Menu rozwijane

19 kwietnia 2024

Szanowni Państwo!

Jestem zaszczycony, że mogę przemawiać przed tak znamienitą publicznością. Doceniam fakt organizacji tego spotkania i Państwa inicjatywę. Cieszę się również, że współorganizatorem wydarzenia jest Polski Instytut Spraw Międzynarodowych.

Tytuł seminarium „Bezpieczeństwo transatlantyckie w cieniu rosyjskiej długiej wojny” jest dla mnie znaczący.

Niestety, mroczny cień agresji Rosji na Ukrainę kładzie się nie tylko na bezpieczeństwie transatlantyckim, ale także rozciąga się na cały globalny system bezpieczeństwa.

Rozpoczynając pełnoskalową inwazję na Ukrainę, Rosja zrobiła to, co Putin zapowiedział bardzo dawno temu, m.in. w swoim przemówieniu wygłoszonym przed zachodnimi przywódcami w Monachium siedemnaście lat temu. Rzeczywiście, Szanowni Państwo, już siedemnaście lat temu Władimir Putin powiedział nam, kim naprawdę jest i jakie dokładnie ma plany. Niestety, nikt na Zachodzie nie potraktował wówczas jego słów poważnie. Proszę sobie przypomnieć, że w lutym 2007 roku Putin stał w monachijskim hotelu Bayerischer Hof i przez pół godziny oskarżał Stany Zjednoczone i kraje Zachodu o stworzenie jednobiegunowego świata, „w którym jest tylko jeden pan, jeden suweren”. 

Twierdził, że „w ostatecznym rozrachunku jest to destrukcyjne”. Punktem kulminacyjnym jego przemówienia był wniosek, że Wolny Świat nie ma dla Rosji żadnego znaczenia ani wartości. To właśnie wtedy Władimir Putin publicznie zakwestionował całą architekturę bezpieczeństwa ustanowioną po zimnej wojnie i ogłosił jej zniszczenie.

ENGLISH VERSION >>

Tak uczynił 24 lutego 2022 r., rozpoczynając inwazję na Ukrainę. Zrobił dokładnie to, co zapowiedział w Monachium. Moment ten był szokiem dla wielu przywódców, którzy włożyli wiele wysiłku we współpracę, aby włączyć Rosję do pozimnowojennego globalnego systemu bezpieczeństwa. Przez lata Rosja była nie tylko traktowana jak „normalny” kraj, ale zrobiono wiele, aby zapewnić jej honorowe miejsce w licznych międzynarodowych organach, które decydują o przyszłych losach świata.

Z bardzo gorzką satysfakcją mogę powiedzieć, że Polska nie znalazła się wśród krajów, które były zszokowane. Ostrzegaliśmy i przewidywaliśmy taki scenariusz od wielu lat.

Kiedy w 2008 roku Gruzja stanęła w obliczu rosyjskiej agresji, śp. Lech Kaczyński – ówczesny Prezydent Polski – wypowiedział na wiecu w Tbilisi prorocze słowa. Powiedział: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze kraje bałtyckie, a później może czas na mój kraj, Polskę”, nikt na Zachodzie go nie słuchał. Dziś jego słowa nabierają znaczenia. I coraz częściej słyszymy z ust najważniejszych polityków Wolnego Świata, że rośnie ryzyko dalszego imperialnego marszu na kraje wschodniej flanki NATO – w tym przede wszystkim na Polskę i kraje bałtyckie.

Proroczy charakter słów prezydenta Kaczyńskiego nie był dziełem przypadku. Wynikał on z bardzo złożonych doświadczeń historycznych Polaków.

Znamy Rosję bardzo dobrze, mentalność jej władz i ich modus operandi. Moskiewski imperializm narodził się w XV wieku i od tego czasu niewiele się zmienił. Rosyjski imperializm w czasach carów, w epoce sowieckiej i dziś oznacza to samo. Jego istotą jest permanentna ekspansja terytorialna kosztem sąsiadów – na Zachodzie, Południu i Wschodzie – ewentualnie sprowadzenie ich do roli poddanych i zdominowanie. To rodzaj bardzo brutalnego i intensywnego kolonializmu realizowanego blisko granic Rosji. Musimy zdać sobie sprawę, że skoro ta polityka trwa nieprzerwanie od setek lat, to prawdopodobnie nie zmieni się po odejściu Władimira Putina z Kremla. Pojawienie się kolejnego „imperatora” jest tylko kwestią czasu.

Prawdziwym problemem nie jest bowiem ten czy inny władca na Kremlu, ale imperialna mentalność narodu rosyjskiego. I właśnie dlatego musimy wygrać na froncie. Jeśli mamy nadzieję na jakiekolwiek zmiany w Rosji, musimy doprowadzić do jej wyraźnej porażki militarnej. Rosjanie znają wyłącznie język siły i wyłącznie taki język rozumieją. Niestety, nie przejmują się oni zbytnio zachodnimi sankcjami i obniżającym się standardem życia. Mają wystarczająco dużo zgromadzonych sił i zasobów, aby kontynuować długą wojnę na wyniszczenie. Jest to jeden z celów Kremla – wplątanie całego świata zachodniego w bardzo długą wojnę i wyczerpanie naszych społeczeństw inflacją, nowymi falami uchodźców i nagłymi wzrostami cen energii.

Szanowni Państwo!

Przedstawiona powyżej teza oznacza dla nas tylko jedno – musimy jak najszybciej dostarczyć Ukrainie broń. Broń, która realnie pozwoli wyprzeć rosyjskich okupantów z ukraińskiej ziemi.

Ponadto musimy konsekwentnie i szybko zwiększać nasze siły i potencjał wojskowy NATO jako całości. To jedyny skuteczny sposób odstraszania Rosji i działanie prewencyjne. Rosja bowiem nigdy nie atakuje tych, którzy są silni!

Musimy zdać sobie sprawę, że najbardziej realistycznym scenariuszem dla zapewnienia Ukrainie zwycięstwa w długotrwałej wojnie, jest rozwinięcie zdolności bojowych w najbardziej przemyślany i skuteczny sposób. Do tego niezbędna jest odpowiednia baza przemysłowa – także ta związana z produkcją broni i amunicji. Zachód ma w tym względzie wiele luk do wypełnienia. Musimy zapewnić, że nasza własna baza przemysłowa możliwie najszybciej osiągnie pełną gotowość i musimy zwiększyć nasze zdolności produkcyjne.

Myślę, że Zachód zaczął przeprowadzać „operację zmiany kursu” w swojej strategii geopolitycznej. Jednak, podobnie jak w przypadku dużych statków, taki ruch wymaga czasu. Teraz musimy przyspieszyć i opracować skuteczną strategię działania. W tym kontekście bardzo ważne będą wyniki zbliżającego się jubileuszowego szczytu NATO w Waszyngtonie. 

Szczyt musi jasno zademonstrować gotowość Sojuszu do kolektywnej obrony. 

Jednocześnie powinien on przynieść widoczny postęp w rozwoju stosunków NATO–Ukraina. NATO powinno odegrać znacznie większą rolę we wspieraniu Ukrainy. Oczekujemy również, że Sojusz podejmie prace nad stworzeniem nowej strategii wobec Rosji – takiej, która będzie miała na celu jej powstrzymanie. Będziemy o tym rozmawiać na szczycie w Waszyngtonie i mam nadzieję, że zapadną konkretne decyzje w tej sprawie.

Szanowni Państwo!

Chcę podkreślić, że Polska wierzy w Sojusz Północnoatlantyckie jako główny filar bezpieczeństwa światowego, jako wspólnotę wolnych państw, opartą na uniwersalnych wartościach. Wierzymy że, pomimo poważnej sytuacji na Ukrainie i wynikających z niej zmian dla globalnego bezpieczeństwa, nic nie jest jeszcze przesądzone. Wierzymy także w fundamentalną zasadę Paktu Północnoatlantyckiego – w zasadę solidarności i jedności: „jeden za wszystkich i wszyscy za jednego”.

Właśnie teraz, na naszych oczach, zachodzą globalne zmiany. Sojusz Północnoatlantycki nie może sobie pozwolić na bycie biernym obserwatorem. Musimy wszyscy indywidualnie, ale zarazem kolektywnie, budować potężne siły zbrojne, bo to zaowocuje zbiorowym bezpieczeństwem Sojuszu.

Dlatego podczas mojej tegorocznej wizyty w Waszyngtonie, która miała miejsce w marcu zaproponowałem, aby wszyscy członkowie NATO podjęli wspólną decyzję o zwiększeniu swego budżetu na obronę z 2% do 3% PKB – podobna strategia w czasie zimnej wojny została zwieńczona zwycięstwem.

Jestem przekonany, że taki fundamentalny krok w obecnych czasach zapewni nam również bezpieczeństwo na całym obszarze euroatlantyckim. Uważam, że ta kwestia powinna zostać omówiona na lipcowym szczycie NATO w Waszyngtonie. Z zadowoleniem przyjmuję pozytywne reakcje na moją propozycję, które do tej pory do mnie napłynęły.

Pamiętajmy, że Kreml przestawił swoją gospodarkę na tryb wojenny, w czasach gdy regiony Bliski Wschód i Pacyfiku targane są kolejnymi napięciami. Dlatego dziś musimy być odważni i bezkompromisowi.

Polska, jak mało który kraj na świecie wie, że bezpieczeństwo ma swoją cenę, dlatego przeznacza ponad 4 proc. PKB na utrzymanie i modernizację sił zbrojnych. W 2014 r. członkowie Sojuszu zobowiązali się do zwiększenia wydatków wojskowych do 2% PKB. To wystarczyło 10 lat temu, ale dziś już nie wystarczy. 

Jesteśmy NATO! Razem jesteśmy silniejsi!

Może Cię zainteresować Kanada. Spotkania Prezydenta RP w Vancouver [PL/EN]