Menu rozwijane

31 stycznia 2007
Ryszard Kapuściński

31 stycznia 2007 roku w Warszawie odbyły się uroczystości pogrzebowe Ryszarda Kapuścińskiego – wielkiego pisarza, podróżnika, reportera, autora m.in. „Cesarza”, „Hebanu”, „Szachinszacha”, „Imperium”, „Podróży z Herodotem”, laureata licznych nagród w Polsce i na świecie, nazywanego „cesarzem polskiego reportażu”, odznaczonego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

W Bazylice Świętego Krzyża w Warszawie odprawiona została msza żałobna, której przewodniczył Prymas Polski, kardynał Józef Glemp. Homilię wygłosił ksiądz Piotr Pawlukiewicz. W uroczystości uczestniczył ksiądz Kapelan Roman Indrzejczyk. Podczas uroczystości Zmarłego pożegnała – w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i swoim własnym – Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Ewa Junczyk-Ziomecka.

Przekazujemy treść wystąpienia Pani Minister:

„W imieniu Prezydenta Lecha Kaczyńskiego proszę żonę Alicję, córkę Zojkę, wszystkich krewnych, przyjaciół i wielbicieli Ryszarda Kapuścińskiego o przyjęcie wyrazów solidarności w żałobie po stracie wielkiego Polaka, którego wielkość wyrażała się w tym, że pokochał świat. Trzeci świat. Świat opuszczonych, poniżonych, odtrąconych. W Afryce, Ameryce Łacińskiej, w Azji.

Odchodząc tak daleko od swojej kołyski w Pińsku, pokonał nie tylko przestrzeń geograficzną. Nie mówiąc językiem plemion w Kongo, Angoli ani językiem Indian zamieszkujących Amerykę Łacińską znajdował z nim wspólny język braterstwa i przyjaźni. Mistrz gestu, spojrzenia, słuchania, który potrafił tak obcować z ludźmi, że każdy miał poczucie, że jest ważny. Dzięki temu oplótł naszą planetę siecią niezwykle gęstych kontaktów. Rzadko się zdarza w życiu pojedynczego człowieka, aby nawiązał porozumienie z tyloma ludźmi. Ile dziś osób na całym świecie przyznaje się do znajomości, przyjaźni z Kapuścińskim. Należał do wszystkich grup społecznych, każdy miał go za swojego.

Szczęśliwi Ci, wybrańcy, do których mówił bezpośrednio, którzy słuchali go osobiście przy kawie. Jego niezwykłość polegała także na tym, że ten człowiek z umysłem i duszą świetlistą, miał w życiu codziennym powłokę człowieka powszechnego, w zachowaniu, w ubiorze, w wyborze stylu życia. Kiedy podchodził ze swoim, jakby zakłopotanym uśmiechem, zachowywał się tak, jakby nie chciał przeszkadzać, nie zawadzać, jakby nie chciał sobą zająć za dużo przestrzeni.

Takim zobaczyłam go po raz pierwszy na podyplomowych studiach dziennikarskich, tu przez ścianę na UW, kiedy podszedł do nas, czekających na pierwsze z nim zajęcia studentów i spytał, „przepraszam, gdzie będzie wykład Kapuścińskiego?”. Wrócił wtedy po długiej nieobecności z Ameryki Południowej i nikt z nas nie wiedział, jak wygląda autor „Buszu po polsku” i wydanej właśnie książki „Gdyby cała Afryka”.

Początkowo byliśmy zawiedzeni, bo nigdy nie mówił jak pisać, a kiedy podsuwaliśmy mu kartki maszynopisu z prośbą o uwagi i wskazówki, oddawał je nietknięte, z trzema słowami komentarza „Dobrze. Pisz, pisz”. Uczył czegoś innego. „Ważne jest, - mówił - abyś zachowała zdolność przeżywania, aby istniały rzeczy, które mogą Cię zadziwić, wywołać wstrząs. Ważne jest, aby nie dotknęła Cię straszna choroba – obojętność”.

Później, kiedy mieszkaliśmy po sąsiedzku na Woli przychodził piechotą ze swojego mieszkania na Pustola do mojego na Olbrachta, aby zaraz po powrocie z Angoli opowiedzieć, jak tam jest. Skąd ta miłość, - spytałam - skąd tęsknota do „człowieka, który nie ma nic”, a którego spotykasz w górach Azji, w buszu afrykańskim, wysoko w Andach albo na gorącej pustyni Gobi? Który „idzie z kijem w ręku, z łykiem wody w daktylowym naczyniu. Nie ma grosza, nie wie, kiedy jadł, nie wiadomo, czy gdzieś ma dach nad głową”?

- Z Polesia, gdzie z siostrą którejś zimy mieliśmy jedną parę butów na spółkę. Wszędzie tam, gdzie ludzie chodzą na bosaka, czuję się jak u siebie, powiedział.

Żeby zrozumieć świat, Rysiek niestrudzenie podróżował do pojedynczego człowieka. Do Innego. Nie zamknął się w „ ksenofobii kulturowej, nie wytyczył miedzy, nie wzniósł muru”.

I być może dopiero teraz odczuwamy światowy wymiar naszego rodaka z Pińska. Teraz, kiedy widzimy, że osiągnął wielkość w dwóch wymiarach: w wymiarze mądrości i solidarności z Innym. Tym Innym, bohaterem jego książek, których prawdopodobnie nigdy nie czytał i nie przeczyta. A „ludzie Ci – pisał - bracia przecież, bo z jednej rodziny człowieczej.”

Wszyscy, którzy mieliśmy szczęście go znać, wiemy, jak wciąż znikał, wyjeżdżał na wiele tygodni, nie było go miesiącami. Ale zawsze do nas wracał. Teraz też wyjechał. Jest w podróży. Tym razem, to nie on do nas lecz my - każdy w swoim czasie - dołączymy do niego u kresu Naszej podróży”.