Menu rozwijane

30 czerwca 2009

Terminu tego wywiadu nie było łatwo uzgodnić. - W maju Pani Prezydentowa ma mnóstwo wyjazdów zagranicznych - tłumaczy szefowa gabinetu pierwszej damy Izabela Tomaszewska. Przegląda kalendarz. Każdy dzień szczelnie wypełniony. - Konferencja w Dausze, stolicy Kataru, potem otwarcie Roku Polskiego w Londynie, za parę dni Kanada - wylicza. Wreszcie znajduje wolne popołudnie. - Spróbuję namówić Panią Prezydentowa - obiecuje. Kilka dni później telefon z kancelarii. Maria Kaczyńska zgadza się na rozmowę.

Z pierwszą damą mam się spotkać w Sali Rokoko w Pałacu Prezydenckim. To tutaj przeważnie Maria Kaczyńska podejmuje żony odwiedzających nasz kraj prezydentów, premierów, dyplomatów. Rozglądam się. Na ścianie kilka portretów, z okien widok na taras i ogród. Kwitną kwiaty, wśród nich tulipany w kremowym kolorze nazwane na jej cześć "Maria Kaczyńska". Z jednej strony przejście do Kaplicy Prezydenckiej, tutaj codziennie są odprawiane nabożeństwa, z drugiej - Sala Biała, gdzie prezydent najczęściej przyjmuje gości. Maria Kaczyńska wchodzi szybkim, pewnym krokiem. Niewysoka, drobna (nasza szefowa mody zachwyca się jej rozmiarem 34), ale robi wrażenie energicznej i zdecydowanej. Na powitanie mocno ściska moją dłoń. Ubrana w koszulową bluzkę we wrzosowym kolorze, pastelowy, różowobeżowy kostium. Na szyi delikatny złoty łańcuszek. - Możemy zaczynać - zachęca. Jeszcze tylko kelnerzy przyniosą espresso. Rozmawiamy w cztery oczy. Znika dystans. W pewnej chwili mam wrażenie, że znamy się od dawna. Dwie godziny mijają błyskawicznie.

Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa wiążą się z leśniczówką w Nowej Brdzie. To niewielka osada w Borach Tucholskich. Moi rodzice, Lidia i Czesław Mackiewiczowie, byli repatriantami zza Buga. Na Wileńszczyźnie urodziłam się także ja i mój brat Konrad. Gdy miałam kilka lat, mamie udało się załatwić zaproszenie na wyjazd w odwiedziny do dziadków w Wilnie. To była jedyna taka wizyta w rodzinnych stronach. Bardzo ważna, przede wszystkim dla mamy. Choć urodziła się w Sankt Petersburgu, była wilnianką z krwi i kości, kochała to miasto, przechowywała różne pamiątki... Po wojnie rodzice szukali dla siebie miejsca w Polsce. Często się przeprowadzaliśmy. Najpierw była Bydgoszcz, potem Człuchów na Pomorzu, gdzie osiedlił się starszy brat ojca. W Nowej Brdzie tata był leśniczym. Kochał las, często zabierał mnie na spacery, po dźwiękach uczył rozpoznawać, jaki ptak śpiewa, zbieraliśmy grzyby. Mama, nauczycielka, codziennie dojeżdżała pociągiem do pracy w szkole w pobliskim Złotowie. Tam poszłam do pierwszej klasy.

Często mówię, że zaczęłam swoje życie z opóźnieniem. Urodziłam się z wadą serca, dlatego rodzice bardzo się o mnie troszczyli. Byłam dzieckiem chowanym pod kloszem, nie mogłam bawić się na podwórku. W pewnym momencie byłam w kiepskim stanie, miewałam częste krwotoki. Zaprzyjaźniony lekarz zalecił zmianę klimatu, mama postanowiła zabrać mnie i brata na długie wakacje do Rabki. Po kilku miesiącach stwierdziła, że górskie powietrze nam służy i do Złotowa już nie wróciliśmy. Mama była silną kobietą, nie bała się zmian. Wynajęła pokój u górali, potem znalazła pracę wychowawczyni w sanatorium dla dzieci i tak zostaliśmy na stałe w Rabce. Mama działała społecznie, organizowała młodzieżowe zespoły taneczne, grywała w teatrze amatorskim. Pojakimś czasie dołączył do nas tata, ale często jeździł w teren, więc na co dzień naszym wychowaniem zajmowała się mama. Trzymała dyscyplinę, musieliśmy opowiadać, dokąd idziemy i kiedy wrócimy. Oboje z bratem mieliśmy obowiązki. Szkoła, sprzątanie, dwa razy w tygodniu lekcje pianina u pani profesor Krystyny Głuszyńsłaej. Bardzo je lubiłam, na koniec każdego roku brałam udział w popisach organizowanych w miejscowym kinie. Nadzwyczajnych talentów sportowych nigdy nie miałam, ale zimą jeździłam na nartach na Turbaczu. W wieku 11 lat przeszłam w Warszawie operację serca. Operował mnie profesor Manteuffel w szpitalu przy Płockiej. Teraz, gdy odwiedziłam tam chorą mamę (Jadwigę Ka-czyńską), przypomniał mi się czas, gdy ja tam leżałam i gdzie zwrócono mi zdrowie.

Marzyłam o medycynie. Jednak wybito mi to z głowy, tłumacząc, że mam zbyt słabe zdrowie, by zostać lekarzem. Myślałam też o romanistyce, w liceum w Rabce uczyła mnie francuskiego wspaniała nauczycielka, profesor Madlerowa, ale wszyscy pytali: "Co ty będziesz po tym robiła?". Szkolnym katechetą był słynny ksiądz Mieczysław Maliński, którego uwielbiała nie tylko młodzież. Na jego kazaniach bywały tłumy. Mówił zwięźle, inteligentnie. Bardzo nowoczesny, jeździł na skuterze, wszystkim imponował. Do dziś pamiętam profesora Tomaszewskiego, który uczył łaciny, historii i logiki, profesora Madlera - postrach z matematyki, profesor Felicję Fulińską od chemii. Świetna kadra jeszcze ze Lwowa. Rok przed maturą spędzałam wakacje w Sopocie. Pogoda była nie najlepsza, ale i tak bardzo mi się tam podobało. W informatorze odkryłam, że jest tam Wyższa Szkoła Ekonomiczna. Wybrałam kierunek transport morski. Podjęłam decyzję. Nigdy nie miałam z tym większych problemów. Od dziecka potrafiłam postawić na swoim. Wtedy chciałam uczyć się języków obcych i podróżować. W tamtych czasach było to dość trudne. Studia okazały się ciekawe. Poza tym poznałam język angielski, hiszpański, kontynuowałam naukę francuskiego i rosyjskiego. Jednak po studiach przyszło rozczarowanie. Dzisiaj powiedziałabym, że dotknęła mnie dyskryminacja płci. Koledzy dostawali świetne posady w centralach handlu zagranicznego, a ja i niektóre moje koleżanki o takich stanowiskach mogłyśmy tylko marzyć. W rezultacie znalazłam etat w Instytucie Morskim -jednostce resortowej Ministerstwa Gospodarki Morskiej. Zajmowałam się tam badaniem perspektyw rozwoju rynków frachtowych na Dalekim Wschodzie. To była praca naukowa, namawiano mnie nawet na doktorat, aleja uważałam, że nie mam osobowości naukowca. Pokochałam Sopot. Co prawda nie miałam tutaj rodziny, za to znalazłam wielu przyjaciół. Na studiach mieszkałam w akademiku - najpierw w pokoju pięcioosobowym, potem dostałam dwójkę. Żyłam skromnie, ale nie miałam kompleksów. Wszyscy przecież mieli niewiele. Życie towarzyskie kwitło. Chodziłam na kawę do Złotego Ula przy Monte Cassino. Spacerowaliśmy po plaży, w maju, gdy robiło się ciepło, szliśmy opalać się nad morze. Wieczorami bawiliśmy się w klubach studenckich: w Łajbie, Medyku czy Wysepce na Politechnice. Kilka lat temu, gdy moja córka zaczęła naukę w liceum, dowiedziałam się ze zdziwieniem, że teraz w tych miejscach bywają licealiści. Dziś z jednaj strony młodzież szybko chce być dorosła, z drugiej - na uczelniach pojawiają się rodzice, dopytują o zaliczenia dzieci, umawiają się z wykładowcami. Kiedy przyjechałam do Sopotu, wzięłam odpowiedzialność za swoje sprawy. Byłam rzucona na głęboką wodę, nikt za mnie niczego nie załatwiał. Mama miała do mnie zaufanie, w przeciwnym razie nie mogłabym wyjechać tak daleko od domu. Nie było wtedy komórek, a rozmowę telefoniczną zamawiało się na poczcie i niekiedy czekało parę godzin na połączenie.

Kiedyś moja przyjaciółka z Instytutu Morskiego zapytała, czy nie pomogłabym znaleźć mieszkania w Sopocie dla sympatycznego kolegi z Warszawy, który był asystentem na wydziale prawa. Zgodziłam się, umówiła nas na spotkanie. To był styczeń 1976 roku. Pamiętam, że tego dnia było bardzo mroźno. Z Leszkiem od razu przypadliśmy sobie do gustu. Kiedyś pomogłam mu wybrać prezent dla jego mamy. Znalazłam ładny naszyjnik ze skóry. Widział, że też mi się podoba. Jakiś czas później podarował mi identyczny. Długo go nosiłam, zawieruszył się gdzieś w stanie wojennym.

Trudno jest opowiedzieć, jak się rodzi miłość. Leszek był ciepły, troskliwy, miałam do niego zaufanie. Wiedziałam, że jeśli coś mi obiecał, to dotrzyma słowa. Imponował mi wiedzą, doskonale znał historię, tę prawdziwą wersję. Zdawałam sobie sprawę, że prawda jest inna niż to, czego uczono mnie w szkołach. Przecież jeden z moich stryjów został zamordowany w Katyniu, drugiego - był w partyzantce wileńskiej AK - zabiło NKWD, trzeci walczył pod Monte Cassino. Mój ojciec także był w AK. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Nowej Brdzie, w domu była rewizja, tatę aresztowano. Ale na co dzień rodzice nie roztrząsali przeszłości. Uważali, że ich świata już nie ma, że zniknął bezpowrotnie. Trzeba żyć.  Szybko zorientowałam się, że Leszek ma kontakty z opozycją. Umawia się na spotkania, przewozi jakieś papiery. Był już wtedy w Biurze Interwencyjnym KOR. Zdarzyło się, że zatrzymano nas po wyjściu z pociągu, przesłuchiwano. Najbardziej bałam się, że milicja przyjdzie do domu, w którym mieszkaliśmy. Wynajmowaliśmy dwa pokoje w willi u miłych starszych ludzi. Nie chciałam, żeby mieli przez nas kłopoty. Bałam się o Leszka: że straci pracę na uczelni, że go aresztują. Byliśmy już małżeństwem, ślub wzięliśmy w 1978 roku. W czerwcu 1980 roku urodziłam Martę, a dwa miesiące później wybuchł strajk i mąż poszedł do Stoczni. Jeździłam z malutkim dzieckiem w wózku do miasta, żeby dowiedzieć się od dziennikarzy, co się dzieje. Był to czas bardzo trudny nie tylko dla mnie, ale także dla milionów Polaków.

Pieluchy do prania zanosiłam do przyjaciółki, która miała pralkę automatyczną. W wynajmowanym mieszkaniu nie mieliśmy nawet kuchni, tylko prodiż i maszynkę elektryczną. Pierwsze odżywki dla Marty dostałam z darów w stanie wojennym. Ludzie byli wtedy wobec siebie życzliwi i serdeczni. Pomagali sobie, odwiedzali się. Nie trzeba było umawiać się jak teraz. Po urodzeniu Marty miałam roczny urlop macierzyński - takie wtedy były czasy. Później przez dwa lata byłam na wychowawczym. Wreszcie zrezygnowałam z etatu, wolałam zająć się domem. Mąż pracował na uczelni i działał w podziemiu, więc nie zawsze mogłam liczyć na jego obecność. Dorabiałam tłumaczeniami, najbardziej dumna jestem z przekładu na język polski francuskiego kodeksu morskiego prawa pracy. Nie mam poczucia, że coś mi umknęło zawodowo, ale uważam, że należy wspierać kobiety, które łączą wychowanie dzieci i pracę. Jestem dumna ze swojej córki. Marta jest mamą dwóch dziewczynek i jednocześnie robi aplikację adwokacką.

Nigdy nie zapomnę nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Leszek wrócił późno z zajęć ze studentami. Półtoraroczna Marta marudziła, nie chciała spać. Kilka minut po północy pukanie do drzwi. Otworzyłam. Zapytali: "Czy tu mieszka Kaczyński? Proszę iść z nami". Mąż powiedział: "Zawiadom, kogo trzeba". Patrzyłam z okien, jak na dole zakuwają go w kajdanki. Rzuciłam się do telefonu. Nie działał. Chodziłam z kąta w kąt. Musiałam wyjść, porozmawiać z kimś. Mieliśmy malucha, ale nie mogłam go uruchomić. Były mrozy, więc dzień wcześniej wymontowaliśmy akumulator i zabraliśmy na górę do domu. Zawinęłam Martę w śpiwór i poszłam pieszo do przyjaciół, państwa Padlewskich. "Leszka zabrali", wyżaliłam się na progu. Zostałam u nich rok, do powrotu Leszka. Męża zobaczyłam po raz pierwszy w przeddzień Wigilii. Dowiedziałam się, że jest w Strzebielinku. Pojechałam tam z Marysią Marusczyk (córką mecenasa Siły-Nowickiego), której mąż też był internowany. Droga do ośrodka dla internowanych prowadziła przez las. Spotkałam się z mężem w obecności klawisza, przez okno było widać zaśnieżony spacerniak. Poczułam się wtedy jak w "Archipelagu Gułag". Ale gdzieś w głębi duszy wierzyłam, że wszystko się ułoży. Czekałam. Dopiero w listopadzie następnego roku mąż został zwolniony.

Jestem urodzoną optymistką, ale też realistką. Kiedy bywało kiepsko, powtarzałam, że jutro będzie lepiej. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że Polska tak się zmieni i że mój mąż obejmie najważniejszy urząd w państwie. Do Pałacu zabrałam osobiste drobiazgi, ulubione lampy i obrazy. Obiecałam sobie, że zostanę sobą. Wiedziałam, że czeka mnie sporo pracy. Mam zaplanowane najbliższe dni, tygodnie, miesiące. Nie tracę wrażliwości na ludzkie sprawy, ale nie wszędzie mogę dotrzeć i nie wszystkim pomóc. Chciałabym, żeby w Polsce zniknęły domy dziecka. Żeby Polki dbały o swoje zdrowie. Dlatego aktywnie włączam się w kampanie walki z rakiem. Jako żona głowy państwa z radością wypełniam obowiązki wynikające z protokołu. Gościom z zagranicy staram się przybliżyć naszą historię i kulturę. Dzień rozpoczynam od przygotowania śniadania dla siebie i męża. Zawsze pijemy kawę z mlekiem. Często kładę się spać późno w nocy. Brakuje mi czasu dla siebie. Ale za to poznaję ludzi i miejsca, których w innych okolicznościach nie miałabym okazji zobaczyć.

Pałac nie odgrodził mnie od zwykłego życia. Bywam w kinie (ostatnio na filmach „Slumdog. Milioner z ulicy”, reż. Danny Boyle, i „Vicky Cristina Barcelona”, reż. Woody Allen), teatrze, operze. Chodzę do ulubionych sklepów, spaceruję. Przyzwyczaiłam się już, że towarzyszy mi oficer BOR-u, choć marzy mi się spacer bez asysty. Lubię spotykać ludzi na ulicy, cieszy mnie, gdy okazują mi sympatię. Czy jestem szczęśliwa? W pewnym stopniu tak. Mam oddanego męża, córkę, wnuczki. Kochamy się i to jest najważniejsze. A życie mam na pewno niezwykle ciekawe. Co się zdarzy za pięć, dziesięć, piętnaście lat? Nie zastanawiam się nad tym, nigdy nie miałam dalekosiężnych planów. Wierzę, że spotka mnie jeszcze wiele dobrego.