Menu rozwijane

19 sierpnia 2009
Witold Waszczykowski

Agaton Koziński, "Polska": Dowodzący operacją w Afganistanie generał Skrzypczak oddał się do dyspozycji prezydenta. Jak zachowa się Lech Kaczyński?

Witold Waszczykowski: To jego suwerenna decyzja.

Czego się Pan spodziewa?

Naprawdę nie umiem nic powiedzieć. Ale świetnie rozumiem, czemu Skrzypczak tak ostro wystąpił. Byłem w podobnej do niego sytuacji w ubiegłym roku. Wynegocjowałem układ polsko-amerykański dotyczący tarczy antyrakietowej, który stał się nagle elementem dziwnych gier. Dziś generał, który odpowiada za wielką operację militarną, zauważył, że kwestie wojskowe są podporządkowane układom polityczno-finansowym. W swoim sumieniu uznał jednak, że bezpieczeństwo żołnierzy jest ważniejsze od tych rozgrywek i przypomniał o tym politykom.

We wczorajszej „Polsce" misję w Afganistanie mocno skrytykowała żona po poległym kapitanie Ambrozińskim. Jak traktuje Pan jej słowa?

Nie wierzę, by wymyśliła sobie całą historię, ani nawet, by coś wyolbrzymiała. Na pewno miała od męża dokładne informacje o tym, jak wyglądały przygotowania misji. Nie lekceważyłbym tych oskarżeń. Nie można ich traktować tylko jako żalów osoby, która straciła osobę najbliższą. Należy jej słowa wziąć pod uwagę.

I jak zareagować?

Przede wszystkim sprawdzić, jak wygląda ekwipunek i zaopatrzenie wojska. Wiadomo, że budżet MON obcięto w ubiegłym roku o 5 mld złotych.

Nie stać nas na misję w Afganistanie?

Właśnie ten problem trzeba rozstrzygnąć. Wysłaliśmy tam nasze wojsko, by służyło interesom kraju: pomogło zniszczyć terrorystów oraz wywiązało się z zobowiązań wobec sojuszników. Tak naprawdę nasz wkład jak na warunki międzynarodowe nie wygląda zbyt imponująco. Wysłaliśmy dwa tysiące żołnierzy i trochę sprzętu niewiele jak na 40-milionowy kraj.

Wymienił Pan cele, które sprawiły, że wysłaliśmy nasze wojska. Jak ocenia Pan ich realizację?

Nie jest to problem tylko Polski, ale całego sojuszu. Strategia NATO ewoluowała.
Pojechaliśmy tam, żeby pomóc w lokalnych wyborach, potem rozszerzyło się to na misję stabilizacyjną, dziś jest to misja, która wspiera utrzymanie afgańskiej państwowości. Wydaje mi się, że cel ten jest zbyt ambitny jak na zaangażowane do tej pory siły.

Misja się nie powiodła, a nasz udział w niej jest niewypałem?

Problem polskiej misji polega na tym, że na początku byliśmy zaangażowani w dwóch prowincjach wspólnie z Amerykanami. Z pewnych powodów politycznych rok temu rząd uznał, że opłaca się nam samodzielnie przejąć odpowiedzialność za prowincję Ghazni. Chodziło o podbudowanie naszej pozycji w NATO, zabiegaliśmy wtedy o stanowisko sekretarza generalnego dla Radosława Sikorskiego. Być może nie była to właściwa decyzja.

Może wzięliśmy na siebie za dużo?

Gdybyśmy nadal współodpowiadali z Amerykanami, łatwiej byłoby nam prowadzić operację, bo mielibyśmy ich solidniejsze wsparcie. Nie wiem tego, stawiam po prostu pytania. Ktoś powinien sprawdzić pod względem taktycznym, wojskowym, czy ta decyzja była właściwa. Motywacja polityczna była widoczna, ale czy poszło za nią właściwe wsparcie wojskowe? Generał Skrzypczak podważył to. Uznał, że wojsko nie miało takiego wsparcia.
Zwłaszcza że były doświadczenia irackie. W Iraku też otrzymaliśmy strefę odpowiedzialności, którą Amerykanie coraz to zmniejszali, ponieważ nie dawaliśmy sobie rady.

Jak Pan sądzi, czy łatwiej będzie nam zrezygnować z prowincji Ghazni czy zwiększyć nasze zaangażowanie? Wysłać więcej żołnierzy lub sprzętu?

O sprzęt chyba przede wszystkim chodzi. Tutaj muszą się wypowiedzieć eksperci: czy dwa tysiące żołnierzy i wsparcie afgańskie wystarczy, by kontrolować obszar wielkości dużego polskiego województwa. Trzeba ustalić, jaka jest nasza strategia. Czy chcemy panować nad Ghazni czy tylko wspierać działające tam oddziały afgańskie, a może wyłącznie prowadzić operację szkoleniową. Dziś nie ma odpowiedzi na te pytania i stąd bierze się rozżalenie generała Skrzypczaka. Politycy nie dali chyba dyrektywy, co wojsko ma tam robić. Brakuje wsparcia politycznego, kontaktów z władzami afgańskimi, częstych wizyt.

Rząd wie, co chce zrobić. Wysyłamy dodatkowych 200 żołnierzy, sprzęt, wzmacniamy naszą pozycję w Ghazni.

Wydaje się, że nie bardzo wiemy, co chcemy robić. Premier mówił o dodatkowych 200 żołnierzach, a minister o sprzęcie. Wszystko to pochodzić ma ze strategicznego odwodu, który był przygotowywany na sytuację kryzysową związaną z wyborami, które lada chwila się odbędą. Z kolei generał mówił o żołnierzach, śmigłowcach i samolotach bezzałogowych, więc chyba jednak nie ma jednolitego stanowiska, jak wyjść z tej sytuacji.

Rozmawialiśmy wczoraj z generałem Petelickim, który dobrze zna wojsko i oskarżył on ministra Klicha, że ten kryje beton, który zakonserwował się w wojsku i nie dopuszcza nowych koncepcji. Jego zdaniem to przez to zginął kapitan Ambroziński i dochodzi do kolejnych fuszerek.

Skoro generałowie nie wytrzymują i zaczynają mówić publicznie o kłopotach, to znaczy, że problem rzeczywiście istnieje. Brakuje komunikacji, wspólnych koncepcji działania między kierownictwem wojskowym i politycznym w resorcie obrony. Jasno wynika z tego, że, aby być ministrem obrony, trzeba mieć pewne kwalifikacje. Nie wiem, czy minister Klich, lekarz psychiatra, jest właściwą osobą na tym stanowisku.

Czy według Pana wymiana ministra rozwiązałaby problemy resortu? Skończyła z walką koterii, które się w nim ścierają?

Dzisiaj kierownictwo resortu obrony, tak jak kierownictwa innych resortów, jest opanowane przez zawodowych polityków.

Na tym między innymi polega cywilna kontrola nad wojskiem.

Trzeba jednak mieć koncepcję, co chcemy z naszym wojskiem zrobić. Wojska i pieniędzy nie wysyła się za granicę po to, żeby sprawić komuś przyjemność. Jeśli chodzi o pomoc humanitarną, to nie można oczywiście oglądać się na koszty, ale wojsko na operacje wojskowe wysyła się jako instrument realizacji polityki zagranicznej państwa. Trzeba przeanalizować, co chcemy osiągnąć dzięki naszemu pobytowi w Afganistanie. Wchodząc do Iraku, chcieliśmy zaistnieć, zdobyć stanowisko w NATO, a dzisiaj nie wiemy, co chcemy dalej robić. I to jest problem.