Panie Prezydencie, rozmawiamy dosłownie kilkanaście minut po ogłoszeniu przez Pana terminu wyborów parlamentarnych. Startuje tym samym kampania wyborcza. Jakiego jej przebiegu Pan by sobie życzył?
Przede wszystkim chciałbym merytorycznej kampanii na programy, abyśmy uniknęli bezpodstawnych, niepotrzebnych oskarżeń, nie mówiąc oczywiście o wzniecaniu nienawiści, z czym niestety miewamy do czynienia. Nie życzyłbym sobie także, by w polskie wybory wtrącały się jakiekolwiek osoby z zagranicy. Chciałbym, aby ta nasza, wewnętrzna, polska sprawa, jaką są wybory, została załatwiona zgodnie z zasadami kultury politycznej, dobrego obyczaju i rozmowy o pomysłach, ale też o osiągnięciach. O rzeczywistych zasługach dla Polski.
Czy dobrze z Pana słów odczytujemy, że kończąca się właśnie „prekampania” taka nie była?
Tak, mówię bowiem o rozgrzewającej się przez ostatnie miesiące scenie politycznej i różnych zjawiskach, które ostatnio obserwowaliśmy. Mam nadzieję, że w kampanii będzie więcej zdrowego rozsądku, refleksji i rzetelności – w słowach i w działaniach.
A dlaczego emocje zostały w tej „prekampanii” rozkręcone tak mocno, że czasem wymykały się spod kontroli?
Po części dlatego, że niektórzy uważają, iż należy właśnie grać na emocjach. Nie mają zahamowań. Nie patrzą, czy to będą pozytywne emocje, czy te złe, byle wywołać skok napięcia. Jak widać, są wciąż gotowi podjąć działania, których skutki trudno przewidzieć, bo nie będą przebierali ani w słowach, ani w czynach.
Ale kampania zawsze wywołuje emocje, one są nieodłącznym elementem tego czasu. Może nie należy od nich uciekać?
Ależ ja wcale do tego nie zachęcam, chodzi mi tylko o to, że merytoryczna dyskusja o programach również może oznaczać żywiołową wymianę zdań i podniesioną temperaturę. Powinniśmy się spierać o to, jak w Polsce powinno być, co jest dla naszej ojczyzny dobre, jak powinniśmy działać, by ona się rozwijała, i jak mamy umacniać naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Wówczas emocje mają wymiar pozytywny.
Słychać głosy, że tegoroczna kampania jest najbardziej brutalna z dotychczasowych. Czy Pan także tak to widzi?
Kampania dopiero się zaczyna, dajmy jej szansę. I dajmy szansę jej uczestnikom na to, aby nie uczynili jej brutalną. Uparcie wracam do tego, że ważne są programy, bo z nich można później polityków rozliczać. Z obelg i ubliżania sobie nawzajem – nie.
Czy 15 października wszystko sprowadzi się do starcia Polski Tuska z Polską Kaczyńskiego?
Pytanie jest nieco podchwytliwe, bo idąc tym tokiem, wykluczalibyśmy z dyskusji innych startujących. Dajmy szansę wszystkim, by zaistnieli w tym wyborczym wyścigu.
Co zdecyduje, że wyborca postawi krzyżyk przy tym, a nie innym, nazwisku kandydata z konkretnej partii?
Mam przekonanie, że zdecydują mądrość i zdrowy rozsądek Polaków. Znamy dzieje swojej ojczyzny, szczególnie z ostatnich 30 lat. Wiemy, czego doświadczyliśmy za jednych rządów; wiemy, co dały nam inne rządy, umiemy porównywać.
Jest Pan pewien, że pamiętamy, co działo się dekadę temu? Że Polacy nie dadzą się nabrać na kłamliwe opowieści?
Polacy są mądrzy. Pamiętajcie Panowie, że ja sam brałem udział w kampanii w 2015 r., w której nie dawano mi prawie żadnych szans. Padły słynne już słowa o zakonnicy, którą na pasach musiałby przejechać ówczesny Prezydent, by ze mną przegrać. A okazało się, że moi rodacy zdecydowali jednak o moim zwycięstwie. I to nie raz, w sumie były to cztery głosowania, dwa razy po dwie tury. Kluczem było prowadzenie poważnej kampanii, nieunikanie trudnych czasem debat i podejmowanie poważnych zobowiązań. Jestem przekonany, że Polacy pamiętają, jak wiele z nich – szczególnie ze strefy społecznej – zostało zrealizowanych wspólnie z rządem Zjednoczonej Prawicy.
A czego Polacy chcą dzisiaj? Myśli Pan, że politycy to wiedzą?
Myślę, że Polacy przede wszystkim chcą porządnej Polski. Chcą żyć w kraju, który się rozwija, który im daje szanse, w którym są bezpieczni. Myślę tu o aspekcie militarnym, który dziś wybija się na pierwsze miejsce. Abyśmy mieli silną i liczną armię, żebyśmy byli stabilną częścią Sojuszu Północnoatlantyckiego i mieli mocne zobowiązania wynikające nie tylko z traktatów, lecz także z faktycznej obecności wojsk sojuszniczych na naszej ziemi. Bezpieczeństwo ekonomiczne i socjalne to również ważny element, chcemy mieć możliwość godnego życia na dobrym poziomie. Aby je zapewnić, politycy powinni dbać o miejsca pracy dla Polaków. W przeważającej części dziełem rozwijających się polskich przedsiębiorców jest tworzenie nowych miejsc pracy. To wszystko są części, które po złożeniu w całość dadzą nam sprawne i dobrze funkcjonujące państwo. Tego chcą Polacy.
Sztab wyborczy Zjednoczonej Prawicy zdecydował, że o kontynuacji swoich rządów będzie opowiadał w bardzo dosadny sposób. Ma być adekwatna reakcja na brudne zagrania opozycji i nazywanie rzeczy po imieniu. W ubiegłym tygodniu wicepremier Jarosław Kaczyński w „Sieci” mówił: „Tusk został wybrany do wykonywania brudnych zadań przez swoich sponsorów, ponieważ jest sprawdzonym w praktyce – powiem to wprost – zdrajcą i można mu zaufać, że znów wyprzeda Polskę bez żadnych wyrzutów sumienia”. Czy taka kampania na ostro to dobry sposób, by trafić do wyborców?
Oczywiste jest to, że w aktywności politycznej, a szczególnie w kampanii wyborczej, należy rozliczać konkurentów z działań lub ich braku. W latach 2007–2014 byłem m.in. posłem, zarówno w polskim Sejmie, jak i w Parlamencie Europejskim, nie tylko więc z bliska obserwowałem życie polityczne, lecz także w nim uczestniczyłem. Pamiętam te burzliwe debaty, pamiętam decyzje, które były podejmowane przez ówczesny rząd Donalda Tuska, a potem Ewy Kopacz. Nie zgadzałem się z tym, jak traktowano wtedy Polaków. Niejednokrotnie występowałem w Sejmie, protestując choćby ws. oszustwa Amber Gold, do jakiego wtedy dopuszczono, przeciwko likwidacji polskich stoczni czy innych gałęzi polskiego przemysłu. Protestowałem i wspierałem działania blokujące możliwość sprzedaży elementów przemysłu chemicznego. Broniliśmy wtedy polskich firm przed sprzedażą m.in. podmiotom rosyjskim.
To może wrócić, gdy wygrają przeciwnicy Zjednoczonej Prawicy?
Jeżeli weźmiemy pod uwagę dotychczasową działalność Donalda Tuska i jego ugrupowania, to myślę, że takie obawy są zasadne.
Czyli powinna to być poważna kampania o poważnych sprawach?
Ta kampania jest bardzo ważna, – bo w istocie sprowadza się do pytania, jaka polityka będzie realizowana w Polsce przez kolejne lata. Czy będziemy mieli do czynienia z kontynuacją i tym trendem umacniania państwa w wielu obszarach, który ja także realizowałem przez ostatnie osiem lat? A może będzie to polityka inna, która sprowadza się do myślenia na zasadzie „po co nam lotnisko, skoro jest lotnisko w Berlinie”?
My z kolei wracamy do wizji Polski Tuska, który – chyba licząc na naprawdę krótką pamięć Polaków – opowiada niestworzone rzeczy: że Caracale to świetne śmigłowce, które by nam pomogły strącać białoruskich intruzów, albo o pieniądzach z OFE, że on je w zasadzie uratował. Jak tak można?
Jest taka książka „Nowe kłamstwa w miejsce starych” Anatolija Golicyna, majora KGB, który zbiegł na Zachód. To opowieść o sowieckiej strategii dezinformacji, która polega m.in. właśnie na odwracaniu faktów o 180 stopni i nadawaniu im nowego znaczenia.
Co będzie, jeśli Tusk wygra wybory? W kontekście współpracy z głową państwa on sam mówi, że „panu prezydentowi zmięknie rura”...
Pozwolą Panowie, że nie będziemy schodzili na ten poziom dyskusji. Jako Prezydent Rzeczypospolitej zajmuję się poważnymi sprawami, w tym przede wszystkim bezpieczeństwem moich rodaków. Jak Polacy to oceniają, pokazały wybory w 2020 r., w których zagłosowało na mnie prawie 10,5 mln osób. A odpowiadając panu Tuskowi, chciałbym mu przypomnieć, że kampanię najpierw trzeba wygrać. Miał okazję w ostatnich wyborach prezydenckich, ale z jakichś powodów nawet nie spróbował.
Manfred Weber, przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej, a więc w skali europejskiej przełożony Donalda Tuska, w telewizji ZDF mówi otwarcie, że dla niego PiS w Polsce jest wrogiem, który będzie przez EPL zwalczany. Jak Pan odbiera takie słowa niemieckiego polityka na starcie kampanii wyborczej w naszym kraju?
To jest tak szokujące, że aż zapiera dech w piersiach. Jak ktoś z zagranicy może ośmielać się tak otwarcie ingerować w proces wyborczy w Polsce, w decyzje, które podejmują Polacy? Ale z drugiej strony przyjmuję to z pewnym uśmiechem, bo znam naturę Polaków i wiem, jak jesteśmy przekorni.
Opozycja szykuje wielką akcję pilnowania wyborów. Sugeruje, że coś niedobrego może się wydarzyć, a niektórzy nawet domagają się misji obserwacyjnej OBWE w Polsce. Czy ma Pan jakieś obawy o uczciwość tych wyborów?
Gdy słucham tego, co ostatnimi czasy mówią politycy obecnej opozycji, a zwłaszcza jeden z nich, to myślę, że może dobrze, by ta misja była. Ponieważ twierdzenie, że wybory sprzed lat – wobec których nie było żadnych wątpliwości, a ich wynik został ogłoszony przez PKW i zatwierdzony przez Sąd Najwyższy – były sfałszowane, jest być może przygotowaniem do podważenia wyniku wyborów, które przed nami.
Mówi Pan o Donaldzie Tusku, dla którego „ moralnym zwycięzcą” wyborów prezydenckich z 2020 r. jest Rafał Trzaskowski – jak usłyszeliśmy podczas jednego z wieców.
Jeśli misja OBWE pojawiłaby się w Polsce, to o wiele trudniejsze byłoby dokonywanie takich manipulacji. Bo czym innym, jeśli nie manipulacją, jest podważanie przez obecną opozycję wyników wyborów po kilku latach? Teraz nagle składają jakieś protesty?
To kolejny kampanijny trik?
Tak, to próba przygotowania polskiego społeczeństwa na to, że jeśli oni przegrają, to będą twierdzili, iż wybory zostały sfałszowane. Może więc paradoksalnie ta misja spowodowałaby, że nie uda im się zmanipulować opinii o polskich wyborach. To są dwie różne rzeczy: realny wynik i komunikat, który oni będą chcieli wysłać w świat. Znakomicie wiemy, że co innego się w Polsce dzieje, a co innego się mówi za granicą. Właśnie ci ludzie – obecna opozycja – biorą w tym udział. To oni oczerniają Polskę, chociażby w Parlamencie Europejskim. Ta polityczna gra jest bezwzględna, strona liberalno–lewicowa przez dekady umacniała swój stan posiadania w różnych instytucjach europejskich, z sądownictwem włącznie, i teraz mamy tego efekty.
Czy zorganizowanie wraz z wyborami referendum ws. nielegalnych migrantów jest dobrym pomysłem? Urzędnicy z Brukseli co prawda wzbraniają się przed zapisaniem tego w dokumentach, ale ustnie zapewniają nas, że przyjęcie Ukraińców zwolni nas z obowiązku udziału w relokacji lub z karnej opłaty za nieprzyjęcie imigrantów. Mamy w to wierzyć?
A ja bym wolał, żebyśmy mieli twardą wypowiedź polskiego społeczeństwa, podjętą demokratycznie w bezpośrednim głosowaniu, jakim jest referendum. Wyrażona w ten sposób wola Polaków jest swego rodzaju legitymacją dla rządzących, którzy mogą powiedzieć, że tę wolę realizują i koniec, jest po dyskusji. Już kilka lat temu, gdy po raz pierwszy pojawił się w Unii Europejskiej problem siłowej relokacji imigrantów, mówiłem, że Polacy powinni się na ten temat wypowiedzieć. Ja jako prezydent i polski rząd zawsze staliśmy na stanowisku, że możemy się zastanawiać nad przyjęciem kogokolwiek, pod warunkiem że on będzie chciał przyjechać do Polski. Pytałem wówczas światowych przywódców, na jakich zasadach ma się odbyć ta siłowa relokacja. Jak my, będąc częścią Unii Europejskiej i mając otwarte granice, mamy ich tutaj zatrzymać? Mamy zamknąć ich za kolczastym drutem? Proszę zwrócić uwagę, że gdy przy naszej granicy stanęły setki tysięcy uchodźców wojennych z Ukrainy, nikt nawet przez chwilę się nie zawahał, czy ich przyjąć. Sytuacja ich do tego zmusiła, bo wybuchła wojna, ale oni samodzielnie wybrali Polskę jako miejsce ucieczki. Wiedzieli, że Polacy są narodem o otwartych sercach.
Jaką rolę widzi pan dla siebie w czasie kampanii, gdy polityka i rzeczywistość wokół są tak rozchwiane?
Bardzo ściśle określoną rolę Polacy powierzyli mi, wybierając mnie na urząd Prezydenta, kadencja potrwa jeszcze dwa lata. Mam zamiar konsekwentnie swoje zadania wykonywać. Rolą prezydenta jest przede wszystkim zachęcanie do udziału w wyborach, by Polacy brali odpowiedzialność za ojczyznę w swoje ręce. Ogromnie zależy mi na frekwencji, bo to jest podstawa siły dokonanego demokratycznego wyboru. Jeżeli władza jest wybrana przez znaczny procent uprawnionych do głosowania, to ma o wiele mocniejszą legitymację do podejmowania decyzji w imieniu społeczeństwa, czyli do sprawowania rządów.
Nieodłącznym elementem kampanii wyborczej są sondaże, które od dłuższego czasu są dosyć łaskawe dla Konfederacji. Skąd taka popularność osób, które niekiedy nawet nie ukrywają, że politykę traktują jak żart.
Przede wszystkim prawdziwy sondaż to są głosy wrzucone do urny wyborczej, a później policzone przez komisję. Wszystko, co się dzieje do tego momentu, powinno być traktowane z lekkim dystansem. Natomiast ugrupowania protestu zawsze cieszyły się w Polsce uznaniem pewnej części wyborców i teraz też tak jest.
Jak odbiera Pan zapowiedzi polityków tej formacji, według których nie wejdą w koalicję z żadnym dużym blokiem, lecz będą grać na rząd mniejszościowy, de facto na chaos w państwie, a w efekcie na przyspieszone wybory?
Nie jest dobrą sytuacją dla kraju, za którego granicą w tej chwili toczy się wojna, jeżeli nie ma stabilnej większości parlamentarnej i stabilnego rządu. Taki paraliż i niemożność sprawowania władzy rzeczywiście może skutkować kolejnymi wyborami, a to nie jest bezpieczne dla państwa. To je osłabia. Byłoby bardzo źle, gdyby tak się stało. Zwłaszcza w obliczu tego, co się dzieje na Wschodzie.
Spójrzmy zatem za naszą wschodnią granicę. Na Białorusi znajduje się kilka tysięcy wagnerowców. Powinniśmy się ich bać?
Z całą pewnością trzeba mieć na nich baczenie i zachowywać zdrowy rozsądek.
Co ma Pan na myśli?
Nie wolno lekceważyć tych ludzi, ale nie wolno też podejmować pochopnych decyzji. Nie działać emocjonalnie, impulsywnie, lecz racjonalnie. Współdziałać z sojusznikami, strzec granicy, wzmacniać bezpieczeństwo Polski.
Wiemy, co tam się dzieje, kto jest w tej grupie najemników Putina?
Pamiętajmy, że to jest kilka tysięcy ludzi. Oczywiście w skrajnej sytuacji możemy się spodziewać z tamtej strony różnego rodzaju prowokacji. Zresztą już z wieloma mamy do czynienia. Ale zachowamy spokój, zdrowy rozsądek i głębokie wyrachowanie. Tak działamy od samego początku rosyjskiej agresji na Ukrainę i do tej pory nas to nie zawiodło.
Czy zatem rząd nie przesadza z przykładaniem wagi do Grupy Wagnera? Mamy sporo komunikatów w tej sprawie, skupianie uwagi opinii publicznej. Może wrogowi na tym właśnie zależy? Oni się karmią strachem.
Ostrożności nigdy za wiele. Sam ten temat podejmowałem niedawno na szczycie NATO w Wilnie. Mówiłem naszym sojusznikom: Pamiętajcie, że spodziewamy się w najbliższym czasie przybycia na Białoruś już zapowiedzianych wagnerowców oraz rozmieszczenia tam rosyjskiej taktycznej broni nuklearnej. To realne działania zapowiedziane przez Putina, które wymagają realnej odpowiedzi w postaci wzmacniania potencjału bezpieczeństwa wschodniej flanki Sojuszu.
Jakie są reakcje na takie słowa polskiego prezydenta, zwłaszcza przedstawicieli państw z cieplejszej części kontynentu?
Odpowiedzią są decyzje podejmowane w ostatnim czasie w NATO, czyli wzmacnianie polityki obrony i odstraszania oraz budowanie potencjału szybkiej odpowiedzi na ewentualną próbę agresji.
Opozycja domaga się zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Uważa pan, że to jest dobry moment, by poinformować polityków wszystkich opcji parlamentarnych, co się naprawdę dzieje za naszą granicą, czy te oficjalne komunikaty powinny wystarczyć?
Prezydent zwołuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego wtedy, kiedy potrzebuje konsultacji, bo zgodnie z Konstytucją RBNjest ciałem doradczym prezydenta. Nie widzę w tej chwili potrzeby konsultacji z przedstawicielami sceny politycznej. Odbyłem takową po szczycie NATO, zrelacjonowałem, o czym dyskutowano, również w kuluarach, i wysłuchałem oceny. Problem wagnerowców na Białorusi też wówczas przedyskutowaliśmy.
Mówił Pan o tej mądrej polityce w obliczu wojny. Tymczasem były Minister Spraw Zagranicznych w rządzie Zjednoczonej Prawicy Jacek Czaputowicz mówi o polityce hien, szakali, szmalcownictwa wobec Ukraińców.
To była zadziwiająca wypowiedź. Może Pan Minister zapomniał o pewnych faktach z czasów, gdy sam był ministrem i znał procesy polityczne toczące się od wielu lat.
Premier zapowiedział, że – nawet wbrew decyzji KE – nie zgodzimy się na zniesienie blokady na przywóz ukraińskiego zboża do Polski po 15 września. Jest jakieś pęknięcie w naszych stosunkach z Kijowem?
Nie ma żadnego pęknięcia. Proszę rozróżnić dwie kwestie. Jest oczywiste, że konsekwentnie wspieramy Ukrainę w obronie przed rosyjską agresją. Czytałem np. analizy na temat naszych Rosomaków, które walczą na froncie prowadzone rękami ukraińskich żołnierzy. Skąd one się tam wzięły? To efekt decyzji ostatnio podejmowanych przez polskie władze. Ale drugą sprawą jest – i to nasz najważniejszy obowiązek – pilnowanie interesów Rzeczypospolitej. A zatem obrona rynku wewnętrznego oraz rynku Unii Europejskiej, który się zaczyna u nas. W naszym interesie jest również uznanie prawdy historycznej w przestrzeni między państwami.
A na ile ta wypowiedź Marcina Przydacza, Szefa Pańskiego Biura Polityki Międzynarodowej, o braku docenienia przez Kijów polskiej pomocy, była stanowiskiem Ministra, a na ile Pałacu Prezydenckiego, czyli Pana?
Panu Ministrowi nie chodziło o to, by nasi przyjaciele z Ukrainy codziennie mówili w mediach: „dziękuję, dziękuję, dziękuję”. My to bardzo często słyszymy od zwykłych ludzi i ogromnie to doceniamy. Ale ze strony władz Ukrainy oczekujemy zrozumienia w pewnych kwestiach – także tego, że mamy swoje interesy i zobowiązania.
Jest to zrozumienie?
Bywa różnie. Pamiętajmy, że oni są w szczególnej sytuacji. Dlatego czasem trzeba im powiedzieć: rozumiemy, że walczycie, ale pamiętajcie, że my też obok żyjemy i też mamy swoje zobowiązania wobec polskiego społeczeństwa.
Czyli komuś w Kijowie puściły nerwy w chwili słabości?
Są różne gry interesów. Na Ukrainie też toczy się polityka, też jest wewnątrzpolityczna konkurencja. Nie zawsze wszystko widzimy.
I w tym kontekście interpretuje Pan ostatnią wypowiedź Doradcy Prezydenta Zełenskiego Mychajła Podolaka, który zapowiedział, że do końca wojny będziemy się blisko przyjaźnić, a po wojnie zacznie się między nami konkurencja?
A czy mają Panowie jakieś wątpliwości, że tak będzie? Ja ich nie mam i nigdy nie miałem. Każdy, kto ma pojęcie o polityce, zdaje sobie sprawę z tego, że konkurencja pomiędzy nawet najbardziej ze sobą zaprzyjaźnionymi państwami jest standardowym elementem. Kto będzie pierwszy w jakiejś organizacji, kto będzie miał gdzieś większe znaczenie, kto przyciągnie do siebie inwestora itd. Jesteśmy sąsiadami i mamy świetne relacje z wieloma partnerami, ale konkurujemy ze sobą na przykład w sprawie zagranicznych inwestycji. To normalne.
Co Pan pomyślał, gdy usłyszał, że Bartosz Cichocki – jedyny ambasador, który nie wyjechał z Kijowa po 24 lutego 2022 r. – został wezwany do ukraińskiego MSZ?
Pomyślałem, że grają niepotrzebne emocje.
Rozmawiał Pan o tej sprawie z Prezydentem Zełenskim?
Nie, ponieważ od razu zauważyłem, że nie kto inny, ale właśnie prezydent Zełenski starał się tę sprawę uspokoić, znakomicie ją przeczytał. Uznałem, że nie ma potrzeby, abym z Wołodymyrem teraz rozmawiał na ten temat. Omówimy to osobiście przy najbliższej okazji. Spotkanie bezpośrednie w cztery oczy to co innego niż rozmowa przez jakiekolwiek łącza.
Wróćmy do oczekiwań wobec Ukraińców. Co one oznaczają w polityce historycznej? Czego Panu brakuje?
Fundamentalnym krokiem jest dla nas to, aby każda z ofiar miała swój grób. Dlatego domagamy się możliwości prowadzenia prac poszukiwawczych. Aby można było zidentyfikować szczątki i je godnie pochować, a bliscy mogli zapalić znicz na rodzinnym grobie i się pomodlić.
Mówi Pan o tym od lat. Dlaczego to się nie dzieje?
Bo to jest trudny proces.
A jak długo będziemy musieli czekać, aż ten proces się dokona?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Od początku swojej prezydentury o to się staram. I tak to, co w tej sprawie udaje się uzyskać ze strony prezydenta Zełenskiego – także choćby przez jego obecność ostatnio w Łucku i oddanie hołdu ofiarom – to coś, na co wcześniej nie mogliśmy liczyć. A zabiegałem o to za każdym razem. Chciałbym, abyśmy docenili ten krok ukraińskiego Prezydenta. Kiedyś, gdy składałem kwiaty na polu na Wołyniu przy pozostałościach zniszczonych polskich gospodarstw, byłem sam.
Zaczynają się rozmowy pokojowe. Polska też w nich uczestniczy. To poważne przedsięwzięcie, gdy końca wojny nie widać?
Interes Polski polega na tym, by być przy każdym stole, przy którym toczą się rozmowy na temat przyszłości Ukrainy. Ale jest to także interes Kijowa. Mamy takie, a nie inne, doświadczenia historyczne. Ponad naszymi głowami kiedyś podejmowano decyzje i przez dziesięciolecia z tego powodu cierpieliśmy. Doskonale to pamiętamy i jesteśmy dziś wyczuleni na to, by inni nie zostali oszukani.
W odbudowie Ukrainy też będziemy mieli udział?
Nie da się odbudować Ukrainy bez nas. To my mamy autostradę na Ukrainę, najbliższe lotnisko międzynarodowe, przez nasze terytorium biegną tory kolejowe, którymi dostarczana jest pomoc. Pytanie tylko, jak wielki będzie nasz udział. Mamy dobre doświadczenia choćby ostatnich lat, kiedy tempo budowy dróg w Polsce robi wrażenie na wszystkich, którzy do nas przyjeżdżają. O naszej infrastrukturze słyszymy teraz same superlatywy. Zdrowy rozsądek podpowiada, aby z tego doświadczenia korzystać.
Nie ma Pan wrażenia, że nie wszystkim państwom zależy na tym, aby zakończyć tę wojnę jak najszybciej? Ukraina dostaje po kilkanaście czołgów, a potencjał np. Stanów Zjednoczonych jest o wiełe większy, dysponują tysiącami takich maszyn.
Proszę o to pytać w Waszyngtonie.
My daliśmy tyłe, ile możemy?
Naprawdę bardzo dużo. Przekazaliśmy ponad 300 czołgów, a nie jesteśmy mocarstwem. Niektórym krajom nawet się nie śniło, że mogłyby dysponować taką ilością uzbrojenia. To były poważne decyzje i cieszymy się, że dziś przyjeżdżają do nas czołgi nowej generacji: Abramsy z USA czy K2 z Korei Południowej.
Za nami 6 sierpnia, czyłi zamknięcie ósmego roku Pana prezydentury. Co jest priorytetem w pańskim planie na ostatnie dwa łata kadencji?
Sądzę, że wyraźnie widać, na czym jesteśmy skoncentrowani. Przede wszystkim to bezpieczeństwo Polski, a więc dopilnowanie tego, by zostały wypełnione wszystkie umowy dotyczące wzmacniania naszych sił zbrojnych. Mam też nadzieję na stworzenie nowego systemu dowodzenia naszą armią, który uwzględni wnioski z ostatnich bardzo intensywnych ćwiczeń. Nigdy po '89 roku nie prowadzono ich na taką skalę. Ale też będzie dostosowany do zwiększających się sił zbrojnych, zmian w NATO i nowych zagrożeń. Wiemy, co wymaga poprawek, gdzie należy usprawnić procesy decyzyjne itd. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, to na pewno budowa elektrowni atomowych, kolejnego gazoportu – tym razem pływającego w Gdańsku, ale też rozwój portów w Szczecinie–Świnoujściu i Gdyni. Bardzo liczę na to, że w tych dwóch latach postąpi sprawa budowy czwartego portu RP w Elblągu. Przekopaliśmy Mierzeję Wiślaną po to, by go udrożnić i rozwijać. Dziś można się tylko z politowaniem uśmiechnąć nad wszystkimi, którzy szydzili z tej inwestycji. Bardzo jestem ciekawy, w jaki sposób nasze jednostki morskie dostawałyby się na Zalew Wiślany, gdyby nie ten przekop. Dziś przecież pracuje tam nasza Straż Graniczna, są tam nasze poduszkowce, łodzie, jednostki wojskowe. Jak miałoby to dziś funkcjonować bez tego kanału?
Co poza bezpieczeństwem?
Mam nadzieję, że budowa dróg będzie się toczyła tak jak w tej chwili. To idzie niezwykle sprawnie i budzi podziw. Jesteśmy nawet proszeni przez sąsiadów o podpowiedzi w zakresie realizacji procesów infrastrukturalnych. Patrząc w daleką przyszłość Polski, jest fundamentalnie ważna budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego. Państwo o powierzchni 312 tys. km2, które jest przyczółkiem Zachodu w kierunku wschodnim, początkiem wspólnoty europejskiej, powinno mieć u siebie takie wielkie międzynarodowe lotnisko przesiadkowo–przeładunkowe. Możemy stać się centrum logistycznym, są tym zainteresowani partnerzy m.in. z Azji, w tym Koreańczycy, którzy dalej chcą u nas inwestować i uczestniczą w budowie CPK.
A w odniesieniu do codziennego życia Połaków? Inflacja co prawda spada, ałe wysokie ceny już z nami zostaną.
Czasy sa trudne, dlatego cieszę się, że sytuacja rodzin wychowujących dzieci jest dobrze rozumiana przez rząd, że zdecydowano się na ogromną podwyżkę świadczenia 500+ do 800 zł, a więc o ponad 60 proc. To z całą pewnością konsumuje inflację od 2016 r. Jest to więc nie tylko wyrównanie straty inflacyjnej, lecz realna podwyżka. Oprócz tego musimy cały czas stymulować rozwój. Tu sytuacja wygląda dobrze, chociażby na tle Europy Zachodniej. I tę realizację polskiego interesu trzeba kontynuować. Na szczęście mamy władze, które działają propaństwowo i prorodzinnie.
Widzi Pan już kandydata na swojego następcę?
Na pewno znam takie osoby, które w moim najgłębszym przekonaniu umiałyby dbać o interesy Polski tak, jak powinien to robić Prezydent Rzeczypospolitej. Z drugiej strony proszę też pamiętać, że gdyby w 2013 r. ktoś Panom powiedział, że Andrzej Duda będzie kandydatem w najbliższych wyborach prezydenckich i je wygra, to myślę, że byliby Panowie zaskoczeni. Mój osobisty przykład nakazuje, by być ostrożnym wobec wszelkich spekulacji na dwa lata przed wyborami prezydenckimi.
![01_PAD_wywiad_Sieci_20230808_JSZ_8628.jpg [892.70 KB]](https://www.przyszlosc.pl/storage/image/core_files/2023/8/14/f93fff52281bbca184b626818ce9bc70/jpg/prezydent/preview/01_PAD_wywiad_Sieci_20230808_JSZ_8628.jpg)