Wczoraj upłynął wyznaczony przez Konstytucję RP termin podjęcia decyzji o dalszych losach tak zwanej ustawy medialnej, dotyczącej przede wszystkim publicznych rozgłośni telewizyjnych i radiowych.
Konstytucja daje mi trzy możliwości. Na mocy posiadanych uprawnień – jako Prezydent Rzeczypospolitej – podpisuję ustawy przyjęte przez parlament, co czyni je obowiązującym prawem. Gdy są złe, bądź wadliwe, moim obowiązkiem jest albo odesłać je do ponownego rozpatrzenia przez Sejm, albo przekazać Trybunałowi Konstytucyjnemu, by ten ocenił zgodność budzących wątpliwość decyzji parlamentu z najwyższym aktem prawnym Rzeczpospolitej Polskiej.
Moją decyzję w sprawie ustawy medialnej już Państwo znacie. Po dogłębnej analizie doszedłem do przekonania, że ta ustawa nie tylko nie rozwiązałaby najważniejszych problemów związanych z funkcjonowaniem mediów publicznych, ale stworzyłaby nowe, znacznie poważniejsze zagrożenia.
W przekonaniu tym utwierdzili mnie przedstawiciele wielu środowisk świata kultury, z którymi spotkałem się kilka dni temu. Choć głos zabierali ludzie o bardzo różnych poglądach politycznych, z różnymi wizjami naszej kultury, to ich opinie były bardzo podobne. Wszystkich połączył wspólny cel: obrona mediów przed złym, popieranym przez rząd, projektem nowej ustawy medialnej. Wszyscy uczestnicy debaty apelowali, bym tej ustawy nie podpisywał.
Krytyczne opinie na temat tego dokumentu dotarły do mnie również od Rzecznika Praw Obywatelskich, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. To rzecz chyba bez precedensu: przedstawiciel europejskiej organizacji stojącej na straży zasad demokracji apeluje do Prezydenta RP, by nie podpisywał popieranej przez polski rząd ustawy, gdyż odbiera ona mediom publicznym niezależność finansową i redakcyjną!
Wszystkie te oceny – a także wiele innych, podobnych, o których z braku miejsca nie wspomniałem - upewniły mnie, że tak złej ustawy akceptować mi nie wolno.
Przypomnę najważniejsze, przemawiające przeciw niej, argumenty. Przede wszystkim, ustawa odebrałaby mediom publicznym niezależność finansową uzależniając je całkowicie od niepewnych rezultatów corocznych budżetowych przetargów w parlamencie a w istocie – od decyzji rządu. Jak skrępowane w ten sposób przez rządzących telewizja i radio mogłyby pozostać niezależne, patrzeć władzy na ręce? Czy namawianie ludzi do niepłacenia abonamentu, a następnie decyzja o jego likwidacji mają po prostu ułatwić rządowi sprawowanie władzy? Z pewnością oddala nas od modelu mediów przeważającego w krajach Unii Europejskiej
Zaznaczyć trzeba, że zamiana abonamentu na środki z budżetu obciążyłaby dodatkowo kasę państwa. A przecież nie jest ona dziś w dobrym stanie. Spodziewamy się wielomiliardowej „dziury budżetowej”! Po co ją zwiększać?
Wejście w życie nowej ustawy najprawdopodobniej spowodowałaby także upadek większości regionalnych ośrodków telewizji. Czy doszłoby do ich prywatyzacji? Wyprzedaży majątku? Podobne niebezpieczeństwo groziłoby też przynajmniej części programów Polskiego Radia, w pierwszej kolejności radiowej „dwójce”. O proteście jej dziennikarzy i związanych z programem twórców pisały niedawno gazety.
Ustawę dyskwalifikują również poważne usterki prawne. Brak w niej definicji pewnych podstawowych pojęć, co zapowiada przyszłe kłopoty interpretacyjne. Marszałek Sejmu i parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej nie dochowali również obowiązku zgłoszenia projektu ustawy do Komisji Europejskiej celem ustalenia, czy przewidziane w jej przepisach sposoby finansowania mediów nie stanowią niedozwolonej w Unii pomocy publicznej. Gdyby po latach okazało się, że tak właśnie jest, media publiczne – zmuszone do zwrotu tych środków – z dnia na dzień stałyby się niewypłacalne. Oznaczałoby to ich ostateczny upadek, a za wszystko i tak zapłaciłoby społeczeństwo.
Tyle argumentów chyba wystarczy i nie są to tylko moje zastrzeżenia. Tak, zgadzam się z liderami stowarzyszeń twórczych, ustawa medialna negatywnie wpłynęłaby na polską kulturę i wolność mediów. Jestem przekonany, że psułaby nasze państwo i naszą demokrację. To dlatego nie zawahałem się użyć moich konstytucyjnych uprawnień, aby tym niebezpieczeństwom zapobiec. Na naszym kontynencie bez wolnych, silnych mediów publicznych trudno o demokrację.
Chroniąc media publiczne przed dramatycznym pogorszeniem ich sytuacji przez nowe, złe prawo nie można zapominać, że także i dziś ich położenie nie jest dobre. Mediom publicznym należy jak najszybciej zapewnić stabilne finansowanie poza przeciążonym budżetem państwa. Niezależne od doraźnych decyzji sejmowej większości i od rządu. To dziś oczywisty, wspólny obowiązek polskich polityków niezależnie od ich partyjnej przynależności. W tej sprawie potrzebna jest koalicja dobrej woli!
Mam nadzieję, że zrozumie to wreszcie także rząd Donalda Tuska. Że liderzy Platformy Obywatelskiej zrezygnują z dalszych, niebezpiecznych eksperymentów.
Przy dobrej woli wszystkich o niezależnym finansowaniu mediów można zadecydować szybko. Na załatwienie czeka też sprawa jeszcze ważniejsza, a przy tym bardziej pracochłonna, a więc wymagająca dłuższego czasu. Polsce, naszemu społeczeństwu i państwu, potrzebna jest ustawa określająca zadania środków przekazu w XXI wieku. Pracę nad nią prowadzą już różne organizacje społeczne. Najwyższy czas, by te wysiłki połączyć!
Dlatego interesująca jest propozycja środowisk twórczych, by pod moim patronatem podjęto skoordynowane prace nad nową, dobrą ustawą o ładzie medialnym. Pomoc w tym przedsięwzięciu to obowiązek wszystkich, którzy troszczą się o publiczne media, a więc o polską kulturę i wolną debatę publiczną. W trudnych czasach budujmy społeczną koalicję na rzecz dobrych mediów. Koalicję dobrej woli.