„WPROST": „Być kobietą, być kobietą..." - nuciła to pani podczas naszego ostatniego spotkania. Fajnie jest być kobietą - żoną prezydenta?
Maria Kaczyńska: Nie narzekam. Czasami łatwo, czasami trudniej, ale zawsze jest co robić. Dni i kolejne tygodnie mijają niezauważalnie, pozostawiając po sobie zapełnione kartki kalendarza.
Podczas tych ponad trzech lat prezydentury męża poznała pani wiele wpływowych kobiet z całego świata. Jakie są?
Poznałam nie tylko wiele wpływowych kobiet, ale również znanych polityków, artystów, uczonych - ludzi z pierwszych stron gazet. To fascynujące konfrontować obraz z rzeczywistością. Nigdy nie myślałam, że będę kiedyś witała się z Henrym Kissingerem czy rozmawiała z Marizą o jej korzeniach i muzyce fado.
Najpotężniejszą kobietą, jaką pani spotkała, była chyba Laura Bush, żona ówczesnego prezydenta USA.
Wszystkie panie witam jednakowo. Pani Laura Bush, która sprawiała wrażenie bardzo oficjalnej, ale dobrze zorganizowanej osoby, jest ciepła, otwarta. Owszem, była bardzo lubianą pierwszą damą Stanów Zjednoczonych. Do wpływowych osób należała również Bernadette Chirac, z którą spotkałam się kilkakrotnie. Na pozór oschła i surowa, okazała się serdeczną i miłą osobą.
To było dla pani zaskoczenie?
Nie, gdy ludzie poznają się, to początkowo są nieco oficjalni, a dopiero z czasem otwierają się, znajdują wspólne tematy, problemy, zainteresowania. Panią Ludmiłę Putin spotkałam tylko raz, podczas uroczystości otwarcia Domu Polskiego w Petersburgu. Bardzo kobieca. Była po dłuższej podróży i spóźniła się nieco, przez fryzjera, jak tłumaczyła w pośpiechu. Dynamiczną, serdeczną, wręcz wylewną osobą od pierwszego spotkania na Downing Street była Cherie Blair.
Podobno wielkie wrażenie zrobiła na pani szejka Mozah, żona emira Kataru.
Tak, poznałam ją zresztą dzięki Cherie Blair. To ona zaprosiła mnie do Dohy [stolica Kataru] na bardzo interesującą konferencję, zorganizowaną właśnie przez Mozah. Ta kobieta w swoim kraju wiele zdziałała dla osób niepełnosprawnych. Jestem też pod wrażeniem Madeleine Albright, którą gościłam w Polsce dwa razy na śniadaniu w Pałacu Prezydenckim. Była sekretarz stanu USA działa na rzecz uświadamiania kobietom znaczenia profilaktyki. A w Polsce niestety ciągle jest wysoka śmiertelność wśród kobiet zapadających na nowotwory piersi, szyjki macicy. I razem z nią przekonujemy kobiety, żeby się badały. A pani robi badania profilaktyczne?
Nie.
No widzi pani, a trzeba. Ja sama przy okazji musiałam się zbadać, chociaż to nie jest to, „co tygrysy lubią najbardziej".
Promuje pani badania profilaktyczne, wspiera pracujące matki. Czy nie chciałaby pani zająć się kiedyś polityką zawodowo?
Nie. Może nie zabrzmi to feministycznie, ale w naszym małżeństwie polityką zawodowo zajmuje się mąż. I niech tak pozostanie.
Uczestniczy pani w prozdrowotnych konferencjach, panelach i tam spotyka się pani z wpływowymi kobietami. Czy potem podtrzymuje pani z nimi kontakt?
Są ku temu różne okazje: święta, uroczystości państwowe. Gdy już kogoś znam, to staram się pamiętać o urodzinach, bo to zawsze miło, gdy ktoś o kimś pamięta. Małżonki przywódców spotykają się jednak w najliczniejszym gronie podczas szczytów ONZ w Nowym Jorku. Tam bywa nas najwięcej i podczas wspólnego programu zawsze jest okazja, by porozmawiać.
A z którą z pierwszych dam spotyka się pani najczęściej? Z Livią Klausovą, żoną Vaclava Klausa?
Na pewno należy ona do grona pań, z którymi spotykam się najczęściej, podobnie jak z żoną prezydenta Gruzji Sandrą Roelofs. W ubiegłym tygodniu widziałam się z Sandrą po raz ósmy czy dziewiąty, gdy przyjechała na moje zaproszenie do Warszawy na recital fortepianowy, organizowany przez nas na rzecz Gruzji. Z sympatią wspominam moje liczne spotkania z panią Almą Adamkiene, żoną prezydenta Litwy.
Z Adamkusami się wręcz przyjaźnicie.
To są rzeczywiście bardzo bliskie stosunki, takie naprawdę przyjacielskie, podobnie jak z pierwszymi parami Łotwy i Estonii.
I po takich spotkaniach wysyłają panie do siebie kartki?
Czasami.
A czy żony prezydentów do siebie dzwonią? Tak jak czasem to robią prezydenci?
W zasadzie nie ma takiego zwyczaju.
Prezydentowa muzułmańskiego Azerbejdżanu, Mehriban Alijewa, z którą również spotkała się pani kilkakrotnie, rzeczywiście sprawia wrażenie gwiazdy kina? Tak. To niezwykle piękna, elegancka kobieta, budząca zawsze duże zainteresowanie wśród panów. Jak z okładki „Voguea". Proszę sobie wyobrazić, że ma dwie dorosłe już córki, w których towarzystwie wygląda jak ich siostra.
A czy różnice kulturowe nie są problemem podczas rozmów, jakie prowadzą żony głów państw?
Nigdy nie miałam takiego problemu. Zresztą przed każdą wizytą poznaję życiorys spotykanej osoby, jej zainteresowania, obyczaje kraju, z którego pochodzi. W takich kurtuazyjnych rozmowach nie dotyka się spraw wiary, wyznania. Miałam to okazję sprawdzić podczas spotkania z panią Mubarak z Egiptu, żoną prezydenta Pakistanu,kobietami z Autonomii Palestyńskiej czy z żoną byłego premiera Izraela, panią Olmertową. Gościłam też w Warszawie dwie tajskie księżniczki. Bardzo wysoko oceniam działalność szejki Mozah z Kataru. Wybudowała w Dosze niezwykle nowoczesne centrum dla niepełnosprawnych, pomagając im wyjść z cienia. Co roku organizuje tam międzynarodowe forum, na którym wymienia się doświadczenia różnych krajóww tej dziedzinie. Kobiety u boku mężów polityków na całym świecie zajmują się rozwiązywaniem problemów, które dla różnych zakątków świata są wspólne. I którymi ktoś musi się zajmować, wspierać.
Te kobiety to po prostu kosmopolitki?
Czy kosmopolitki? Niekoniecznie. Rok temu zostałam zaproszona do Baku przez panią prezydentową Alijewą na konferencję o roli kobiety w dialogu międzykulturowym. Bardzo interesujące spotkanie Zachodu ze Wschodem. Zaproszone kobiety, przedstawicielki świata islamu i chrześcijaństwa, dyskutowały o różnych aspektach wiary, tradycji, kultury. Siedziały obok siebie panie ubrane po europejsku, ale również takie w chustach, zakwefione od stóp do głów. Zastanawiałam się, jak to jest, bo przecież w takim ubiorze trudno pracować, a co dopiero jeść. Ale przecież to są stroje, które wynikają z tradycji, jest to ich wybór i chcą je nosić.
O czym rozmawiają pierwsze damy, kiedy się spotykają? Bo przecież nie o polityce.
To najlepiej widać, kiedy gdzieś w jakimś odległym kraju ogląda się w muzeum piękny złoty naszyjnik z IV czy z VII wieku p.n.e. Patrzy pani na niego i myśli, że chętnie by taki założyła. Ja myślę, że ludzie wszędzie są tacy sami. Tradycje się różnią, różnią się religie, ale problemy zdrowia, życia, nauki, miłości, tragedii, wszędzie są takie same. O tym właśnie rozmawiamy, zarówno gdy spotykam kogoś w Ameryce, jak i na przykład w Palestynie. Zaczęłam od tego naszyjnika, bo przed wiekami, tak jak i teraz, kobiety stroiły się i zajmowały swoim wyglądem, ubiorem. Zmieniają się cywilizacje, a sprawy, które zaprzątają nam myśli, są podobne.
I stąd pewnie długa rozmowa z Laurą Bush o psach?
I nie tylko. Państwo Bushowie mają psy tej samej rasy co my. Więc jak to bywa z właścicielami zwierząt, była rozmowa o psach. Zresztą to temat dość żywy, bo oni poznali naszego Tytusa, gdy witał ich w Juracie, aja poznałam ich Barneya i Miss Beasley przy okazji wizyty w amerykańskim Białym Domu. Pani Laura Bush przedstawiła mi swoje pupile, które wyglądały zupełnie jak nasze dwa Tytusy, tylko że nie reagowały na moje komendy.
A jakie kwestie trapią Laurę Bush?
Rozmawiałyśmy o problemach społecznych trapiących nasze kraje. Ale też o urodzonej w przeddzień ich wizyty mojej drugiej wnuczce. A dzikie róże rosnące na wydmach Juraty przypominały pani Laurze jej żywopłot na ranczu w Teksasie.
Jako pierwsza dama lubi pani pokazywać Juratę?
Z dumą pokazuję rezydencję w Juracie. Bez względu na pogodę jest zawsze pięknie. Bushowie byli u nas w lecie, więc mogli podziwiać półwysep w pełnej krasie. Mniej szczęścia miała pani kanclerz Angela Merkel, która była u nas z mężem w kwietniu. Było też pięknie, ale wiatr był tak porywisty, że nie sposób było spacerować.
Lubi też pani pokazywać Gdańsk.
Tak. Z panią prezydentową Alijewą byłam we wspaniałym Muzeum Bursztynu. Ale cieszyłam się też, gdy w Warszawie mogłam zabierać gości do Muzeum Narodowego na wystawę sztuki polskiej XX-lecia międzywojennego i pokazywać im nie tylko obrazy, rzeźby, ale i wspaniałą polską sztukę użytkową z tego okresu, suknie z epoki oraz gdy mogłam rozmawiać o historii Polski w Muzeum Powstania Warszawskiego.