Menu rozwijane

28 marca 2007
28 marca 2007 r. na łamach „Głosu Wielkopolskiego” ukazał się wywiad z Doradcą Prezydenta RP prof. Michałem Kleiberem, dotyczący sytuacji w PZPN.

Przekazujemy treść wywiadu:

Zajmuje się pan mechaniką ciał odkształconych. Czy PZPN jest ciałem aż tak mocno odkształconym, że już tylko specjalista o światowej renomie, jest w stanie przywrócić związkowi normalny kształt? Może zabrzmi to trochę nieelegancko, ale nie podejrzewamy, by zgodził się pan być jedynie figurantem, zaangażowanym przez prezydenta, by firmować pozorne działania jakiegoś bliżej nieokreślonego tworu.

Zdaję sobie sprawę, że sporo ludzi sądzi, iż profesor Polskiej Akademii Nauk nagle zainteresował się sportem i próbuje robić coś w dziedzinie, o której ma dosyć mgliste pojęcie. Mogę o sobie powiedzieć, że od lat należę do środowiska sportowego.

Czy tylko dlatego, że pana żoną jest wybitna płotkarka, trzykrotna rekordzistka świata Teresa Sukniewicz?

Mam za sobą karierę sportową, choć nie tak spektakularną. Przez wiele lat byłem tenisistą Legii. Nawet Wojciech Fibak poświęcił mojej osobie stronę w swojej książce. Napisał, że od zwycięstwa ze mną, uwierzył w swoje umiejętności. Miał chyba 18 lat, gdy podczas mistrzostw Polski przyszło nam zmierzyć się ze sobą. Choć uważany byłem za solidnego gracza, poniosłem porażkę, mimo prowadzenia 2:0 w setach, 5:1 i 40:15. Po tym meczu Fibak uznał, że nadaje się do tenisa, dla mnie natomiast był to sygnał do zakończenia kariery. Miałem 24 lata, doktorat i wkrótce wyjechałem do Niemiec. Lecz tam po zajęciach na uniwersytecie miałem sporo wolnego czasu. I znowu zacząłem grać w klubie. To były początki wielkiego boomu w tej dyscyplinie. W każdym razie jeszcze długo występowałem w drugiej Bundeslidze. Mogę przyznać się nawet, że wtedy na korcie zarabiałem więcej niż na uczelni.

Kiedy ostatnio był pan na meczu piłkarskim?

Ostatnio oglądałem pojedynek naszej reprezentacji z Azerbejdżanem, a wcześniej na stadionie byłem chyba z trzy lata temu. Nie uważam się za eksperta piłkarskiego, ale obserwowałem wydarzenia wokół naszego futbolu i także mnie bulwersowały te niezliczone afery. Wiem, jak wielkie znaczenie w naszym kraju ma piłka i zastanawiałem się, co zrobić, by pomóc w uniknięciu skandalu, który groził, gdyby FIFA wykluczyła nas z rozgrywek. Miałem okazję rozmawiać z prezydentem Lechem Kaczyński tuż po tym, gdy dostał list z prośbą o mediacje od Seppa Blattera. Prezydent Kaczyński powierzył mi tę misję i poleciałem do Zurichu.

W jakiej atmosferze toczyły się rozmowy?

Początek był trudny, miałem nawet wrażenie, że tracę czas. Lecz po kilku godzinach nastąpił przełom. Drugiej stronie też zależało na kompromisie. Prawdę mówiąc myślałem, iż na tym moja rola się skończy. Elementem tego kompromisu było jednak powołanie komisji zaufania publicznego.

Jak w pana środowisku naukowym oceniane jest pana zaangażowanie? Czy koledzy profesorowie wypowiadają drwiące komentarze, czy uważają, że prezes PAN ma tyle czasu, iż może pozwolić sobie jeszcze na działalność w piłce?

Żyjemy przecież w tym samym kraju, więc wiemy, ile może być różnych opinii na ten sam temat. Są oczywiście naukowcy, którzy nie potrafią zrozumieć, co ja tam robię. Lecz skoro prezydent uważa, że problemy piłki są na tyle ważne, by do ich rozwiązania sięgać po autorytety ze świata nauki, to wydaje mi się, iż robię coś dobrego też dla PAN. Myślałem jednak i chcę to jeszcze raz podkreślić, że moja praca w komisji potrwa tylko trzy dni. Pan Blatter miał przyjechać 8 marca, a 11 marca miał się odbyć zjazd PZPN. Później okazało się, że status PZPN jest niezarejestrowany i sprawa może potrwać do końca czerwca, albo nie daj Boże jeszcze dłużej. Szczerze mówiąc, ta perspektywa trochę mnie przeraża, bo burzy mój plan zajęć, a mam jeszcze mnóstwo innych obowiązków. Z drugiej strony jednak jestem daleki od tego, by myśleć o wycofaniu się z prac komisji.

Śledząc pana biografię można odnieść wrażenie, że jest pan człowiekiem umiaru, dyplomatą, a nie zwolennikiem radykalnych posunięć. Myślał pan o zastosowaniu czegoś w rodzaju „grubej kreski” w stosunku do środowiska piłkarskiego? Wiadomo przecież, że większość klubów ma coś na sumieniu. Może trzeba by karać tylko przestępców, którym udowodniono korupcję, a nie całe kluby, miasta, kibiców? Zanosi się na wielką prokuratorską rzeź.

Mają panowie rację, jestem człowiekiem, który patrzy w przyszłość i woli rozwiązania kompromisowe. Problemem polskiej piłki nie jest liga zawodowa, bo łamanie kręgosłupów moralnych zaczyna się na znacznie niższym szczeblu, czasem za śmiesznie małe pieniądze. A to oznacza, że głównym problemem jest brak zaplecza, z którego może czerpać nowych ludzi, trenerów, sędziów, zawodników. Trzeba więc wstrząsnąć całym środowiskiem. Dziś zrobiłem od tego odstępstwo, ale na początku każdej rozmowy o piłce nożnej podkreślam, iż moja działalność w tej komisji w najmniejszym stopniu nie podważa działań prokuratury. Ta sprawa musi być rozwiązana. Powtarzam zarządowi PZPN, że nie będę próbował łagodzić spraw prowadzonych przez prokuraturę. Powaga sprawy i troska o przyszłość wymaga, by aferę korupcyjną wyjaśnić do końca.

Jest pan zwolennikiem odbierania punktów klubom, którym udowodni się udział w aferze?

Tak, bo jest to zgodne z duchem sportowym.

Kto jest pana zdaniem najlepszym kandydatem na prezesa PZPN?

Mam swojego faworyta, lecz niestety nie mogę zdradzić publicznie, kto nim jest. Co więcej, będę odradzał kolegom z rządu czy FIFA, by otwarcie stawiały na jakiegoś kandydata. Wybory powinny być w pełni demokratyczne.

Czy nie uważa pan, że wrocławska prokuratora powinna wreszcie jakieś sprawy skierować do sądu. Bo na razie tylko przesłuchuje podejrzanych i jeśli nie przyznają się do winy, straszy ich aresztowaniami. Tymczasem konkretów nie widać.

W Polsce nie tylko piłka ma ten problem. To jest bolączka całego systemu. Zgadzam się, że w obecnej sytuacji ważne byłoby doprowadzenie do końca przynajmniej kilku spraw i ujawnienie zeznań oskarżonych oraz mechanizmy korupcji.

Rozmawiali: Paweł Zarzeczny, Maciej Lehmann