedy się zjawili, oznajmiłam, że do pokoju dziecka - no może pokój to za dużo powiedziane, to była kliteczka… - wpuszczę ich tylko wtedy, gdy założą maski chirurgiczne, takie z gumkami na uszy. Dostałam je od kuzynki ze Szwecji, leżały bezużytecznie. To była taka drobna satysfakcja. Oczywiście, maski były po nic, dziecku nic by się nie stało, ale wyglądali śmiesznie. To, co mieli znaleźć, znaleźli, ale przynajmniej w tych maskach.
A kiedy przyszedł stan wojenny?
Nikt się nie spodziewał. Męża aresztowano w sobotę w nocy, kwadrans przed północą. Ale nie niepokoiłam się szczególnie, bo jego często sadzali. Miałam dwuletnią córkę i ośmiomiesięcznego syna. Wiedziałam, że muszę się zająć dziećmi, że muszę im dać swój spokój. Może to mało odpowiedzialne, ale uważałam, że to jest ważniejsze.
A nazajutrz? Ta niedziela była przecież straszna.
Dla mnie nie bardzo. Usłyszałam przez radio hasło „stan wojenny“ – nie wiedziałam, co to znaczy i chyba nie byłam w tym odosobniona. Wtedy wiele osób się bało, bo było się czego bać - pokolenie wojenne widziało czołgi i wyobraźnia się uruchamiała.
Kikaset metrów od Pani domu stał czołg…
Tak, stał czołg, ale proszę mi wierzyć, że ja w tę niedzielę do tego czołgu nie doszłam. Poszłam z dziećmi na dwór - to był mroźny dzień, ładny, dzieci trzeba było na spacer zabrać. Od rana odwiedziło mnie wiele osób, żeby sprawdzić, co się ze mną dzieje. W końcu udało mi się wyjść z domu, ale nie poszłam w stronę tego czołgu, nie chciałam tego oglądać... W poniedziałek po ogłoszeniu stanu wojennego pojechałam ze starszą córką do Pałacu Mostowskich, żeby się zapytać, co się stało z mężem, no i oczywiście niczego się nie dowiedziałam. Wychodząc zobaczyłam jednego esbeka, którego twarz znałam. Mówię: - „Proszę pana, pamiętam pana, był pan u nas na rewizji, bardzo proszę mi teraz pomóc pójść się dowiedzieć, gdzie jest mój mąż, bo ja chcę mu paczkę podać i nie wiem gdzie go szukać“. No i poszedł. Wrócił i powiedział tylko, że mąż jest na terenie Warszawy. Chodziło pewnie o Białołękę. Potem przewieźli go do Jaworza.
Nikt jeszcze nie wiedział, gdzie to Jaworze…
Wspólnota losu powoduje, że ludzie się gromadzą i nawzajem wspierają. W kościele św. Marcina był prymasowski komitet pomocy rodzinom uwięzionych. Tam wymienialiśmy się informacjami o tym, gdzie są nasi bliscy. I tam dowiedziałam się o Jaworzu. Pojechałyśmy we dwie z Magdą Bogutową, żoną innego internowanego. To pierwsze widzenie, z zaskoczenia, było bardzo długie, w internacie jeszcze nie było ustalonych procedur, to była swobodna parogodzinna rozmowa. Nikt nam nie przeszkadzał. Był ostatni dzień grudnia - wtedy się dowiedziałam, że takie widzenie przysługuje raz na miesiąc. Uznałyśmy z Magdą, że skoro następnego dnia jest już styczeń, to od razu wykorzystamy dwa widzenia, żeby nie wracać do Warszawy. Organizacyjnie ta wyprawa była dla mnie trudna – zostawiłam dzieci pod opieką w Warszawie, każde gdzie indziej. Ciężko. Spędziłyśmy sylwestra w hotelu robotniczym i z powrotem do internatu. Na drugi dzień pojawił się już chyba jakiś regulamin, bo to spotkanie skrócili nam do godziny.
Przyjechała Pani niespodziewanie, nikt tam przed Panią nie dotarł. Mieli Państwo dużo czasu na rozmowę. O czym?
Nie widzieliśmy się dwa tygodnie. Bronek pytał o dom rodzinę, o dzieci. Ja o to, kto jeszcze z nim siedzi, jak tam jest, co robią. Zawiozłam mu jakieś smakołyki, wzięłam, co się dało. Miły kawałek domu się wtedy zawozi...
A miała Pani przygotowany taki zestaw dyżurny, zawsze kiedy męża zabierali z domu?
Tak. Jak męża zatrzymywali, zawsze dawałam mu Pismo Święte, jakieś witaminy, cebulę, czosnek, uzupełnienie kuchni więziennej, ciepły sweter, skarpety, bieliznę.
Nie proponowano Pani współpracy? Nie mowili „coś za coś”?
Raz. Próbowano mnie namówić na to, żebym wpłynęła na męża, żeby się w nic nie angażował. To było wtedy, kiedy miał wyjść z obozu internowania.
Co Pani zrobiła?
Nic. Stwierdziłam, że jest dorosły. Po powrocie z internowania zaraz zajął się redagowaniem pisma ABC (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne). Spotkania redakcji odbywały się także w naszym mieszkaniu.
Widziała Pani swoją teczkę w IPN?
Nie. Dotarły do mnie jakieś fragmenty, ale nie miałam czasu, żeby to uważnie przejrzeć. Na szczęście nie dowiedziałam się niczego, czego bym nie wiedziała wcześniej. Może kiedyś zajrzę…
A z czego Państwo żyli, jak mąż wyszedł z internowania?
Był nauczycielem historii u franciszkanów w niższym seminarium duchownym w Niepokalanowie. Dostawaliśmy jego pensję nawet, kiedy siedział. Poza tym pracował jako stażysta redakcyjny w Słowie Powszechnym, a do 13 grudnia 81 roku w Ośrodku Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze.
Mąż przynosił klasówki do domu?
Przynosił. Choć sprawdzał je przede wszystkim w pociągu, kiedy dojeżdżał do Niepokalanowa. W domu było już troje dzieci…
W tych 37 metrach?
Tak. Potem przez krótki okres mieszkaliśmy na Batorego. Byliśmy bardzo związani z Polami Mokotowskimi. W końcu sytuacja rodzinna spowodowała, że przenieśliśmy się na Rozbrat, na Powiśle, do mieszkania babci męża. Czwarte i piąte dziecko urodziło się tam. Było zabawnie. Babcia, wychowana w majątku na Żmudzi, zorientowała się, że jestem w czwartej ciąży, więc wzięła męża na poważną rozmowę. Mówi mu: „Musisz zorganizować jakąś Niemkę do pomocy, bo ona sobie nie da rady“. Miała takie wspomnienia z dzieciństwa. W jej stronach jako bony do dzieci brało się Niemki…
Państwo zawsze chcieli mieć dużo dzieci?
Zawsze byliśmy na to gotowi. Kiedy nasz syn był na początku szkoły podstawowej – wtedy właśnie miało urodzić się piąte dziecko – na zdziwienie swojej nauczycielki powiedział „U nas się zawsze jakieś dziecko rodzi“.
Jak się planuje domowy budżet przy takiej rodzinie?
To nie jest łatwe. Każdą złotówkę ogląda się z każdej strony i szuka możliwości dorobienia. Poza tym naszym długiem z początku małżeństwa, który tak wisiał nad nami – staraliśmy się zawsze żyć z tego, co mieliśmy. Dostawaliśmy czasem jakąś pomoc rodzinną, ale nie stałą, raczej doraźną. Ja, zajmując się domem, wciąż udzielałam korepetycji. Zdarzyło się nawet w 89 roku, że zostawiłam męża i na siedem tygodni pojechałam do pracy do Anglii.
Co Pani tam robiła?
Przed południem pracowałam w restauracji, a potem wszywałam druty do rękawiczek i w podeszwy grubych skarpet. To były podgrzewacze dla osób, które miały kłopoty z krążeniem. Miałam komfortową sytuację, bo mieszkałam u siostry.
Wtedy pierwszy raz zostawiła Pani męża z dziećmi?
Nie, wcześniej, w 84 roku pojechałam na dziesięć dni na wakacje w Prowansji.
Miała Pani dość?
Nie, po prostu nie mogłam nie skorzystać z okazji. Teściowie byli wtedy we Francji i zaprosili mnie na wakacje.
Panią zaprosili a syna nie?
Zaprosili naturalnie, ale nie dostał paszportu.
Jak się zarządza domem przy piątce dzieci?
A, to wyzwanie. Ktoś musi wszystko koordynować. Trzeba wiedzieć, kto kiedy wychodzi, na którą godzinę, o której ma wrócić, kiedy się zacząć niepokoić. Głównie ja się tym zajmowałam, musiało to jakoś pójść i poszło. Szkoły, zajęcia pozalekcyjne, odrabianie lekcji... Między najstarszą córką a najmłodszą jest 10 lat różnicy, więc siłą rzeczy starsi opiekują się młodszymi. Tylko trzeba pilnować, żeby nie za bardzo tych starszych obciążać. Dzieci mi pomagały przy młodszym rodzeństwie - czasami z radością, czasami… z mniejszą.
A czy był taki moment, że Pani pomyślała sobie, „Nie, nie poradzę sobie, niech ktoś przyjdzie i coś zrobi“?
Nie do tego stopnia. Że mogłoby być lepiej - to nieraz. Zmęczenie? Na pewno tak. Czasami mówię: „Dajcie mi teraz spokój, radźcie sobie sami, matka też człowiek“.
A jak dzieci mówią do rodziców? W drugiej czy w trzeciej osobie?
Różnie. Zależy kiedy. I tak, i tak, ale nie mówią mi po imieniu.
„Czy mama może“?
Tak, ale też: „Powiedz mi“ – nie ma reguły. Czasem są dyskusje na ten temat.
A kiedy dziecko przechodzi poważny wypadek samochodowy, jak Państwa syn, kiedy mu grozi niebezpieczeństwo, tygodniami nie wiadomo, czy przeżyje, czy wyzdrowieje, to rodzina się cementuje, czy każdy cierpi osobno?
U nas się scementowała. Starsze dzieci przejęły część tego, co powinni robić rodzice. Po wypadku syna ciągle byliśmy w szpitalu, dzieci zajmowały się domem. Ta zmiana ról w rodzinie przyszła naturalnie. Mimo, że rodzicom nie jest przecież łatwo poddać się „rządom” dzieci, zaufać, zdać na to, że one też potrafią coś zrobić.
To poważna sytuacja. A w mniej poważnych? Kiedy pięcioro dzieci ma jednocześnie grypę na przykład?
Trójka wystarczy. Piątkę mieliśmy już w dużym mieszkaniu, więc można było chorych izolować. Ale czasami chorować w grupie jest łatwiej, tylko trzeba życie organizować inaczej. Tych z grypą trzyma się w jednym pomieszczeniu - niech sobie tam dostarczają atrakcji. Ten etap już na szczęście jest za nami. Dzieci dorosły. W domu zostało dwoje najmłodszych, jeszcze studiują.
4 czerwca 89 – jak zwykle urodziny męża i – inaczej niż zwykle - wybory. Państwo poszli czy nie?
Nie. Uważaliśmy, że Okągły Stół to kapitulacja, że wszystko albo nic. 21 lat temu słowo „kompromis“ było nam znacznie trudniej wymówić. Z wiekiem nabiera się rozumu, dostrzega, że to jednak niemała wartość. Na wybory nie poszliśmy, czym sami siebie ukaraliśmy, bo oczywiście, cieszyliśmy się z wyników, ale mieliśmy świadomość, że to nie nasza zasługa.
Paradoks przyszedł natychmiast, bo Pani mąż zaraz dostał propozycję pracy w Urzędzie Rady Ministrów.
Są sytuacje, w których nie ma innego wyjścia, potrzebują ludzi, to trzeba iść. Zadecydowało to, że propozycja wyszła od ministra Aleksandra Halla, który sam, podobnie zresztą, jak Tadeusz Mazowiecki, w czerwcowych wyborach też nie brał udziału. Zmieniło nam się życie.
Ale w życiu polityka, a zwłaszcza w młodej demokracji, nie wszystko jest jednoznaczne. Rozchodzą się drogi polityczne, kończą wieloletnie przyjaźnie, ma się dylematy – wojna na górze, upadek rządu Olszewskiego…
Te rozstania przeżywaliśmy głęboko, dużo rozmawialiśmy. Ale w demokrację wpisane są różnice poglądów. Rozumiałam wybory męża.
A nie miała Pani poczucia, że na początku lat 90., kiedy to wszystko wybuchło, mąż zostawił Pani na głowie cały dom?
Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że jak przestaje się być nauczycielem historii, a zostaje dyrektorem gabinetu ministra czy później wiceministrem, to ma się inne obowiązki i nienormowany czas pracy. To naprawdę był przełom w naszym życiu. Piąte dziecko dopiero się urodziło. Wiedziałam, że muszę liczyć na siebie. Dom, dzieci, babcia – mieszkaliśmy przecież razem. Ten chaos trzeba było opanować. Wspierała mnie rodzina i przyjaciele.
Był taki moment, w którym było możliwe że mąż nie zostanie w polityce…
Tak, to był 95 rok, mąż był posłem. Prezydent Wałęsa powiedział, że rozwiąże parlament. A tu piątka dzieci, trzeba z czegoś żyć. Na szczęście najmłodsza córka poszła już do przedszkola i mogłam iść do pracy. Szukałam takiej, która pozwoli mi pogodzić życie zawodowe, z organizacją funkcjonowania niemałej w końcu rodziny. Znajomi namówili mnie na towarzystwo ubezpieczeniowe. Spróbowałam i jakoś poszło. Na początku mnie to ciekawiło, potem doszłam do wniosku, że zbawianie świata przez ubezpieczenia to nie moja rola. Trzeba było jednak wzmacniać budżet domowy i parę lat tam wytrzymałam.
Pani jest, zdaje się, dobra w koordynacji.
Jakoś sobie radzę.
Jak się robi imieniny na sto kilkadziesiąt osób?
W Budzie Ruskiej na Suwalszczyznie? Rzeczywiście, co roku odbywa się coś takiego. Ale to jest przedsięwzięcie towarzyskie. Kilka solenizantek, kooperatywa przyjaciół i znajomych. Nie ma cateringu, potrzebna jest tylko sprawna organizacja.
A co to są kakory?
To specjalność suwalsko-sejneńska - pierożki z farszem - albo soczewica, albo marchewka.
Ciasto jak na knedle?
Niezupełnie. Sama ich nigdy nie robiłam, ale próbowałam. Miejscowe gospodynie potrafią je zrobić znakomicie.
Ale dziczyznę Pani umie przyrządzić?
Teraz tak. Choć pierwsza próba zakończyła się kompletną klapą… . Za dużo saletry, za dużo ziół do marynaty – wyszło tak niedobre, że się nie nadawało do jedzenia. A to był pierwszy dzik upolowany przez męża. Dubeltówka była prezentem ślubnym od dziadka. Nawiasem mówiąc, niebawem mężowi zabrali pozwolenie na broń - próbowali go szantażować, że mu je zwrócą pod warunkiem, że pójdzie na współpracę... Wcześniej próbowałam przygotować kaczkę. Zaprosiliśmy na Bruna dziadków męża - fundatorów dubeltówki. Kaczka była twarda, źle skruszała, a to byli już bardzo starsi państwo, jedli heroicznie. Ale jakoś przebrnęliśmy przez ten obiad.
Mąż przestał polować? Podczas kampanii obiecał…
Obiecał dzieciom, że spróbuje polować z aparatem fotograficznym.
Kiedy zgodziła się Pani na to, żeby mąż kandydował w wyborach, zdawała sobie Pani sprawę z konsekwencji?
Nie użyłabym słowa „zgodziłam się“, to była decyzja męża, pociągająca za sobą skutki dla mnie, dla dzieci, dla całego naszego życia rodzinnego. Dyskutowaliśmy dosyć długo, ale wiedzieliśmy, jakie będą konsekwencje. Namiastkę tej sytuacji mieliśmy, kiedy mąż był marszałkiem Sejmu.
Wcześniej miał chyba więcej czasu dla rodziny?
Mieszkaliśmy blisko Sejmu, mąż wpadał do nas w ciągu dnia. Albo, żeby coś zjeść, albo po prostu pobyć. Ale i tak bardzo trudno było cokolwiek planować. Można rano wychodzić z domu, umawiać się tak i tak, a potem dzieje się coś niezwykłego i wszystko jest już nieważne. Kiedyś nawet obchodziłam urodziny męża – z gośćmi, pod jego nieobecność. 4 czerwca 92 musiał zostać w Sejmie. To była trudna noc. Dla wszystkich... Był nawet taki czas, że krępowałam się zapraszać gości, kurczyłam się cała na myśl, że trzeba będzie ich odwołać.
A kiedy zestresowany polityk przychodzi do domu, to co się dzieje?
Różnie, to zależy w jakim stopniu jest zestresowany i o której przychodzi. Trzeba znaleźć jakieś sposoby, porozmawiać o czymś miłym, czasem przytulić, dać odparować, lub zastosować „wnukoterapię”. Czasami się do niej uciekam, z dobrym skutkiem. Proszę córkę – „Przyprowadź Stasia, bo tacie trzeba pomóc“.
Czy wybór Belwederu a nie Pałacu Prezydenckiego to była wspólna decyzja czy Pani?
Wspólna. Jej powody są podstawowe: dla higieny życia rodzinnego należy oddzielić miejsce zamieszkania od miejsca pracy, to po pierwsze. Po drugie - powód czysto estetyczny - piękny widok na Łazienki.
Jak Pani urządza tam dom?
Chcę jak najwięcej przenieść z naszego mieszkania na Powiślu. To, oczywiście trudne, ale też łatwiejsze, niż w Pałacu Prezydenckim – pomieszczenia są mniejsze, niższe, nasze domowe meble będą się tam lepiej komponować. Po 25 latach mieszkania w jednym miejscu trudno się wyprowadzić.
A jak się czuje Pani - osoba, której nigdy nikt nie mówił, co powinna, czego nie powinna – teraz, w towarzystwie oficerów BOR-u, szefowych protokołu...?
Zupełnie dobrze. Jasne, że są ograniczenia, próbuję się do nich stosować. Ale jest też możliwy jakiś kompromis. Przedtem nie robiłam żadnych skandali, teraz też nie.
Teraz chyba trudniej bywać w Budzie Ruskiej?
Może trochę, ale wszystko jest do zrobienia. Staram się wpaść tam przynajmniej raz w miesiącu.
I czuje się Pani swobodnie?
Próbuję przynajmniej, chociaż obiektywy w krzakach czy na drzewach nieco zakłócają przyjemność bycia u siebie. A przecież mam prawo w takim stroju, w jakim chcę, sadzić kwiatki, prawda?
Rozmawiał Łukasz Modelski