Menu rozwijane

16 marca 2009

Jeżeli mówimy o relacji między obywatelem a państwem, to musimy zwrócić uwagę przede wszystkim na dwa podstawowe aspekty: jakie są obowiązki obywatela względem państwa i jakie są obowiązki państwa wobec obywatela oraz w jakim zakresie państwo ma nad obywatelem władzę. Można powiedzieć, że granice tego podporządkowania obywatela są wyznaczone poprzez prawo. Klasyczna relacja między państwem a obywatelem w okresie dominacji idei liberalnych – ale nie liberalizmu w rozumieniu drugiej połowy XX wieku, tylko liberalizmu wcześniejszego – sprowadzała państwo do w istocie dwóch funkcji: ochrony porządku wewnętrznego, czyli tak zwanej funkcji wewnętrznej (tę terminologię przyjmowali także marksiści później) i do funkcji zewnętrznej, która sprowadzała państwo do obrońcy interesów wspólnoty jako całości wobec zagrożeń zewnętrznych. W praktyce to się sprowadzało często także do tego, że owa wspólnota prowadziła politykę, którą można było określić jako ekspansywną w stosunku do innych tego rodzaju wspólnot. Państwo „nocny stróż” – wszyscy na pewno o tym słyszeli – innych obowiązków państwo nie ma. Ba! Byli tacy, którzy twierdzili, że jeżeli państwo zaczyna mieć tego rodzaju obowiązki, to już nie jest to państwo prawa. Takie koncepcje też były swojego czasu stosunkowo modne.

Ale wiemy dobrze, że z czasem to się zaczęło zmieniać. Trudno tutaj powiedzieć, w jakim momencie ten czas dokładnie nastąpił, bo na przykład obowiązki wspólnoty wobec najbiedniejszych w postaci tak zwanej opieki społecznej pochodzą z wieków bardzo odległych, a pierwszy znany akt w tym zakresie – znany w tym sensie, że sławny – czyli brytyjskie prawo ubogich pochodzi z roku 1601, co nie oznacza, że wcześniej te kwestie nie były uregulowane prawem i że uważano, iż wspólnota nie ma tego rodzaju obowiązków. Na ogół tą wspólnotą była gmina, ale ja traktuję gminę jako element władzy o charakterze państwowym, to znaczy, nie przeciwstawiam władzy samorządowej i władzy państwowej, tylko władzę rządową i władzę samorządową. Mówiąc już w wielkim skrócie: począwszy od lat osiemdziesiątych XIX wieku, od tak zwanych ustaw bismarckowskich, państwo zaczyna przejmować także obowiązki w sferze opieki socjalnej nad zdrowiem obywatela, nad jego starością lub nad jego niezdolnością do pracy. Jak sądzę, mówię coś oczywistego dla wszystkich Pań i Panów, mianowicie mówię o ubezpieczeniach społecznych, które po raz pierwszy w nowoczesnym tego słowa znaczeniu (chociaż to nie są same początki) zostały wprowadzone w Niemczech w latach osiemdziesiątych XIX wieku. Później w różnych modelach przeszło to także na inne kraje: Wielką Brytanię, Austrię czy Austro-Węgry.

Ale nie o ubezpieczeniach społecznych, nie o różnicach między ubezpieczeniami społecznymi a tak zwanym zaopatrzeniem społecznym będziemy dzisiaj mówić. Będziemy mówić o kwestiach szerszych. Ta odpowiedzialność państwa za obywatela w sferze ubezpieczeń rozszerzała się także na odpowiedzialność państwa za zapewnianie tej części społeczeństwa, która żyje z pracy najemnej, określonych praw. Stąd rozwój prawa pracy, który można datować nawet już od lat dwudziestych wieku XIX w Wielkiej Brytanii, choć na wielką skalę nastąpił on dopiero w końcu wieku XIX, a właściwie w wieku XX. Można powiedzieć, że ten coraz szerszy zakres odpowiedzialności państwa za obywatela przybrał z czasem – mówię to oczywiście w olbrzymim skrócie – postać koncepcji tak zwanego państwa dobrobytu. Zapewne Panie i Panowie wiedzą, że „państwo dobrobytu” nie oznacza państwa, w którym obywatelom się dobrze żyje, tylko to oznacza określony zakres obowiązków państwa wobec obywatela. Ta koncepcja, począwszy od lat trzydziestych wieku XX aż po lata siedemdziesiąte, przeżywała okres wielkiego tryumfu.

Można powiedzieć, że coraz ją poszerzano, że przyjmowano, że państwo przejmuje coraz więcej obowiązków obywatela. Przyjmowano na przykład, że ubezpieczenia społeczne powinny gwarantować obywatelowi takie poczucie bezpieczeństwa, jakie daje własność, a więc że w istocie jeżeli ktoś nawet nie dysponuje własnością, to powinien mieć takie poczucie, że nic się mu złego nie zdarzy, nie stanie w sensie braku środków do życia dla niego i dla jego rodziny, żeby to było równe posiadaniu niemałej własności. Tylko że w pewnym okresie końca lat sześćdziesiątych, w szczególności w czasie tak zwanego kryzysu naftowego w początku lat siedemdziesiątych ten system zaczął „zacierać się” – po prostu wydatki z nim związane były za duże. Nawet bogate państwa przestały to wytrzymywać. Gospodarka europejska weszła w sferę, która łączyła się z jednej strony z inflacją, a z drugiej strony z zastojem. Stąd wielkie przewartościowanie, które łączy się z nazwiskami dwóch polityków (bo w sensie teoretycznym to łączy się z nazwiskami wielkich liberałów takich jak Hayek czy Friedman, to są ludzie z niezupełnie tego samego okresu), z osobami Margaret Thatcher i prezydenta Ronalda Reagana. To oni zakwestionowali tego rodzaju relacje między obywatelem a państwem, mówiąc: za dużo państwa, za mało odpowiedzialności.

A więc obywatel powinien przede wszystkim sam dbać o siebie, co nie oznacza likwidacji ubezpieczeń społecznych, ale jednak przesunięcie środków od państwa – bo tego rodzaju system, o którym mówiliśmy wcześniej, zakładał bardzo wysokie podatki – z powrotem do obywatela, który sam zadecyduje o tym, na co pieniądze będzie wydawał. Zaczęliśmy przeżywać okres neoliberalizmu. Neoliberalizmu, który oczywiście nie sprowadza już państwa do tego, co było w wieku XIX, do roli „nocnego stróża”, ale stara się funkcje opiekuńcze wobec obywatela ograniczyć. I ten system, można powiedzieć, przyniósł pewien sukces Stanom Zjednoczonym w latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i nawet pierwszych latach dwutysięcznych. To przewartościowanie przyniosło sukces Wielkiej Brytanii w wymiarze gospodarczym, chociaż bywa to przedmiotem dyskusji.

Można powiedzieć, że ten sposób myślenia zaczął też dominować w młodych demokracjach, które powstały po roku ’89, po załamaniu się systemu komunistycznego; także i w naszym kraj miał on swój wiek złoty. Myślę, że tę koncepcję można przede wszystkim powiązać z nazwiskiem pana profesora Leszka Balcerowicza, dwukrotnego wicepremiera i wieloletniego prezesa Narodowego Banku Polskiego. Obywatele powinni dbać o siebie, a państwo ma tutaj co najwyżej rolę pomocniczą i czym więcej pieniędzy pozostaje w kieszeni obywatela, a mniej otrzymuje państwo, tym to państwo należy uznać za doskonalsze. Sukces był, ale jeżeli ja dzisiaj zdecydowałem się o tym mówić – oczywiście z olbrzymimi skrótami i uproszczeniami – to dlatego, że ten system w dużym stopniu się załamał. To, co się dzisiaj dzieje na świecie, ten kryzys niewątpliwie nosi cechy załamania się systemu neoliberalnego.

Jakie były tego powody? Długo by o tym mówić, ale sądzę, że były one w jakimś sensie podobne do tych, które wcześniej spowodowały załamanie się systemu państwa dobrobytu. Nastąpiło pewne „zatarcie”: z jednej strony gospodarka szła do przodu, ale wiązało się to z wręcz olbrzymim zróżnicowaniem dochodów, z drugiej strony, w szczególności na rynku amerykańskim, dochody niepochodzące z pracy zaczęły odgrywać w życiu obywateli coraz większą rolę. System finansowy zaczął się niezmiernie komplikować, aż stopień tej komplikacji spowodował gwałtowny kryzys. I to jest stwierdzenie pierwsze. Stąd powrót w wielu krajach w praktyce – a być może, także i w teorii, która dopiero się tworzy – do rozwiązań znacznie bardziej interwencjonistycznych, czyli do zwiększenia roli państwa w relacji z obywatelem, jeżeli chodzi o tę funkcję państwa, którą najszerzej można nazwać funkcją wspomagania obywatela w różnych sytuacjach takich jak otrzymanie pracy, ubezpieczenia, zapewnienie bezpieczeństwa i tak dalej.

Ja to tylko sygnalizuję, bo oczywiście nie znamy dzisiaj dalszego rozwoju sytuacji. Nikt dzisiaj nie wie dokładnie, czym skończą się te zdarzenia, które zaczęły się latem zeszłego roku w Stanach Zjednoczonych. To, co mówię, jest pewną hipotezą, która moim zdaniem ma niemałe podstawy do tego, żeby uznać ją za słuszną. Czy tak jest, pokaże przyszłość.

Chciałem powiedzieć jeszcze kilka słów o innej sprawie, która też dotyczy relacji między państwem a obywatelem, a która była przedmiotem moich zainteresowań, a także działań w życiu politycznym. Tą sprawą jest sprawą samoograniczenia państwa poprzez różnego rodzaju prawa obywatela, które powodują, że zakres autonomii obywatela jest coraz szerszy, a zakres środków, za pomocą których państwo może go dyscyplinować, coraz węższy.

Przy czym ten zakres nie tylko jest coraz węższy, ale łączy się z coraz bardziej skomplikowanymi procedurami, a więc coraz trudniej je zastosować. Jak Państwo się pewnie domyślają, mówię w tej chwili przede wszystkim o problemie walki z przestępczością. Historia XX wieku, zwłaszcza dwa wielkie totalitaryzmy, które charakteryzowały się pewnymi cechami wspólnymi, przede wszystkim całkowitą unipotencją państwa, jego całkowitą władzą w stosunku do obywatela, łącznie z władzą nad życiem i śmiercią, nawet bez wystąpienia tu jakichkolwiek istotnych przesłanek, te dwa zdarzenia wieku XX dały asumpt do bardzo wielu zdarzeń w życiu intelektualnym – nie czas tego w tej chwili omawiać – dały też asumpt do tego, żeby prawo coraz bardziej ograniczało możliwości państwa. Przyjmowano takie założenie, że głównym zagrożeniem dla obywatela jest jego państwo, że trzeba zbudować taki system, który powściąga państwo przed jakimikolwiek bardziej restrykcyjnymi działaniami, ponieważ tylko w ten sposób chronimy wartość, jaką jest wolność. Myślę, że to jest zrozumiała reakcja zarówno na faszyzm, szczególnie w jego nazistowskiej, niemieckiej postaci, jak i na komunizm.

To jest zrozumiałe, że w odpowiedzi na tego rodzaju zdarzenia powiedziano: nigdy więcej czegoś takiego, co pozwala państwu całkowicie zdominować obywateli. Natomiast ja bym chciał, żebyście Panie i Panowie, a w szczególności młode Panie i młodzi Panowie zwrócili uwagę na jedno. Państwo komunistyczne czy faszystowskie istotnie było ogromnym zagrożeniem dla obywatela, ale czy jeżeli użyjemy pojęcia krzywdy – skądinąd neoliberalnego pojęcia, Hayek na przykład bardzo go lubił używać, również potocznego pojęcia – to czy przeciętny obywatel w swoim życiu jest częściej narażony na krzywdę ze strony państwa, czy ze strony chuligana, bandyty na ulicy, złodzieja, agresywnego współmałżonka czy choćby sąsiada, który nie pozwala spokojnie żyć. Moje głębokie przekonanie jest takie, że w państwie demokratycznym to drugie zagrożenie, które ja określam jako poziome, bo relacja pionowa to jest relacja między państwem a obywatelem, a relacja pozioma to jest relacja między obywatelami, że to drugie zagrożenie jest w istocie większe, że oczywiście obywatel niejednokrotnie spotyka się z administracyjną mitręgą, brakiem odpowiedniego szacunku ze strony urzędu, z arogancją, z przedłużaniem spraw, które można łatwo załatwić, to wszystko jest prawda, ale w praktyce częściej spotyka się z pijakiem na ulicy, który go zaczepia, czy z włamywaczem – chociaż oczywiście te zjawiska w Polsce w tej chwili nieco zanikły – czy z innym typem przestępcy. I tu powstaje zasadnicze pytanie: czy zadaniem państwa jest przede wszystkim bronić obywatela przed samym sobą, czyli przed państwem, czy bronić obywatela przed różnego rodzaju aktami agresji – ja tutaj używam słowa agresja w najszerszym tego słowa znaczeniu – owej agresji poziomej.

Myślę, że to jest jeden z podstawowych sporów w dzisiejszej Europie, choć jak dotąd w tej współczesnej Europie, a w szczególności w europejskim sądownictwie, zwycięża koncepcja, że państwo jest największym zagrożeniem. W Stanach Zjednoczonych jest pod tym względem akurat na odwrót. I chociaż nie jestem człowiekiem, który kulturę amerykańską, w szerokim tego słowa znaczeniu, stawia wyżej od europejskiej, raczej odwrotnie (wbrew temu, co się czasem o mnie mówi), to wydaje mi się, że w tym aspekcie Amerykanie mają rację. Państwo musi być wyposażone w narzędzia obrony obywateli, narzędzia skutecznie działające. A narzędzia skutecznie działające nie mogą się łączyć z takimi ograniczeniami, które w imię ochrony praw człowieka w rzeczywistości czynią je bezskutecznymi. Ochrona praw człowieka nie może być ochroną praw silniejszego przeciwko słabszemu, nie może być zasadą ochrony praw bandyty wbrew interesom jego ofiary. Ja w ostatnich latach rzadziej mówiłem o tym problemie, ponieważ obowiązki prezydenta dotyczą bardzo wielu spraw, ale myślę, że czas do tego problemu trochę powrócić, a w szczególności dlatego, że kryzys grozi powrotem przestępczości. Przestępczości na pewno nie da się zwalczyć tylko i wyłącznie metodami policyjno-sądowymi. Na pewno bezrobocie ma tutaj duże znaczenie, a bezrobocie niestety w naszym kraju rośnie.

W ostatnich latach poczucie bezpieczeństwa w naszym kraju bardzo wyraźnie wzrosło, szczególnie w latach 2005-2007, i nasi obywatele, po prostu my Polki i Polacy zaczęliśmy na ten problem w dużo mniejszym stopniu zwracać uwagę, on niejako zszedł z tablicy społecznych rozważań. Trzeba do tego wrócić, ponieważ obecne tendencje w Unii Europejskiej są bardzo wyraźnie niebezpieczne, szczególnie jeżeli idzie o niektóre organy sądowe Unii. Pamiętajmy, że państwo jest dla obywatela i to jest podstawowa racja, ale państwo jest dla obywatela także po to, żeby go móc skutecznie, a nie jedynie formalnie obronić. A żeby to czynić, trzeba mieć odpowiednie narzędzia. Te narzędzia czasem bywają surowe – może się zdarzyć, że będą nadużycia, nic co ludzkie, nie jest idealne. Jeżeli ktoś sądzi, że zbuduje idealne państwo, to znaczy, że jest jednym z nielicznych już na świecie marksistów, ale przypominam, że według marksizmu państwo miało też zniknąć, tylko na odpowiednim etapie. Państwo nigdy idealne nie będzie, zawsze trzeba będzie różne racje równoważyć, ale ta racja, o której przed chwilą wspominałem, jest racją szczególnie dla tych, którzy są słabsi.

Podsumowując, bo mówiłem o kilku trochę odrębnych sprawach, a nie chciałbym mówić zbyt długo, to sprawy mają się w ten sposób: w sferze relacji o charakterze socjalno-gospodarczym żyjemy w okresie przewartościowań. Człowiek w moim wieku, czyli około sześćdziesiątki, jest człowiekiem, który świetnie pamięta okres wielkiego sukcesu ideologii neoliberalnej. Obecnie zarówno ja i moi rówieśnicy, jak i Państwo jesteśmy świadkami czegoś, co można by nazwać generalnym zakwestionowaniem tej ideologii. Myślę że prawda – prawda w sensie praktyki społecznej – będzie pewną syntezą ideologii neoliberalnej i tej interwencjonistycznej, że tym się to wszystko skończy, chociaż powtarzam, że jest to jedynie hipoteza. Już dzisiaj postawiono sprawy, których do wczoraj nikt nie stawiał. Jakie na przykład? Zarobki menadżerów nie były w ogóle przedmiotem dyskusji. Owszem, polityk co innego, chociaż zarabiał 15 raz mniej od menadżera. A dzisiaj na Zachodzie, a także coraz częściej w Polsce, zadaje się pytanie, czy 300 albo 500 tysięcy miesięcznie to jest rzeczywiście godna odpłata za odpowiedzialną pracę. Szczególnie, że ta odpowiedzialność w praktyce często polega na tym, że z prezesa jednej firmy za 300 czy 500 tysięcy przechodzi się na wiceprezesa z „nędznym” wynagrodzeniem zaledwie 120 czy 130 tysięcy złotych. To jest realna odpowiedzialność. I to jest już taki symptom, który należy zauważyć, należy też ocenić, moim zdaniem, pozytywnie.

Co do tej drugiej kwestii, związanej z restrykcyjnymi zadaniami państwa wobec tych, którzy naruszają ład i którzy zagrażają innym obywatelom, myślę, że także Europę czeka pewna refleksja, choć później niż Stany Zjednoczone, bo one ten okres mają za sobą. Do którego momentu w imię obrony praw człowieka my możemy bronić tych, którzy krzywdzą innych? Ja muszę Państwu powiedzieć, że nigdy nie zmieniałem zdania w tym zakresie. I jako student prawa przed już prawie 40 laty, i dzisiaj jako prezydent Rzeczpospolitej miałem i mam przekonanie takie, że prawo zawsze powinno stawiać obywatela czy ofiarę przed sprawcą, przed agresorem, a z tego dla relacji między państwem a obywatelem wynika bardzo, ale to bardzo wiele wniosków. To tyle uwag, jeżeli ma jeszcze chwila czasu pozostać na pytania. Dziękuję bardzo.