Menu rozwijane

04 grudnia 2001
4 grudnia 2001 r. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski spotkał się z przedstawicielami miejscowych władz, parlamentarzystami, oraz studentami Krakowa w Klubie pod Jaszczurami. Zwracając się do zebranych Prezydent RP powiedział m.in.: Witam i dziękuję, że możemy się spotkać. Pozdrawiam wszystkich tutaj zgromadzonych (...) Z Jaszczurami związana jest część mojego życia, życia studenckiego, tu się spotykaliśmy w końcówce lat 70-tych. Było to już dawno, ale pamiętam wtedy bardzo interesujące rozmowy (...). Jaszczury są w mojej pamięci miejscem, które ma swoją rolę i cieszę się, że mogę się spotkać po latach. Jak wygląda sytuacja, jakie są główne zadania, co trzeba robić. Może zacznę od swojego planu bo jestem wyjątkiem na polskiej scenie politycznej, ponieważ nie dość, że jestem prezydentem drugą kadencję, to na pewno jestem prezydentem ostatniej kadencji czego żaden z moich poprzedników nie doczekał. I to są jeszcze 4 lata i kilkanaście dni. Z mojego punktu widzenia w tym czasie, który przede mną i który oczywiście będę wypełniał wraz z obecnym parlamentem, rządem, ale także z nowym parlamentem, który będzie wybrany za 3,5 roku, jeżeli obietnice szybszych wyborów zostaną spełnione, uważam, że te najważniejsze punkty są następujące: po pierwsze, na pewno Unia Europejska. Nie chcę w tej chwili przytaczać całej argumentacji dlaczego Polska powinna być w UE bo to jest dosyć oczywiste. Jakakolwiek alternatywa dla obecności Polski w UE jest bardzo mizerna, niepewna, a nawet bym powiedział, że niebezpieczna. Polska w UE to jest gwarancja obecności wśród tych państw, które mają wszelkie szanse rozwoju, które dysponują tymi samymi prawami, możliwościami i gdyby udało nam się, a twierdzę, że uda się, zrealizować ten plan, który wynika z przyjętych decyzji a więc zakończyć negocjacje do końca 2002 r., zrobić referendum i wygrać referendum w Polsce w październiku, listopadzie roku 2003 i wejść do UE 1 stycznia roku 2004 i uczestniczyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju, czerwcu 2004, to mógłbym powiedzieć, że w jakimś sensie moja rola polityczna, moje zadanie polityczne zostało spełnione, że to o czym myślałem, o czym marzyłem i co uważam dla Polski za najlepsze, zostało zrealizowane. Wokół tego moje wysiłki i wysiłki rządu powinny się skupić w czasie najbliższym. Druga sprawa to jest Wschód. Musimy, i mamy w tym ogromny interes, a przede wszystkim i także możliwości i doświadczenie, musimy wrócić do naszych kontaktów ze Wschodem, do wykorzystania rynków wschodnich, jako istotnych rynków dla polskiej gospodarki. I też uważam, że w tym czasie najbliższych 4 lat to powinna być polityka, która będzie aktywnie prowadzona przez prezydenta, przez rząd. Temu powinna służyć i mam nadzieję, że taka będzie właśnie wizyta prezydenta Putina w połowie stycznia. Niewykluczone, że odwiedzi on jedno z ważnych, historycznych miast na południu Polski. Byłoby ważne, żeby ta wizyta otworzyła nam na nowo kontakty ze Wschodem, przede wszystkim rynek wschodni i żebyśmy mogli wykorzystywać i budować na szczególnych kontaktach ze Wschodem polską pozycję w UE. Dlatego, że Polska w UE dzisiaj nie może liczyć na to, że będzie promotorem najlepszych rozwiązań technicznych i technologicznych, bo ich po prostu nie mamy. Mamy swoje położenie geograficzne, mamy oczywiście swoją bogatą historię, ale przede wszystkim to co może być atutem, to może być swoistą wartością dodatkową w UE, to są właśnie nasze umiejętności współdziałania z partnerami wschodnimi, którzy w UE nie będą. Mówiąc o Wschodzie mówię o Rosji, Ukrainie, Białorusi, mówię również o wszystkich państwach, które będą w tym regionie, a które do Unii nie wejdą. To jest zadanie numer dwa. Zadanie numer 3, to jest oczywiście wyjść z tej zapaści i może to za mocne słowo, z tego kłopotu gospodarczo-finansowego w którym znaleźliśmy się. Niewątpliwie najbliższe 2-3 lata to jest konieczność nie tylko uporządkowania finansów publicznych. Ważne jest, abyśmy naleźli impulsy rozwojowe dla polskiej gospodarki. Proste rezerwy rozwoju polskiej gospodarki, w ogóle Polski, wyczerpały się. To co mogliśmy zrobić po roku 1989, lepiej, gorzej, raczej lepiej, a nawet bym powiedział lepiej, zrobiliśmy. Natomiast dzisiaj to już nie wystarczy. Dzisiaj nie mamy radykalnie niższych kosztów produkowania aniżeli w Europie, bo wszystkie koszty produkcji wzrosły. A zabrakło nam jednocześnie polskiego produktu eksportowego, zabrakło nam odpowiednich pomysłów, sensownego wykorzystania dorobku naukowego, jeśli chodzi o rozwój gospodarczy. Krótko mówiąc, to na co mogliśmy liczyć wyczerpało się, a to co trzeba użyć, jeszcze ciągle przed nami . I to będzie to trzecie wielkie zadanie, które powinniśmy w ciągu najbliższych kilku lat wypełnić. I czwarte, to jest oczywiście wzmacnianie polskiej demokracji. Polska demokracja jest w sumie w formie niezłej, jeżeli patrzymy na całe doświadczenie 12 lat. Gdyby spojrzeć na standardy światowe, czy europejskie, to oczywiście mamy jeszcze ogromną przestrzeń do pokonania. Ale pamiętajmy – Polska rozpoczęła swoją drogę demokratyczną w roku 1989 i jeżeli Austria po dużo dłuższym okresie budowania demokracji Heidera, to nie dziwmy się, że Polska po 12 latach ma Leppera. To nie jest jakaś nadzwyczajna sytuacja, która by musiała w nas powodować szczególne kompleksy. Natomiast na ile ta demokracja jest silna i na ile potrafi przeciwstawić się wszystkiemu co demokrację psuje... a psuje nie tylko język, jaki jest używany w debacie publicznej, język agresywny. Psuje także to, o czym się mówi w tej debacie, korupcja, brak kompetencji, niestałość układów politycznych, tworzenie partii, uciekanie od tych partii itd. To wszystko są elementy niebezpieczne. Natomiast nie są one dramatyczne. To nie jest coś, co ja bym traktował, jako powód do obwieszczenia o upadku polskiej demokracji, bo w moim przekonaniu ta demokracja jest ciągle wystarczająco silna, żeby sobie z tymi problemami poradzić. Gdybym miał się o coś martwić, o co się martwię w rzeczywistości, to jest stan społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. I to jest prawdziwy błąd. Ja do dzisiaj nie mam dobrej odpowiedzi, nie tylko na pytanie, dlaczego w ostatnich wyborach parlamentarnych frekwencja wyniosła 46 z dodatkami procent, ale ja do dzisiaj nie mam odpowiedzi na ważniejsze pytanie: dlaczego frekwencja w pierwszych demokratycznych wyborach w Polsce w roku 1989 czy w roku 1991 to też niewiele ponad 50 proc.. Przyznam szczerze, tego nie rozumiem, a przeczytałem mnóstwo analiz i rozmawiałem z wieloma wybitnymi socjologami, uczonymi na ten temat, bowiem nie zgadzam się z tezą, że Polacy w istocie nie są zainteresowani demokracją, procedurami demokratycznymi. To jest nieprawda. Już dużo bardziej dociera do mnie taka oto uwaga, że Polacy mając do wyboru aktywność publiczną, polityczną jak również gospodarczą, wybierają gospodarczą. Czyli więcej o Polakach świadczy fakt, że w tym okresie od 1989 r. stworzyło się kilka milionów małych przedsiębiorstw aniżeli frekwencja wyborcza. To jest taka optymistyczna interpretacja tego stanu rzeczy i być może coś w tym jest. Natomiast niewątpliwie pytaniem, które jest ogromnie istotne, to jest właśnie dlaczego zainteresowanie, aktywność i udział w podejmowaniu decyzji jest tak niski, niższy aniżeli we wszystkich krajach, które transformują się od systemu totalitarnego, czy nie demokratycznego do systemu demokratycznego. Co powinniśmy uczynić w najbliższych latach? Przede wszystkim włączać społeczeństwo we wszystkich możliwych formach do podejmowania decyzji i do dyskusji co nas czeka. Co jest ważne, ale też może okazać się niewystarczające. Referendum konstytucyjne wydawałoby się wobec sprawy bardzo ważnej, najważniejszej choć też trochę hermetycznej jaką jest Konstytucja przyniosło frekwencję też w granicach 50 proc.. Jedyne wybory, które cieszą się nieustanną frekwencją to są wybory prezydenckie, ale proszę zrozumieć nie jesteśmy w stanie prowadzić ich co roku. Cieszę się, że prawie 65-66 proc. osób bierze udział w wyborach prezydenckich, ale to jest kolejny argument w tym wielkim pytaniu: dlaczego po 12 latach budowania instytucji demokratycznych, zasad demokratycznych w Polsce nie udało nam się w dalszym ciągu stworzyć społeczeństwa obywatelskiego. Ale to jest czwarta troska, którą chciałem się z Państwem podzielić. No i ostatnia, piąta, to już jest naprawdę rzecz może nie najważniejsza, ale którą warto tutaj, w Krakowie, podjąć. Mianowicie pytanie czym Polska chce zaskoczyć współczesny świat i co powinno być tym naszym znakiem w Europie, w naszym regionie. To nie musi być tylko kwestia towaru eksportowego, ani nawet roli regionalnej, którą odgrywamy, to jest pytanie, które szczególnie kieruję do młodego pokolenia: co chcemy pokazać, czym chcemy być lepsi od innym, na czym ma polegać ten szczególny znak, czy etykietka, którą chcemy się chwalić Europie wieku XXI. To co już zostało osiągnięte, jest. Tego nie poprawimy, ani nie zmienimy. Polska to na pewno jest kraj papieża, Solidarności, to jest kraj, który rozpoczął wielkie przekształcenia polityczne w latach 80-tych. Ale to już było. Więc co ma być tym znakiem szczególnym, co ma być tym wyróżnikiem Polski w kolejnych dekadach. Myślę, że od intelektualistów, od naukowców, od młodzieży polskiej należałoby oczekiwać nie tylko dyskusji na ten temat, ale pomysłów. Dobrych pomysłów, które by pozwoliłyby nam wierzyć, że Polska nie tylko będzie sympatycznym, 40-milionowym krajem w środku Europy, ale będzie również miała silne podstawy, mocne fundamenty do odgrywania roli w kolejnych latach, dlatego, że takie jest oczekiwanie wobec nas i w Europie i w świecie, że Polacy ze względu na swój potencjał, na swoje możliwości taką właśnie rolę będą odgrywać. Może zabrzmi to trochę patetycznie, ale myślę, że redakcja „Polityki” ma swoją rolę do odegrania. Wiem, że stara się to czynić, bo są paszporty do Europy, są różnego rodzaju działania, które są bardzo potrzebne, które nam pokazują możliwości, ludzi, których mamy, którymi możemy się szczycić. Ale jak sądzę, to jest poważniejsze pytanie. To jest pytanie do moich Rodaków, które zadaję, ale na które sam też szukam odpowiedzi: co robimy przez najbliższe 20-30 lat tak, żeby Polska znaczyła wiele, żeby znaczyła coś istotnego nie tylko dla nas, ale także dla naszych sąsiadów i dla tych wszystkich, którzy są wobec nas otwarci i przyjmują nasz dorobek i nasz wkład w to co w świecie się dzieje. Przepraszam, że zakończyłem może na tak wysokim poziomie uogólnienia, ale sądzę, że to jest rzeczywiście problem, który też jest przed nami. Następnie Prezydent odpowiadał na pytania z sali: (fragmenty) Co Pan na to, gdyby Pańska Małżonka miała zostać Pańską następczynią? (...) Wszystkie pytania o moje następstwo są dla mnie w sposób naturalny przykre. Po pierwsze dlatego, że ja mam jeszcze 4 lata, po drugie – mniej się zajmuję tym, co może być później. A jeżeli jeszcze pytanie dotyczy mojej Żony, no to jestem skonfundowany, dlatego, że mogę odpowiedzieć tak: po pierwsze moją żonę kocham, po drugie uważam, że ma ogromne talenty, także polityczne, po trzecie, nie mam pojęcia jaką decyzję by podjęła, gdyby w ogóle taka sytuacja miała miejsce. A po czwarte nigdy nie byłem first lady. Więc nie wiem jak bym w takiej sytuacji miał się zachować (...). Sam siebie motywuję, żeby nie zastanawiać się, co będzie dalej. Mam swoje zadania do wykonania. Mam wielu przyjaciół-prezydentów, którzy taki stan jaki przeżywam i będę przeżywał już mają za sobą, m.in. Bill Clinton (...) Mam jeszcze 4 lata, więc tego nie odczuwam w tym momencie, choć muszę powiedzieć bardzo szczerze, nie traktuję tego jako dowód dekadencji bynajmniej, natomiast dowód tego, że Kancelaria i moja osoba spełniła role kreatywną, ale taki uszczerbek kadrowy jakiego doznałem wraz z powstaniem nowego rządu, to się jeszcze w tej Kancelarii nie zdarzył. Do Sejmu, do rządu, do różnych instytucji odeszło bardzo wielu moich ministrów, dyrektorów, urzędników. To jest normalne, prawidłowe i będzie tak jak napisała „Polityka”, tzn. „jak zwalniają to będą przyjmować”. W związku z tym zapewniam, że od 1 stycznia zacznę przyjmować, dlatego, że w tej chwili odeszło z moich ministrów, odszedł p. min. Śmietanko, Truszczyński, Dukaczewski. Dyrektorów odeszło kilkunastu. Odeszło również bardzo wielu znakomitych ekspertów, p. prof. Belka został wicepremierem. Wszystko to będę musiał w ciągu najbliższych tygodni uzupełnić, ale tego jeszcze nie traktuję jako plan ewakuacyjny mojej ekipy, bo na ten plan dopiero czekam w roku 2005. Jak Pan ocenia pierwszy miesiąc pracy rządu. Wszyscy mówią, że za dużo wpadek? Nie. Myślę, że wpadki są w pewnym sensie nieuchronne. Mówić o prawdziwych wpadkach, to bym wskazał 2, 3 nie więcej. Natomiast tak musiało być. Ten rząd, moim zdaniem, ma kilka istotnych zalet, które podkreślam. Pierwsza – on jest czytelny politycznie. To jest czwarty rząd z jakim ja współpracuję, jako prezydent. A gdybym podliczył moją działalność polityczną, którą zaczynałem w rządzie premiera Meisnera w 1985 r., to to jest rząd 7 i pół (...). Szef zwycięskiej partii jest liderem, szefem. PSL, jako koalicjant uczestniczy w tym też na wysokich stanowiskach. Kierownictwo polityczne SLD znalazło się w rządzie. Myślę, że z punktu widzenia czytelności i odpowiedzialności, może to jest nawet ważniejsze – odpowiedzialności, ten rząd jest skonstruowany właściwie. Po drugie ten rząd, w moim przekonaniu, działa słusznie, tzn. nie stara się pierwszego okresu 100, 200 dni uznać za czas własnej reklamy. Oni zastali sytuację bardzo trudną. Kalendarz polityczny im nie sprzyja, bo muszą przygotować budżet. I to jest też naturalny priorytet. Natomiast nie ma epatowania za wszelką cenę. Jest próba opanowania tej sytuacji jaka jest a później, wierzę w to, nastąpią propozycje dalej idące, bardziej perspektywiczne i bardziej również merytoryczne. Po trzecie, wydaje mi się, że ten rząd zdał sobie również sprawę od samego początku, że jest pod silna presją oczekiwań, mediów, w związku z tym nie unika konfrontowania się z wszelkimi problemami, nie unika również mówienia o własnych wątpliwościach. To jest czasami niesłusznie uznawane za słabość rządu. Ja np. wycofanie się z decyzji o Vacie na budownictwo nie traktuję, jako słabości, traktuje to jako rzetelną dyskusję (...) Szukamy rozwiązań, które mogą być lepsze. Nie lubię rządów, które przychodzą z taką zaciętą miną i mówią ma być tak, tak, tak, koniec, kropka, my to wiemy najlepiej. To zazwyczaj za tym się kryje wręcz ryzykowne przekonanie o własnej wyższości. Co zazwyczaj kończy się nieszczęściem. Ja bym za pierwszy okres tego rządu wystawił co najmniej ocenę dobrą, natomiast prawdziwy egzamin jest dopiero przed tym rządem (...) Ten rząd stanął od czasu rządu Mazowieckiego przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Nie większymi niż rząd premiera Buzka, Oleksego wcześniej, Pawlaka itd. Sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana i w kraju i za granicą. Prawdziwy egzamin rządu Millera będzie polegał nie tylko na tym jak to wszystko opanować, jak zarządzać, tylko jakie mieć pomysły, żeby kilka zasadniczych problemów móc rozwiązać i nadać impulsy rozwojowe dla polskiej gospodarki i dla Polski w całości. Żaden rząd nie miał tak wysokiego wyzwania od 1989 r., wyzwania intelektualnego, jaki ma ten rząd. Bo ani likwidowanie dziury budżetowej, ani usprawnianie finansów publicznych, ani wejscie na drogę rozwoju gospodarczego, ani wejście do UE, ani walka z przestępczością, z korupcją, ani budowanie mechanizmu sprawnej administracji państwowej, to dzisiaj nie są hasła, to dzisiaj są sprawy albo będzie dobry pomysł, nowa idea i wtedy będzie coś z tego dobrego, albo po prostu będziemy brnąć w jakiejś magmie, która mniej więcej wygląda jak dzisiaj, ciut lepiej, ciut gorzej, ale nie będzie żadnej zasadniczej zmiany. Moja teza jest bardzo zasadnicza i ona brzmi, powtarzam, ten rząd stoi nie tylko przed wyzwaniem dobrego rządzenia, spełnienia oczekiwań społecznych, ten rząd stoi przed straszliwie ważnym wyzwaniem intelektualnych konceptów, które muszą być zaprezentowane i zrobione, jeżeli chcemy w ogóle się liczyć w Europie, jeżeli chcemy poradzić sobie z naszymi wewnętrznymi problemami. Czy widzi Pan taką determinację, żeby to zrobić? Widzę ją przede wszystkim u premiera, np. u prof. Belki, który znalazł się w sytuacji dla siebie wyjąt