Magnificencjo Panie Rektorze, Panie i Panowie Posłowie,
Panie Wojewodo, Szanowni Państwo!
Jestem na Uniwersytecie Śląskim nie po raz pierwszy, ale jako prezydent Rzeczypospolitej chyba pierwszy raz. Wspominałem Panu Rektorowi, że trzydzieści lat temu byłem na bardzo ciekawej konferencji na wydziale prawa, to był rok ’79. Nawet muszę powiedzieć, że bez trudu tę okolice poznałem, mimo iż minęło więcej niż pokolenie.
Dzisiaj chciałem powiedzieć kilka słów na temat szkolnictwa wyższego, edukacji, nauki, ale przede wszystkim nauki na poziomie wyższym. Jak wiadomo, czekają nas i są oczekiwane pewne reformy. Ja sam przepracowałem na uczelni z pewną przerwą lat 29, de nomine do dzisiaj jestem pracownikiem jednego z polskich uniwersytetów i oczywiście jestem w tej problematyce nie najgorzej zorientowany, chociaż od wielu lat się nią nie zajmuję. Tak się złożyło, że z wielu funkcji politycznych, które w życiu pełniłem, żadna nie łączyła się ze światem nauki – zajmowałem się innymi kwestiami. Zresztą żadna też nie łączyła się z tym, czym się naukowo zajmuję, czyli prawem pracy, ale tak już w polityce jest.
Szanowni Państwo!
Jednym z osiągnięć III Rzeczypospolitej – mówiłem to już wielokrotnie, ale to trzeba powtarzać – jest eksplozja edukacyjna. Studentów w roku ’90 było 408 tysięcy, teraz jest ich milion 937 tysięcy. Milion studentów Polska przekroczyła w roku ’97. Wtedy było 112 szkół wyższych, licząc kilka wyznaniowych, pozostałe państwowe oczywiście; dzisiaj mamy 455 szkół wyższych, z tego 308 to są szkoły prywatne, 18 – wyznaniowe, pozostałe to są szkoły państwowe. Mamy wzrost liczby profesorów – ponad dwukrotny, bo jeżeli zsumujemy profesorów i docentów w roku 1990, to będzie to około 11 tysięcy osób, dzisiaj mamy prawie 23 tysiące profesorów tytularnych i uniwersyteckich plus ponad trzy tysiące (to uważam za złe zjawisko) doktorów habilitowanych, którzy są adiunktami. Liczba adiunktów też wzrosła dwukrotnie. Doktorantów mamy trzykrotnie więcej, ale podejrzewam, że to się wiąże z zanikiem na niektórych uczelniach stanowisk asystentów albo przynajmniej bardzo poważnym ich ograniczeniem, co uważam osobiście za błąd. Oczywiście, droga studiów doktoranckich jest dobrą drogą, ale nie powinna być drogą jedyną. Także droga przez normalną pracę na uczelni powinna być znacznie szerzej stosowana. Zdaję sobie sprawę, że ona jest nieco droższa, ale także potrzebna.
Ale, zauważcie Państwo, ponad dwa razy więcej osób z habilitacjami, tak to można powiedzieć w największym skrócie. Jeszcze ciągle mamy 700 docentów w naszym kraju, czyli to jest zdecydowanie najbardziej ekskluzywne stanowisko na uczelniach, ale jest ponad dwukrotnie większa liczba osób z doktoratami. Ja zawsze mówię, Panie Rektorze, że wprawdzie uczelnia stoi profesorami, ale „jedzie” adiunktami. Olbrzymia część zajęć dydaktycznych – przecież uczelnia to między innymi dydaktyka – to są właśnie doktorzy, czyli adiunkci na ogół, chociaż zdarza się już, co jest kolejnym złym objawem, że po doktoracie asystenci czekają długo na etat adiunkta. To jest jedna z rzeczy, którą chciałbym w sposób bardzo zasadniczy i szybki zmienić.
Na czym miałyby polegać reformy? Ja w tej chwili mówię o szkolnictwie wyższym, ale też o pokaźnych zasobach Polskiej Akademii Nauk. Mamy system, mamy pewną korporację naukową, kiedyś o niezwykle wysokim prestiżu, teraz może nieco mniejszym, ma ona zresztą przecież konkurenta w postaci Polskiej Akademii Umiejętności odnowionej po roku ’89, ale mamy także cały system instytutów. Instytutów, które odgrywają w wielu przypadkach bardzo istotną rolę w polskiej nauce, że wymienię Instytut Badań Literackich w Polskiej Akademii Nauk, Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk, Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, Instytut Podstawowych Problemów Techniki, Instytut Maszyn Przepływowych, jeden z nielicznych, który się nie mieści w Warszawie, bo te instytuty mają filie. To są instytuty w naszej nauce bardzo znaczące. Ja zawsze w ramach swoich możliwości dbałem o to, żeby tego dorobku nie stracić.
Ale to jest jedna strona medalu, bo weźmy pod uwagę, że w tej chwili mamy sześciokrotnie więcej studentów niż niespełna 20 lat temu, a jedynie niewiele ponad dwa razy więcej pracowników nauki, czyli tutaj relacja się pogorszyła, jest jeden do trzech, a więc gorzej niż było wtedy. Do czego to prowadzi? Do wieloetatowości na olbrzymią skalę.Tu zwracam się przede wszystkim do Pań i Panów profesorów – to się może nie podobać, ale dzisiaj jest to nieuniknione. Nie osiągnęlibyśmy czwartego miejsca w Europie, jeśli chodzi o scholaryzację na poziomie wyższym, to znaczy procent populacji, która studiuje, gdyby tej wieloetatowości nie było. To byłoby po prostu niewykonalne albo szkoły wyższe musiałyby się opierać o ludzi, którzy nie mają żadnego cenzusu naukowego, a tak być w sposób oczywisty nie może (chociaż takie osoby mogą tam pracować i być świetnymi wykładowcami, to jest inny problem). Stąd też pierwszy wniosek: plan pani minister Kudryckiej, aby budować uczelnie flagowe, czyli te, które oznaczają się szczególnie wysokim poziomem, co do zasady jest dobry. Nie jesteśmy w stanie utrzymać takiego samego poziomu uczelni, gdy jest ich 112 i gdy jest ich 455. Nie jesteśmy też w stanie utrzymać takiego samego poziomu edukacji, gdy studiuje 10 czy 12 procent populacji i gdy studiuje około 50 procent populacji. Jaką mam tutaj wątpliwość? Moja podstawowa, wynikająca z wieloletniego doświadczenia wątpliwość polega na tym, czy to mają być wydziały i instytuty flagowe, czy uczelnie?
Weźmy przykład uczelni uniwersyteckich – mówię o uniwersytecie bezprzymiotnikowym, wiadomo bowiem, że wiele uczelni ekonomicznych czy medycznych zmieniło się w uniwersytety odpowiednio ekonomiczne i medyczne, czy jak w Kielcach humanistyczne, ale ja mówię o bezprzymiotnikowych uniwersytetach. Czy one są symetryczne? - (...) Ja bym się raczej nastawił nie na uczelnie flagowe, tylko na instytuty bądź wydziały flagowe, bo w ten sposób będzie to równiej rozłożone w skali kraju. My w tej chwili mamy dużą asymetrię, która specjalnie nie odbiega od „stołecznocentryczności” w innych krajach, jest jednak nadmierna. To mówi warszawiak, żeby było jasne: uważam, że ponad 40 procent nauki w Warszawie to jest przesadnie skoncentrowana proporcja. Następny Kraków ma około 20 procent. I ta proporcja się powinna zmienić. Nie w ten sposób, żeby Warszawę ograniczać, tylko żeby inne ośrodki rozbudowywać. I jeżeli dojdziemy do tego wniosku, to ja bym poparł plany pani minister Kudryckiej, ale w tej wersji, czyli wydziałów bądź instytutów flagowych, a nie uczelni flagowych. Jeżeli jakaś uczelnia potrafi mieć wszystkie wydziały znakomite, to proszę bardzo, może być uczelnią flagową, ale to byłyby wyjątki. To sprawa pierwsza. Oczywiście to się łączy z finansowaniem, ze szczególnie ostrymi kryteriami, jeśli chodzi o przyjmowanie na taki wydział – tutaj nie wyobrażam sobie rekrutacji bez egzaminu wstępnego, tylko w oparciu o konkurs maturalny. Druga sprawa to jest sprawa szczególnie ostrych kryteriów związanych z ukończeniem takiego wydziału.
Jeżeli chodzi o pozostałe uczelnie, to jest plan, który mi się podoba. Nie kryję, bardzo go popierałem, jeśli chodzi o szkolnictwo średnie, ale także wydaje mi się on bardzo potrzebny, jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe. 455 uczelni, ponad 300 uczelni prywatnych; uczelnie niekiedy w ośrodkach niedużych, 30-, 50-tysięcznych, oczywiście oparte w różnym stopniu o kadrę dojeżdżającą... Istnieje problem elementarnego poziomu nauczania. I tutaj audyt zewnętrzny, nie poziomu naukowego, bo taki audyt się odbywa, jeżeli chodzi o prawo przyznawania doktoratów czy habilitacji, ale audyt… czy nawet prawa do tego żeby uczelnia licencjacka zmieniła się, przynajmniej na niektórych uczelniach, w uczelnię mającą prawo przyznawania stopnia zawodowego magistra. W ogóle ogólny poziom nauczania. Jak najwięcej kontroli zewnętrznej. Ja wiem, że żadna korporacja tego nie lubi, sam jestem w jakimś sensie członkiem tej korporacji, ale myślę, że rozsądny członek każdej korporacji wie, że ona ma wady. Bo nie ma takiej korporacji – tym razem mówię o korporacji profesorskiej lub szerzej, o korporacji naukowej – która nie ma wad. I cele środowiska naukowego, jego interesy, a cele nauki polskiej – to nigdy nie będzie dokładnie to samo i mówię to Państwu w oczy spokojnie. To samo mówię prawnikom, adwokatom czy sędziom – z zawodu jestem prawnikiem. Po prostu uczciwość każe mi tak mówić, uczciwość głowy państwa. Co nie oznacza, że sobie tego środowiska bardzo wysoko nie cenię i że wyjątkowo nie lubię w nim przebywać. Na przykład, jak organizuję konferencje tak zwane lucieńskie, to między innymi po to, żeby przez cały dzień pobyć w towarzystwie ludzi nauki. I to dla mnie nie jest obciążenie, wręcz odwrotnie – przyjemność. Ale nie ma ludzi bez wad i to dotyczy również, mogę powiedzieć, naszego środowiska.
Natomiast, jeżeli idzie o problem bardzo szeroko omawiany – problem stopni naukowych... Stopnie naukowe w Polsce mamy dwa: doktora i doktora habilitowanego, plus odpowiednie w zakresie sztuk artystycznych – tak byśmy to mogli określić. I o ile stopień doktora raczej nie budzi wątpliwości, to jest dyskusja wokół habilitacji. Jest dyskusja wokół habilitacji i o ile wiem, to plan pani minister polega na tym, żeby habilitacje zachować, i – chwalić Boga – ja to popieram, zawsze byłem tego zwolennikiem; ale z drugiej strony żeby zlikwidować wykład i kolokwium habilitacyjne. Muszę powiedzieć, że ja niezupełnie rozumiem, w czym rzecz. To znaczy, można zlikwidować, bo oczywiście istotną cechą habilitanta jest to, że ma odpowiedni dorobek naukowy – w naukach społecznych i w naukach humanistycznych z reguły jest to monografia napisana już po doktoracie plus jeszcze jakiś dorobek. Nie wydaje mi się, żeby barierą był wykład i kolokwium habilitacyjne. To nie jest bariera. Bariery są inne. Bariery są związane ze zbyt małą elastycznością w podchodzeniu do dorobku, który się składa nie z jednej monografii, tylko z serii mniejszych dzieł naukowych, artykułów, jak to się potocznie mówi, czy studiów. Natomiast jest jeden problem, który uważam za horrendalny. Kiedy likwidowano przed 20 laty stanowisko docenta – z różnych powodów, bo przecież nie z Polski, tylko z systemu niemieckiego pochodzące, ale ze względu na tych tak zwanych „docentów marcowych” to się niektórym źle kojarzyło – wprowadzono profesorów nadzwyczajnych i do tego wystarczył stopień naukowy doktora habilitowanego. To miało nieco „spłaszczyć” strukturę hierarchiczną na uczelni.
Efekt jest taki, że mamy dzisiaj ponad trzy tysiące doktorów habilitowanych, którzy nie są profesorami nadzwyczajnymi. Czyli – mówiąc najkrócej – przed habilitacją było: pani bądź pan doktor, i po habilitacji jest to samo. Ja uważam, że tak jak asystent po doktoracie automatycznie powinien być adiunktem i tylko szczególne okoliczności mogą spowodować, żeby tak nie było, tak samo habilitacja jest wystarczającą przesłanką do zostania profesorem nadzwyczajnym w tym sensie, że jest to obligatoryjne. Raz jeszcze powiem: obligatoryjne, bo efekt był taki, że na niektórych uczelniach, co Państwo świetnie wiecie, w istocie dawano profesorów nadzwyczajnych dopiero wtedy, kiedy istniały podstawy do tego, żeby przyznać tytuł profesora. Tak samo wydaje mi się, przy całym szacunku dla poczucia hierarchii, że jeżeli ktoś jest profesorem tytularnym, to może od razu zostać profesorem zwyczajnym, bo tutaj też wiemy, że jest cała grupa profesorów tytularnych, którzy zgoła nie są profesorami zwyczajnymi. To jest już po prostu nadmierna skłonność do hierarchizowania. Ale jak wiemy, jeden z profesorów, który jest członkiem komisji powołanej przez panią minister, nie będę go wymieniał z nazwiska, ale środowisko wie, kto to jest, chciałby w Polsce wprowadzić system, który by odpowiadał uniwersytetom amerykańskim, w istocie już o niezwykle spłaszczonej hierarchii. To by łączyło się też z likwidacją tytułu profesora przyznawanego de nomine przez prezydenta. Żeby było jasne, ja zawsze uwzględniam wniosek odpowiedniej komisji. Tutaj uważam, że jestem wyłącznie notariuszem. Ale ta próba stworzenia z polskich uczelni amerykańskich w krótkim czasie nie może dać dobrych efektów.
Eksplozja, jeśli chodzi o liczbę studentów, także kształtowanie się w Polsce klasy średniej, stwarza zapotrzebowanie na środki potrzebne do tego, żeby się do tej klasy zaliczyć i to jest normalne zjawisko, które powoduje, że następuje dekoncentracja, jeśli chodzi sprawy nauki (a przecież te dwie sprawy muszą być równoległe) i może to spowodować ogólne pogorszenie wyników naukowych w naszych uczelniach. A pod tym względem, Panie i Panowie, nas naprawdę stać na więcej. Niestety, najlepsze polskie uczelnie to jest trzecia setka na świecie. My jesteśmy dosyć dużym europejskim narodem, zapomnijmy, że w skali Europy jesteśmy średni. Nie jesteśmy średni, jesteśmy duzi jak na Europę, i to uwzględniając nie tylko Unię Europejską, ale także pozostałe państwa, które do Unii nie należą, a jest ich około czterdziestu. Jesteśmy państwem najmniej dość dużym i stać nas na więcej.
Tutaj już chciałbym przejść do kolejnych problemów związanych z innymi planami reform. Szczególnie interesuje mnie problem korporacji naukowej jaką jest Polska Akademia Nauk. Jak Państwu wiadomo, według pomysłu, który w tej chwili jest w sferze konsultacji, miała to być, po pierwsze, grupa tylko 300 osób – być może dlatego, żeby istniał specjalny elitaryzm tego zaszczytnego miejsca, jakim jest miejsce w Polskiej Akademii Nauk. To byłoby dobre, ale akurat dlaczego 300, a nie 200 albo 400? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Po drugie, po ukończeniu 70 roku życia członek Polskiej Akademii Nauk stawałby się członkiem seniorem, to znaczy korzystałby z pewnych przywilejów, które zresztą są znane z czasów Polski Ludowej, ale jednocześnie nie byłby już czynny. To wydaje mi się dyskusyjne. Z jakiego powodu? Są dziedziny nauki, w której sukcesy osiąga się w młodości albo we wczesnym wieku średnim, w szczególności w naukach ścisłych, w fizyce, matematyce, w niektórych dziedzinach humanistyki. Ale w naukach społecznych bardzo często sukcesy przychodzą znacznie później.
Nie ma powodów, dla których osoby w wieku, w którym te sukcesy są jeszcze często bardzo poważne, żeby te osoby miały przechodzić niejako w stan spoczynku. Tutaj, powtarzam, powodów do tego nie widzę, ale jeżeli już, to ten wiek by należało nieco jednak przesunąć. Natomiast na pewno należy zachować strukturę PAN-u. Ona ma za dużą tradycję i za duży dorobek, żeby jej sobie nie cenić. Wiem o tym, że dzisiaj znaczna liczba pracowników Polskiej Akademii Nauk – doktorów, doktorów habilitowanych, profesorów tytularnych –pracuje jednocześnie na różnych uczelniach. To nie jest źle, to jest dobrze. Ale istnieją instytuty, które wykonały naprawdę benedyktyńską pracę nad różnego rodzaju przedmiotami, które na uczelniach nie byłyby zrealizowane, a które są niezbędne. Tutaj Polska jest niejako zapóźniona. Tutaj też mówię o humanistyce, bo lepiej się na tym znam. Chodzi na przykład o olbrzymi zakres prac dokumentacyjnych w Instytucie Badań Literackich, w Instytucie Historii. Więc tutaj ja dość wyraźnie jestem za tym, żeby to zachować.
I w końcu, Szanowni Państwo, jest problem finansowania nauki. W ramach planowanej reformy istnieje plan dużo ściślejszego powiązania nauki z gospodarką. Miałaby powstać instytucja konwentu, w ramach której do organu, który by współzarządzał uczelnią, wchodziliby przedstawiciele życia gospodarczego. Sam zamiar nie jest zły, w tym sensie, że polska gospodarka ma nikłe zapotrzebowanie na innowacje pochodzące z zewnątrz, nie z własnego kraju. Proszę pamiętać, że 70 procent polskiego eksportu pochodzi z firm, które są firmami niepolskimi i dochodzi do zjawiska, które ma charakter strukturalny – nie jest związane z obecnym kryzysem – i które polega na tym, że Polska służy niejako „przepakowywaniu” – oczywiście używam tego określenia w przenośni. Raz jeszcze chciałem powtórzyć, że to nie jest zjawisko związane z kryzysem, to jest pewna cecha strukturalna naszej gospodarki, z którą należy walczyć. Na razie do tego się to ogranicza, do owego w przenośni „przepakowywania”. No to po co innowacja? Ja uważam, że w polskiej gospodarce największe zapotrzebowanie na innowacje mogą mieć instytucje, które, po pierwsze, mają przede wszystkim swoiście polską tożsamość (co nie znaczy, że 100 procent kapitału jest polskiego); po drugie, mają odpowiednią ilość pieniędzy.
Oczywiście, wiem o tym świetnie, że najbardziej innowacyjne są małe i średnie przedsiębiorstwa, i do tego koszt innowacji jest tam dużo mniejszy niż w wielkich. Tylko ja poprosiłem przedstawicieli określonej szkoły w ekonomii, którzy mnie o tym tak stanowczo informowali na jednym ze spotkań, żeby mi dali listę tych polskich małych i średnich przedsiębiorstw, które są tak innowacyjne. Jeszcze nad nią pracują, bo jej nie dostałem, a to już było wiele, wiele tygodni temu... Stąd też ja bym widział raczej w tych polskich dużych korporacjach szansę na to, żeby stamtąd było pewne parcie na innowacje. Czy to musi mieć aż tak daleko instytucjonalny wyraz? Być może tak, ale też trzeba pamiętać o pewnych niebezpieczeństwach, są bowiem dziedziny nauki, szczególnie w najszerzej pojętej humanistyce, które nie są związane z jakimikolwiek interesami, z tym, co się dzieje w gospodarce. Zdaję sobie sprawę, że na przykład historycy, specjaliści różnego rodzaju filologii (poza tłumaczami), prawnicy (to jest troszkę inna sprawa) nie są tak ściśle związani z gospodarką jak ekonomiści, specjaliści od marketingu czy wielu dziedzin nauk technicznych. I to też trzeba uwzględniać. Polska struktura nauczania, dzisiaj związana po pierwsze z kosztami, a po drugie ze strukturą ludzi, którzy są w stanie wykładać na uczelni, jest nadmiernie przechylona w stronę na przykład zarządzania. Mamy specjalistów od zarządzania, w bardzo różnych szkołach kształconych, mamy wiele tysięcy absolwentów rocznie. Troszeczkę w odwrocie są nauki techniczne, ale to zjawisko się zaczęło już w końcu lat 60. Więc to trzeba zmieniać.
Podsumowując: uważam, że nasze uczelnie powinny dążyć do pewnego spłaszczenia struktury, czyli do szybszego awansu instytucjonalnego. Dotąd, w ciągu trzech lat, osiemnaście razy mianowałem profesorów, mniej więcej co dwa miesiące to się odbywa. Nie zajmuję się badaniem przeciętnej wieku nowo mianowanych, ale mam oczy, więc tak mniej więcej widzę, że poza matematyką i fizyką są to ludzie dojrzali. I to się powinno nieco zmienić. Ale którędy prowadzi droga? Myślę, że w dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, kariera po habilitacji, możliwość uzyskania tytułu profesora, powinna się w dużo większym stopniu łączyć z tym, czy zbudowało się szkołę, czy wychowało się uczniów. To powinien być warunek o nieporównanie większym znaczeniu niż dotychczas. Po drugie, kierowanie katedrą, instytutem, zakładem w instytucie powinno być związane z obowiązkiem wychowywania uczniów na tej zasadzie, żeby wprowadzić pewne limity czasowe. Jeżeli ktoś przez określony czas tego nie zrobił, to dalej już kierownikiem owej jednostki być nie może. Nie potrafię odpowiedzieć, jaki to ma być czas, bo to jest trochę różnie w różnych naukach, ale generalnie to powinien być jeden z podstawowych elementów rozliczenia. Jest w planie pani minister Kudryckiej to, żeby 15 procent z grantów było przeznaczone dla pracowników młodych. Moim zdaniem, po pierwsze jest to nieco za mało, a po drugie, w walce o pieniądze młodsi pracownicy naukowi, doktorzy – tu nie chodzi tylko o kategorię metrykalną, ale tę również – powinni mieć istotny udział wynikający z ustawy o przyznawaniu tych grantów.
Tu musimy podjąć decyzje, które są niekonwencjonalne, wziąwszy pod uwagę to, co się działo dotychczas. Myślę, że w składzie Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej – ona ma teraz trochę inną nazwę, ale ciągle używam tej dawnej – też powinny obligatoryjnie występować osoby, które albo są dopiero po habilitacji, albo nawet przed; że należy tworzyć pewne mechanizmy, które jakby zmuszają do tego, żeby wychowywać uczniów, i w postaci doktorantów, i szczególnie habilitantów. I to będzie mechanizm najskuteczniejszy szybszego awansu, tak żeby znacznie częściej zdarzały się doktoraty przed trzydziestką, habilitacje przed czterdziestką, a profesury belwederskie koło czterdziestki czy zaraz później. One się zdarzają, żeby było jasne, ale są dość wyjątkowe. Zdarzają się wśród matematyków profesury tytularne tuż po trzydziestce, ale to są, powtarzam, całkowite ewenementy.
Myślę, że wzrost nakładów na naukę – taki nastąpił w latach 2005-07, w tej chwili są też pewne środki z Unii Europejskiej – jest też sprawą o charakterze kluczowym. To nie jest łatwe. To nie jest łatwe teraz, w dobie kryzysu szczególnie, ale to nie było łatwe i wcześniej. W latach 2005-07 czyniono wysiłki, żeby ten wzrost był ze względu na to, że z jednej strony Polsce była potrzebna umiarkowana reforma finansów publicznych i do niej doprowadzono, w 2007 roku deficyt ich spadł do około dwóch procent PKB. To jest jak na Europę zupełnie dobrze. Natomiast nie można pod tym względem przesadzać, chociaż trzeba prowadzić odważniejszą politykę niż w tej chwili – tutaj jasno mówię, że jestem tego zwolennikiem. Z drugiej strony, o czym mówiłem, zawodzi system powiązań poziomych czyli finansowania nauki przez gospodarkę w sposób bezpośredni, nie za pośrednictwem budżetu państwa. Pewne pomysły, o których też już wspominałem, są dobre, ale przede wszystkim trzeba w znacznie większym stopniu nastawić naszą politykę wobec polskiego pracodawcy na korzystanie z innowacyjności, która pochodzi od nas, z Polski. Nie jest to proste, z góry Państwu mówię. Nie jest to proste, ale w perspektywie myślę, że to da efekty, bo ja głęboko wierzę w to, co się nazywa... co ja nazywam: działaniem mas. My mamy w tej chwili dwa miliony studentów. Być może, ich przeciętny poziom jest gorszy, niż był 20 lat temu – ze względu na tę ogromną ilość: około 50 procent populacji, ale w dłuższej perspektywie da to nam efekt. Taki efekt, jak dało Irlandii na wiele lat, jak dało wielu innym krajom.
Trzeba też próbować – to zresztą nie dotyczy tylko nauki – przełamywać pewne schematy, ukształtowane już przed laty wzorce myślenia w sferze, która wydawałaby się Państwu techniczną, ale która ma znaczenie wręcz esencjalne w codziennej polityce państwa, pewne sposoby myślenia dotyczące budżetu państwa i przesunięć w jego ramach. Po pierwsze, nie może dobrze funkcjonować państwo, w którym kilka osób jest w stanie ułożyć budżet – tak w Polsce jest. Kilka osób, z których jedna już dawno jest poza strukturą państwa, jedna jest w tej strukturze i to czyni, jedna jest w strukturze państwa, ale już nie w miejscu, które się łączy z układaniem budżetu, bo w Radzie Polityki Pieniężnej, no i może jest jeszcze kilka osób. No, ale jeżeli tak, to sposób myślenia tych osób w sposób zasadniczy wpływa na kształt budżetu. W budżecie państwa trzeba odróżniać gdzie odważna polityka nie ma istotnego wpływu na deficyt budżetowy, a gdzie niestety ma. I to w naszym kraju – mogę to Państwu powiedzieć jako człowiek, który pełni szóstą w życiu funkcję publiczną i był przez kilka lat prezesem Najwyższej Izby Kontroli, co jest znakomitą szkołą myślenia o państwie i badania państwa –, jest istotne, także jeżeli chodzi o wzrost nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe.
Szanowni Państwo, chciałbym odpowiedzieć na kilka pytań, przy czym, żeby było jasne, pytania nie muszą być związane z tym, o czym żeśmy w tej chwili mówili. Żyjemy w czasie trudniejszym i tymi trudnościami zostaliśmy niejako zaskoczeni. Bardzo chętnie odpowiem – w ramach swoich umiejętności, oczywiście – na pytania, które dotyczą także tego. Dziękuję bardzo.