22 lutego 2006 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński spotkał się z ambasadorami państw członkowskich Unii Europejskiej oraz krajów kandydujących do UE.
W spotkaniu uczestniczyli m.in. Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Andrzej Krawczyk, Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Lena Dąbkowska – Cichocka, Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Ewa Junczyk – Ziomecka.
Zwracając się do zebranych Prezydent RP powiedział m.in.:
Bardzo się cieszę, że jest okazja do podtrzymania obyczaju corocznych spotkań z ambasadorami Unii Europejskiej tutaj w siedzibie Prezydenta RP. Unia jest instytucją dynamiczną. Jesteśmy w okresie bardzo wielkich, można powiedzieć zasadniczych dyskusji dotyczących nie tylko tego, co dzisiaj, ale tego co ma być przyszłością Unii. Można powiedzieć, że zawsze, od bardzo, bardzo wielu lat, od wczesnego EWG istnieją państwa, które są aspirantami do UE, to znaczy dziś nie wchodzą w jej skład, ale w jej skład by weszły. A więc jak zawsze istnieje problem poszerzenia Unii Europejskiej, inaczej mówiąc - istnieje bardzo dużo spraw, na temat których można dyskutować.
Polska ma od kilku już miesięcy nowy rząd. W tych dniach mijają cztery miesiące od jego powołania. W systemie demokratycznym okres czterech miesięcy przy czteroletniej kadencji to już jest okres jeszcze ciągle bardzo krótki, ale mimo wszystko już jakiś znaczący. Jutro miną dwa miesiące, odkąd Polska ma nowego Prezydenta - dwa miesiące temu zostałem zaprzysiężony jako prezydent Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy spotykam się z Państwem w tej roli. Chciałbym więc powiedzieć kilka słów na początek o moim stosunku do Unii Europejskiej. Ja oczywiście nie powiem tutaj niczego, czego bym wcześniej już nie mówił, bo zarówno jako kandydat na prezydenta RP, jako później prezydent- elekt, chociaż starałem się w tym okresie unikać publicznych wypowiedzi w myśl zasady, że Polska ma jednego, a nie dwóch prezydentów - mówiłem wielokrotnie o zasadniczych moich przekonaniach dotyczących UE. Teraz oficjalnie niejako mogę je powtórzyć. Po pierwsze, jestem za przynależnością mojego kraju do UE. Uważam UE za sukces współpracy między narodami i państwami, które nie znajduje precedensów jako w historii Europy, ale bodajże w całej historii. Jeżeli gdzieś można by było szukać analogii, to w związkach istniejących w ramach społeczności greckiej, ale to były związki między poszczególnymi polis, między maleńkimi państwami – miastami, a nie między dużymi państwami współczesnymi. Jest to sukces, którego żadną miarą nie można marnować. Polska jest bardzo usatysfakcjonowana, że może być wewnątrz Unii.
Oczywiście historia spowodowała, że dopiero w maju 2004 roku staliśmy się członkiem UE. Chciałbym bardzo mocno podkreślić - nie wybory dokonane przez naród polski, przez polskie elity polityczne, bo nie było okazji dla tego rodzaju wyborów, tylko wynik drugiej wojny światowej jest przyczyną, dla którego rok 2004 to był rok naszego debiutu. I stad, proszę Państwa, ad limina odrzucam w dyskusjach z naszym krajem tego rodzaju argumentacje, że skoro zostaliście przyjęci, to w takim razie musicie w dyskusjach, które toczą się w łonie UE zajmować stanowisko, które tam uchodzi za poprawne. To, że nie jesteśmy członkiem Unii, powiedzmy od lat 80., tak jak Hiszpania, bądź nawet jeszcze wcześniej, nie jest wynikiem naszych własnych wyborów. I chciałbym, żeby to było brane pod uwagę. Stąd też bez najmniejszych kompleksów podchodzimy do naszego udziału w dyskusjach dotyczących zarówno teraźniejszości, jak i przyszłości Unii. Podchodzimy do nich jako jeden z 25 członków i ten wymiar jest najbardziej istotny, ponieważ uważamy, że w UE nie ma członków nieistotnych, nawet jeżeli reprezentują oni państwa, które są państwami niewielkimi. W niektórych przypadkach, jeśli chodzi na przykład o ludność, nawet stukrotnie mniejszymi, niż nasz kraj. To po pierwsze. Po drugie, jesteśmy państwem, jak na warunki europejskie stosunkowo dużym - szóstym wśród 25 członków UE. I będziemy szóstym także wśród 27 członków - po przyjęciu Bułgarii, Rumunii. To samo będzie po ewentualnym przyjęciu Chorwacji do Unii. Dopiero ewentualne przyjęcie Ukrainy czy Turcji mogłoby ten stan rzeczy zmienić, ale nie zmienia faktu, że jesteśmy, w pewnej perspektywie oczywiście, zwolennikiem przyjęcia tych krajów, a w szczególności jesteśmy zwolennikami przyjęcia Ukrainy, jako kraju, można powiedzieć, blisko spokrewnionego z Polską. I z pozycji takiego kraju chcielibyśmy mieć możliwość udziału w dyskusji o podstawowych problemach UE.
Jakie to są dyskusje? Oczywiście każdy dzień funkcjonowania Unii dostarcza okazji do rozmowy. Unia codziennie załatwia istotne, średnio istotne, czasami mniej istotne sprawy. Dochodzi tam do różnego rodzaju polemik. Sporów i problemów Unia ma codziennie dziesiątki. Oczywiście, poza przypadkami, w których decyduje Komisja Europejska, która nie jest zbudowana na zasadzie narodowej, to Polska w tej sprawie zabiera głos czasem zgodnie z innymi, czasami zgodnie z niektórymi tylko państwami, a czasem reprezentując własne odrębne zdanie. To rzecz normalna. Tak było, jest, i tak będzie. Na tym właśnie polega siła UE. Natomiast są też problemy o charakterze fundamentalnym i te problemy fundamentalne w tej chwili, jak sądzę, są dwa. Mówię o sprawach wewnątrzunijnych, bo oczywiście istnieje też kwestia: Unia a świat zewnętrzny. Sprawą pierwszą jest to, w jakim tempie i czy w ogóle Unia ma być poszerzana. I druga sprawa dotyczy norm regulujących istnienie funkcjonowania UE, czyli chodzi tu o problem zwany problemem Traktatu Konstytucyjnego oraz - poza Rumunią i Bułgarią , bo tutaj należy przyjąć, że ta sprawa jest przesądzona w sensie pozytywnym, z czego wyrażamy satysfakcję - to także problem Ukrainy, Chorwacji, czy Turcji.
Zacznijmy od tego pierwszego problemu - problemu Traktatu. Jak wiemy, on zogniskował uwagę opinii Unii i w ogóle europejskie opinie publiczne, bo trudno mówić o jednej europejskiej opinii w ostatnich latach. I myślę, że to jest słuszne, ponieważ ów projekt Traktatu istotnie stanowi nową jakość. Jakość nową, mimo, że przecież Wspólnota przeżywała już ewolucję i ta ewolucja była bardzo istotna, szczególnie między EWG a Unią Europejską, ale przecież jeszcze w trakcie funkcjonowania Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej owa ewolucja następowała. Ale niewątpliwie tutaj mamy do czynienia z jakością nową, którą oczywiście nie można nazwać państwem federalnym, tego rodzaju ocena byłaby przesadna, ale w szczególności ze względu na reguły dotyczące finansów publicznych w UE, bo te w olbrzymim stopniu pozostają finansami narodowymi, to ten element federacyjny występuje stosunkowo silnie. I dlatego też pytanie o ten traktat jest pytaniem podstawowym. Teraz powstaje kwesta, jak na tego rodzaju pytanie odpowiedzieć. Znaczna część państw wchodzących w skład obecnej UE odpowiedziała w ten sposób – sprawa jest na tyle fundamentalna, że powinna być rozstrzygnięta w drodze referendum. I mamy wyniki tych referendów.
Referendum to bez wątpienia metoda demokratyczna. Referendum staje się metodą jeszcze bardziej demokratyczną wtedy, gdy bierze w nim udział bardzo znaczna część uprawnionych - krótko mówiąc, kiedy obywatele korzystają ze swojego prawa do decydowania. Mamy pozytywny wynik referendum w Luksemburgu, co trzeba szanować. Mamy w dwóch pozostałych państwach, które również tworzyły Europejską Wspólnotę Gospodarczą, których przedstawiciele podpisywały Traktat Rzymski – to jest Francja i Holandia. We Francji większość była przekonywująca, w Holandii już bardzo zdecydowana. I te czynniki niewątpliwie, jeżeli traktujemy naszą wspólnotę jako - w bardzo dużym stopniu – również wspólnotę obrony pewnych wartości w tym wartości demokratycznych to jest niezwykle mocny argument. Oczywiście nie jest to argument za obecnym traktatem. Istnieją tez inne argumenty. Powstaje pytanie, czy mamy w Europie jedną opinię publiczną. Potoczna znajomość naszej europejskiej rzeczywistości wskazuje, że nie. Że nie jest tak, jak ja często mówię, że interesujący się, zaangażowany - w sensie zainteresowany - Portugalczyk zna fińską scenę polityczną i na odwrót. Owszem, jeśli chodzi o największe państwa europejskie, owszem, jeśli chodzi o sąsiadów, a często ten stopień znajomości wzajemnych problemów jest większy. Ale Unia dzisiaj rozciąga się od Portugalii po Finlandię, czy od Hiszpanii po Polskę. I to jest pewien problem, bo trudno mówić o demokracji przy braku istnienia jednej europejskiej opinii publicznej. Oczywiście istnieje znaczna odrębność kulturowa mimo pewnych wspólnych wartości. I w końcu istnieją wartości ukształtowanych przez wieki interesów. Są kraje, dla których obecny kryzys gazowy jest zjawiskiem, które występuje jedynie w sferze solidarności narodów należących do Unii i są kraje, dla których występuje on jako paląca kwestia narodowa, jako kwestia, która wygląda w ten sposób, że przekłada się na decyzje np. o ograniczeniu dostaw do zakładów produkcyjnych np. o 40%, co właściwie przekłada się na realne ograniczenie produkcji tych zakładów. Czy należy mieć pretensje do tych, którzy nie korzystają z dostaw ze Wschodu? Nie, bo po prostu ich historia, ich położenie gospodarcze jest tego rodzaju. Czy to oznacza, że nie należy próbować tworzyć wspólnej polityki energetycznej? Oczywiście też nie, bo solidarność jest elementarnym spoiwem państw należących do Unii Europejskiej, tylko wskazuje to na skalę problemów. To wskazuje na skalę problemów, które mnie osobiście nakazują sądzić, że należy rozpocząć pracę nad nowym rodzajem europejskiego traktatu, bo zdaję sobie sprawę, że mimo, iż Europa ma traktat, mimo, iż Europa ma dostatek norm, które rządzą jego współpracą między poszczególnymi państwami oraz instytucjami unijnym, a nawet gdzieniegdzie nadmiar regulacji i pewien ich chaos, to istnieje konieczność pewnego uporządkowania i odpowiedzi na pewne pytania. Odpowiedzi realistycznej, biorącej pod uwagę to, co jest i to, co jest możliwe. Polska jest bardzo zdecydowanie za tym, żeby taki traktat opracowywać i jest gotowa brać w tym opracowaniu aktywny udział. Jest gotowa do tego, żeby nastąpiło to szybko nie kiedyś tam, tylko w możliwie najszybszym terminie, żeby następnie, co oczywiście zależy już od Polski jako jedynie jednego z 25, czy wtedy już 27 członków Unii, żeby proces ratyfikacji przebiegał w miarę sprawnie. Inaczej mówiąc, żeby wejście tego nowego traktatu nie było kwestią odległej przyszłości, tylko kwestią najbliższych lat, chociaż trudno mówić tutaj o jednym roku czy dwóch latach, chodzi o lat kilka. I taka jest generalnie nasza postawa w tej kwestii. Natomiast, jeżeli chodzi o problem poszerzenia, to my tutaj wychodzimy z zasad solidarności i z takiej zasady związanej z etyką chrześcijańską, ale znaną także innym etykom – „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Chcieliśmy być w Unii, walczyliśmy o to lat 12. 12 lat trwał proces wchodzenia Polski do Unii Europejskiej. I zdajemy sobie sprawę, że to może być też przedmiotem roszczenia, przedmiotem planów innych krajów o historii nieco innej niż nasza. Nie możemy im mówić – nie, dlatego, że my już znaleźliśmy się po drugiej stronie drzwi i też nie mówimy. Dotyczy to nie tylko Bułgarii i Rumunii, ale także krajów następnych, a więc Chorwacji, Ukrainy i, nawet zdając sobie sprawę z odmienności tego problemu, Turcji. Inaczej mówiąc, opowiadamy się za poszerzaniem Unii Europejskiej, poszerzaniem spokojnym, poszerzaniem, które przyniesie efekty wszystkim stronom, ale jednak poszerzaniem.
Jakie są granice tego poszerzania? Granice poszerzania wiążą się z tym, że Unia ma charakter europejski z jednej strony, a Europa to jest określone pojęcie geograficzne znane powszechnie. One jest związane także z tym – kto chce do Unii wstąpić. Myślę, że poza tymi krajami, które wymieniłem choćby na Półwyspie Bałkańskim znajdą się także inni chętni wraz ze stabilizacją sytuacji w tym regionie. Myślę, że wraz ze zmianami w Europie Środkowo – Wschodniej - jak nas nazywają, my wolimy określenie Europa Środkowa – też jeszcze jacyś nowi kandydaci się znajdą, ale to nie jest sprawa tego, co dziś, to jest sprawa za co najmniej kilka lat. Ale taka jest postawa Polski w tym zakresie. Ja bym przede wszystkim jako głowa polskiego państwa życzył sobie tego, żeby te dyskusje jedna i druga, ale w szczególności ta pierwsza, bo ona rodzi więcej emocji, dlatego była dyskusja na dziś, przebiegała przy jak najmniejszej ilości emocji i przy pełnym prawie do wypowiadania swoich przekonań. Zdaję sobie sprawę, że w rozmowach, które mnie czekają wkrótce w Paryżu, czy w Berlinie, ale także w Budapeszcie, w Pradze już byłem. Nie mówię w tej chwili o Kijowie, bo Kijów jest dzisiaj poza Unią Europejską, choć chcielibyśmy, żeby w perspektywie ta sytuacja się zmieniła, że ja będę przekonywał i będę przekonywany. Uważam, że to jest rzecz normalna, że zostaną mi przedstawione różne argumenty, które dzisiaj mnie szczególnie nie przekonują, że ja będę przekazywał argumenty, które, jak rozumiem, dla moich partnerów na dzisiaj nie są szczególnie przekonywujące. Natomiast chciałbym, żeby ta dyskusja była pod tym względem dyskusją wolną. Oczywiście istotą dyskusji europejskiej nie jest to, że każdy pozostaje dokładnie przy swoim zdaniu, bo gdyby tak było, to by Unia funkcjonować nie mogła. Kompromis jest niejako wpisany w jej istnienie, dopóki w Europie będą istnieć odrębne narody, a myślę, że ten stan rzeczy utrzyma się jeszcze bardzo długo. Ale kompromis można osiągać wtedy, kiedy istnieje swoboda wyrażania swoich przekonań i to jest pod tym względem nasze roszczenie, nasz postulat. To jest i dużo i mało wziąwszy pod uwagę, że Europą rządzą pewne poprawności, że różne rzeczy są poprawne, należą do korekt myślenia, albo nie. Zdaję sobie sprawę, że każda wspólnota – chodzi o myślenie oparte o jakiś kanon - i że na przykład normalne w Europie występowanie z postulatami, powiedzmy sobie z żywymi, w innych cywilizacjach byłoby rzeczą niemożliwą i ja tego nie kwestionuję, ale szerokość możliwej dyskusji jest jedną z gwarancji ewentualnego sukcesu.
W zasadzie mam Państwu tyle do przekazania. Oczywiście istnieje mnóstwo problemów szczegółowych, które dotyczą w największym stopniu Polski i nowych państw należących do Unii – choćby sprawa otwierania rynków pracy szybszego niż w traktacie akcesyjnym. Przecież, jak wiadomo, traktat ma swoje terminy – siedmioletnie w zasadzie – ale nie wyklucza szybszych. To jest bardzo istotne, ale w trakcie tak ogólnego wystąpienia nie będę tej tematyki poruszał. Istnieją oczywiście bardzo fundamentalne problemy związane z kierunkami wysiłków Unii – wspólna polityka rolna, strategia lizbońska. To bardzo istotne kwestie, gdzie też istnieją sprzeczne interesy. Nie ukrywam, że wspólna polityka rolna, to jest element wpływający dzisiaj bardzo pozytywnie na status polskiej wsi, a polska wieś w Polsce znaczy więcej niż w zdecydowanej większości innych krajów wspólnoty. Ale rozumiemy też konieczność udziału Europy w wyścigu technologicznym. Też nie będę o tym szerzej mówił, ale oczywiście Polska ma tutaj swoje opinie. Podstawowe problemy są dwa i jeżeli one zostaną rozwiązane to ramy, w których Europa będzie działać, będą jasno określone.
Na zakończenie chciałbym powiedzieć jeszcze jedno. Są oczywiście różne opinie. Jeden z szefów rządu najważniejszych państw europejskich ostatnio się wypowiadał co do sposobu działania Europy. My oczywiście nie mamy dużego doświadczenia, wszystkiego niespełna dwa lata, ale nam się nie wydaje, żeby Europa w ciągu tych ostatnich dwóch lat jakoś szczególnie źle działała. Nie mamy jednak dość doświadczenia, być może były czasy, kiedy działo się to nieporównanie sprawniej, chociaż zewnętrzne objawy na to nie wskazywały. Ale warto jest sobie uprzytomnić, że to działanie w 25, a nie w 15, a jest to na pewno duża różnica, jeśli chodzi o liczbę, nie spowodowało niczego, co byłoby zablokowaniem funkcjonowania Unii Europejskiej. To jest istotny przyczynek do dyskusji, która Europę czeka. Dziękuję bardzo.