Menu rozwijane

02 stycznia 2026

Piotr Legutko: Panie Prezydencie, ponieważ to pierwszy numer „Gościa Niedzielnego” z datą 2026, chciałbym zacząć od pytania o szanse i zagrożenia, które mogą się pojawić w tym roku. Prawie cały wywiad będzie o zagrożeniach, to może zaczęlibyśmy od szans?

Prezydent Karol Nawrocki: Myślę, że jedną z istotnych szans dla Polski w roku 2026 jest udział w szczycie G20, do którego zostaliśmy zaproszeni przez prezydenta Donalda Trumpa. Mam też nadzieję, że w tym roku obecnej koalicji rządowej nie uda się jeszcze bardziej zdewastować finansów publicznych. W G20 dostrzegam wielką szansę dla polskich przedsiębiorców, a w projektach ustaw, które złożyłem i które obecnie leżą w Sejmie, widzę szansę na uczciwą dystrybucję środków finansowych oraz wykorzystanie istniejących perspektyw rozwojowych. Mimo wszystko patrzę na rok 2026 z optymizmem. I już nie w kategoriach szans, ale naszych obowiązków. Wierzę także, że będzie to kolejny rok pokoju i bezpiecznej Polski.

Na razie wszystkie projekty, które Pan przygotował, są blokowane, a zawetowane ustawy wracają do Pana bez zmian.

Ta taktyka, która jako prezydenta Polski szczególnie mnie martwi, ma perspektywę wąską, partyjną, a nie państwową. Niestety obecnie rządzący żyją bardziej w logice bieżącej pragmatyki politycznej, a czasem wręcz twitterowej, niż w rzeczywistości realnych, systemowych rozwiązań. Dobrym przykładem jest Centralny Port Komunikacyjny, który ma zostać przemianowany na Port Polska. Zamiast realnych działań wokół wielkiego projektu, który miał wyzwalać nadzieję, innowacyjność i przełamanie gospodarcze, otrzymujemy rebranding. W tym wszystkim chodzi raczej o efekty sondażowe i cementowanie własnego elektoratu niż o rzeczywistą troskę o Polskę.

W tej twitterowej rzeczywistości to Pan jest hamulcowym rozwoju Polski, nadużywającym instytucji weta.

Spójrzmy na statystykę ustaw trafiających z Parlamentu do Pałacu Prezydenckiego. Ona się bardzo dynamicznie zmienia, ale do chwili, gdy rozmawiamy, podpisałem 132 ustawy, a zawetowałem 20. Weta dotyczyły aktów prawnych, które stanowiły zagrożenie dla obywateli lub zostały wadliwie przygotowane pod względem prawnym. Ustawy, które są dobre dla Polski, niezależnie od tego, jakie środowisko je przygotowywało, podpisuję. I myślę, że tego mógłby się nauczyć nowy marszałek Sejmu: dobre rozwiązania powinny przynajmniej zostać poddane rzeczowej dyskusji w polskim parlamencie. Marszałek nie ma konstytucyjnego prawa weta, więc może tylko „mrozić” projekty. Problem w tym, że ta sejmowa zamrażarka jest dziś wyraźnie przepełniona.

Weto Pana Prezydenta do ustawy oświatowej zostało przyjęte z ulgą. I, co ciekawe, ponad podziałami. Mimo to Ministerstwo Edukacji chce wdrażać zawetowane zmiany. Co w tej sytuacji można zrobić?

Żyjemy, niestety – mówię to ze smutkiem – w Polsce, w której większość rządząca próbuje obchodzić zarówno porządek konstytucyjny, jak i ustawowy. Znamy już praktyki, w których uchwałom próbuje się nadawać rangę ustaw. Nie wiem, jak daleko pani minister Nowacka posunie się w obchodzeniu porządku prawnego w Polsce, ale ja jako Prezydent zawetowałem tę ustawę, wsłuchując się w głos rodziców i nauczycieli. W Kancelarii Prezydenta odbyło się bardzo duże spotkanie z udziałem przedstawicieli kilkudziesięciu środowisk oświatowych. Wczytałem się w głos samorządów pracowniczych, dyrektorów szkół, ludzi reprezentujących różne środowiska i różne strony sceny politycznej. Sam również bardzo dokładnie przeanalizowałem tę ustawę i wiem, że nie jest ona przygotowana do wdrożenia. Nie przewidziano żadnych programów pilotażowych, dzieci byłyby narzędziem w chaosie zmian. Mówię teraz o metodyce, ale największym zagrożeniem jest kierunek działań pani minister. Zostałem Prezydentem po to, aby nie ideologizować polskiej szkoły, nie zmieniać programów nauczania w taki sposób i nie dążyć do centralizacji decyzji w obszarze edukacji.

Czy nie obawia się Pan, że będziemy mieli w tym roku próbę zmieniania polskiej konstytucji metodą faktów dokonanych, np. w oparciu o wyroki TSUE, jak w kwestii uznawania zawartych w innym kraju związków osób tej samej płci? Co strażnik konstytucji może zrobić w jej obronie?

Małżeństwo, zgodnie z polską konstytucją, jest związkiem kobiety i mężczyzny. Strażnik konstytucji ma przede wszystkim obowiązek jasno i głośno powiedzieć Unii Europejskiej, Komisji Europejskiej, przewodniczącemu TSUE oraz całej opinii publicznej, że konstytucja jest najważniejszym prawem, ustawą zasadniczą, która obowiązuje wszystkich w Polsce. W żadnym z traktatów, do których Polska przystępowała, wchodząc do Unii Europejskiej, nie wyrzekliśmy się własnej konstytucji. Dlatego będę – oczywiście w ramach swoich kompetencji i możliwości – konsekwentnie pełnił funkcję strażnika konstytucji i nie pozwolę, także na arenie międzynarodowej, na podważanie zasadniczej ustawy Rzeczypospolitej.

Czy są jakieś próby konsultowania projektów ustaw, zanim zostaną uchwalone przez Parlament, by uniknąć weta? Czy ktoś już rozmawiał z Kancelarią Prezydenta o ustawie medialnej?

Tu mogę zabrzmieć nieco bardziej optymistycznie. Widać efekty konsekwentnego realizowania agendy prezydenckiej. Tak, odbywają się spotkania z przedstawicielami różnych środowisk. Jedne bardziej chcą dyskutować, inne nie. Polska scena polityczna wyraźnie dzieli się na tych, którzy chcą rozmawiać, oraz na takich jak marszałek Czarzasty czy – bardzo często – premier Donald Tusk, którzy wychodzą z założenia: skoro Prezydent nie podpisał, to wyślemy mu tę samą ustawę raz jeszcze. A przy okazji nastraszymy, rozpętamy burzę medialną i tak go spróbujemy przycisnąć, że w końcu ją podpisze.

Nie ma innego wyjścia, skoro Prezydent ponoć nie odbiera telefonu od premiera.

To akurat dość zabawna sytuacja, bo gdy o tym przeczytałem, od razu sprawdziłem, czy premier rzeczywiście do mnie dzwonił. Nie dzwonił, więc faktycznie nie odebrałem telefonu. Są tacy, którzy stosują zasadę: „podpisuj i nie dyskutuj”. Ale są też środowiska, które chcą rozmawiać. Przykładem może być bardzo długa i merytoryczna rozmowa dotycząca Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry z minister Hennig–Kloską. Trwają rozmowy z moimi ministrami także na temat ustawy medialnej. Toczą się dyskusje o statusie osoby najbliższej. Jeśli można pomóc ludziom, niezależnie od kontekstu emocjonalnego czy głębiej, osobistego, to jesteśmy gotowi do dyskusji. Przy jednym twardym założeniu: małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. Są już efekty konsekwencji w odrzucaniu złego. Na przykład zawetowałem ustawę Prawo o ruchu drogowym, do której dorzucono podczas prac w komisji sejmowej przepisy uderzające w rozwój przewozów autobusowych na terenach wiejskich. Ustawa wróciła poprawiona, bez tego przepisu, i została przez mnie podpisana. Podobnie było z wetem do ustawy o Ukraińcach w Polsce. Udało się doprowadzić do tego, że świadczenie 800 Plus przysługuje wyłącznie pracującym obywatelom Ukrainy. Była także ustawa o mrożeniu cen energii elektrycznej z dołączoną „wrzutką” dotyczącą wiatraków. Zawetowałem ją i do podpisu trafiła wyłącznie regulacja dotycząca mrożenia cen energii elektrycznej.

Przy okazji wyprowadzania z Pałacu okrągłego stołu ogłosił Pan, że skończył się w Polsce postkomunizm. Czy to nie była prowokacja, skoro widzimy, że postkomunizm właśnie wraca?

Na pewno postkomunizmu nie ma już w Pałacu Prezydenckim. Oczywiście był to moment symboliczny i ważny. Faktem jest, że postkomunista pełni dziś funkcję marszałka Sejmu, a więc jest drugą osobą w państwie. To pokazuje, jak działają mechanizmy partyjne i polityczne. Jestem wobec nich krytyczny – nie odpowiada mi sytuacja, w której postkomuniści wracają na ważne stanowiska. Mam jednak poczucie, że nowe pokolenia naprawdę chcą przestać żyć w cieniu postkomunistycznego paździerza. Mamy zdolnych, młodych ludzi, urodzonych w latach 90., a tymczasem powracają zmory dawnych, nieczytelnych układów. Jesteśmy gotowi do tego, aby wchodzić w XXI wiek bez komunistycznych obciążeń. Okrągły stół trafił do muzeum, bo przypomina o istotnym wydarzeniu historycznym, ale nie jest meblem, który powinien kształtować przyszłość państwa. Nie jest symbolem, który powinniśmy idealizować czy eksponować w Pałacu Prezydenckim.

Czy nie jest tak, że linie podziału w Polsce, te realne, są zupełnie inne niż te opisywane językiem polityki? Że coraz ważniejszy jest podział pokoleniowy albo podział „góra–dół”, jeśli chodzi o piramidę społeczną? Pańska diagnoza jest moim zdaniem trafna.

Jeśli przeanalizujemy wynik wyborów prezydenckich, to zobaczymy, że nie było tam klasycznego starcia między prawicą a lewicą. Kandydat konserwatywny dostał około 400 tys. głosów identyfikowanych ze środowiskami lewicowymi. Nie jest też czymś typowym, że kandydat konserwatywny dominuje w grupie młodych wyborców. Po 36 latach od rozpoczęcia transformacji ustrojowej wciąż pozostajemy w podziałach prawica– lewica, konserwatyści kontra liberałowie – jakkolwiek by je nazwać. Ale obok tych klasycznych linii podziału coraz wyraźniej widać inne: podział pomiędzy konkretnymi grupami społecznymi, między wielkimi aglomeracjami a ludźmi przywiązanymi do tradycji i do lokalnej tożsamości, żyjącymi w średnich i mniejszych miejscowościach. Pewną nowością jest też zmiana pokoleniowa. Z całego serca chciałbym reprezentować młodych ludzi, którzy myślą o Polsce stabilnej, z jednej strony opartej na fundamentach tożsamościowych, z drugiej strony odważnie czy wręcz zuchwale patrzącej w przyszłość. Dziś jesteśmy bezbronni bez młodego pokolenia. To prawda, że młodzi uczą się od starszych, ale rozwój nowych technologii sprawił, że i my uczymy się zupełnie nowych rzeczy od młodych. Widać to w relacjach wnuków z babciami i dziadkami – zaczynamy funkcjonować w pewnej symbiozie doświadczeń. Patrząc na polską politykę, mam wrażenie, że w krótkim czasie może się ona zupełnie zmienić. Może dlatego, że nigdy nie byłem członkiem żadnej partii politycznej.

Skoro polska scena polityczna nie odwzorowuje tych podziałów, czy jeszcze w tym roku może nastąpić jakaś jej dekonstrukcja?

Uważam, że dekonstrukcja powinna dotyczyć przede wszystkim zmiany rządów, które dziś po prostu szkodzą Polsce. I w tej opinii jestem w mainstreamie. (śmiech) Gdy czytam wszystkie analizy, widzę, że Polacy są niezadowoleni z rządu i z premiera. Zamiast realnej pracy mamy nieustanne „rozliczenia” – takie, które mają przede wszystkim odciągnąć uwagę opinii publicznej od rzeczywistych problemów.

I które – na przykład – paraliżują pomoc z Funduszu Sprawiedliwości dla ofiar przestępstw.

Paraliżują już w zasadzie wszystko. Widzimy, że Fundusz Sprawiedliwości nie realizuje tych celów, do których został powołany. Widzimy paraliż służby zdrowia, dramatyczną dziurę budżetową, a jednocześnie wciąż żyjemy igrzyskami fundowanymi przez rząd. Tymczasem ludzie – odnosząc się do klasyki gatunku – chcą chleba. Potrzebujemy efektywnego rządu, który potrafi wykorzystać wielką szansę, jaką są doskonałe relacje ze Stanami Zjednoczonymi oraz podejmowane właśnie próby reformy Unii Europejskiej. Naszą realną szansą jest także wzmocnienie formatów, które są bardzo ważne dla Polski: Grupy Wyszehradzkiej, Bukaresztańskiej Dziewiątki, Inicjatywy Trójmorza, współpracy z państwami skandynawskimi oraz budowania osi Północ–Południe. Pięć miesięcy poświęciłem na budowanie silnego głosu naszego regionu.

Słychać ten głos też w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych. Jest ona odbierana jako wręcz niebezpieczna dla Polski albo właśnie jako pokazująca nowy, korzystniejszy dla nas układ sił.

Strategia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych nie jest zaskoczeniem. Natomiast w odniesieniu do Unii Europejskiej stanowi ona powtórzenie diagnoz, o których mówimy od wielu lat. Jestem zwolennikiem obecności Polski w Unii Europejskiej, ale jednocześnie zdecydowanym przeciwnikiem jej ideologizacji, procesów migracyjnych, które ją niszczą, oraz szaleństw Zielonego Ładu. I właśnie w amerykańskiej strategii bezpieczeństwa możemy jak w lustrze zobaczyć odbicie realnych problemów, z którymi zmaga się Unia Europejska. Zgadzam się również z tym, że ta strategia stwarza szansę dla naszego regionu. Tam wprost pada, że Europa Środkowa to rejon zdrowych państw, przywiązanych do swojej tradycji, tożsamości, gotowych do obrony własnych granic, a zarazem odpornych na destrukcyjne procesy Europy Zachodniej. W Rydze mówiłem o tym bardziej kolokwialnie: my po prostu nie mamy czasu na to, żeby zajmować się wariactwami ideologicznymi Unii Europejskiej, ponieważ odpowiadamy za bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO. Co więcej, mówiłem wprost Emmanuelowi Macronowi czy kanclerzowi Merzowi: ja po to zostałem prezydentem Polski, żeby nie powtarzać błędów, które popełniły inne państwa, ale skupić się na kwestiach istotnych, zasadniczych dla przyszłości Polski i Europy Środkowej. Nie jest to próba polexitu, ale zwrócenia uwagi na kwestie, które są fundamentalne dla naszego regionu.

Czy z końcem ubiegłego roku mieliśmy do czynienia z nowym otwarciem w relacjach z Ukrainą?

Głęboko wierzę, że tak jest. Przyjazd prezydenta Zełenskiego do Warszawy jest dowodem na to, że Ukrainie zależy na dobrych relacjach z Polską. Nasz wspólny, strategiczny interes w obliczu zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej jest oczywisty – i jest to jedna z niewielu spraw, które łączą mnie, premiera Donalda Tuska i obecnie rządzących. Nowe otwarcie powinno jednak oznaczać relację partnerską. Partnerstwo widać w moich kontaktach z prezydentem Zełenskim, ale po raz pierwszy padają też konkretne oczekiwania strony polskiej wobec Ukrainy. Uważam, że moim obowiązkiem jako prezydenta Polski jest mówić głosem Polaków, niezależnie od tego, czy rozmawiamy z Ukrainą, Niemcami, czy Izraelem. Są sprawy niezałatwione w relacjach z Ukrainą i w ramach naszego partnerstwa domagam się zajęcia się nimi. Wizyta prezydenta Zełenskiego oraz jego wypowiedzi pokazują, że po stronie ukraińskiej jest dobra wola. Mam nadzieję, że wkrótce zacznie ona przekładać się na konkretne działania.

Dała się jednak odczuć polska różnica w podejściu – czego możemy, a czego nie możemy domagać się dziś od Ukrainy.

Nie podzielam takiego rozumienia naszej polityki, nie wchodząc w emocje partyjne czy środowiskowe, w którym mielibyśmy rezygnować z własnych celów lub prawa do negocjacji z innym państwem, nawet w trudnych momentach. Polska ma swoje zasadnicze interesy, a partnerstwo polega na tym, że nawet jeśli idziemy razem, to możemy po drodze uzgadniać, jak wyglądają nasze wzajemne relacje. Taką politykę prowadzą wszystkie państwa europejskie, nie tylko te największe. Widzimy, że nawet sojusznik Ukrainy, jakim jest Rumunia, potrafił skutecznie upomnieć się o los mniejszości rumuńskiej na Ukrainie i przyniosło to oczekiwane efekty. Myślę, że Polacy chcą mieć prezydenta, który mówi głosem ich potrzeb, nie zmieniając jednocześnie architektury bezpieczeństwa w regionie i na świecie.

Czego życzyć Prezydentowi w nowym roku i o co dla niego się modlić?

Pragnę jeszcze raz podziękować tym, którzy za mnie się modlą, i tym, którzy modlili się za mnie w czasie kampanii wyborczej. To było dla mnie naprawdę bardzo ważne. A w roku 2026 trzeba się modlić przede wszystkim za Polskę!