13 grudnia 2001
13 grudnia 2001 roku, w 20. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski wziął udział w zorganizowanej przez Instytut Pamięci Narodowej sesji historycznej "Stan wojenny - spojrzenie po dwudziestu latach" oraz otwarciu wystawy.
W sesji naukowej, pod przewodnictwem prezesa IPN prof. Leona Kieresa, udział wzięli m.in.: Sekretarze Stanu w Kancelarii Prezydenta RP min. Marek Ungier i min. Barbara Labuda, minister sprawiedliwości Barbara Piwnik, parlamentarzyści, przedstawiciele instytucji prawych i naukowych.
Otwierając konferencję szef IPN Leon Kieres powiedział m. in.:
Z najwyższym szacunkiem pozwalam sobie powitać Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego wraz z najbliższymi współpracownikami. Jest to honor i zaszczyt oraz zobowiązanie dla Instytutu Pamięci Narodowej, że zechciał Pan poświęcić swój czas, wziąć udział w tej uroczystości, konferencji i otwarciu wystawy.
Witam bardzo serdecznie Panią Minister Barbarę Labudę. Być może nie będzie to zgodne z protokołem, jeśli oprócz słów formalnego powitania dodam, że Panią Minister Barbarę Labudę, którą znam jako Basię z mojego Zarządu Regionu Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego "Solidarność", wspierającą nas wówczas w trudnych chwilach zwątpień. Bardzo serdecznie Panią Minister witam(...).
Stan wojenny - powiedział prof. Leon Kieres - był jednym z najważniejszych i najbardziej dramatycznych wydarzeń w historii naszego Narodu. Tak jak w przypadku wielu innych kart naszej historii, Polacy są podzieleni w jego ocenie i zapewne tak będzie zawsze. Dla jednych będzie on użyciem brutalnej siły dla zdławienia wolnościowych, demokratycznych aspiracji Polaków, dla innych - uratowaniem kraju przed rozpadem państwa, rozlewem krwi, obcą interwencją wojskową. Te nieuniknione różnice w ocenie stanu wojennego będą trwały, ale naszym obowiązkiem jako obywateli, zwłaszcza obowiązkiem Instytutu Pamięci Narodowej, moim obowiązkiem jako Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ale także jako człowieka, który w swojej działalności publicznej wyrósł z ruchu "Solidarność" są dwie rzeczy. Po pierwsze - zachować pamięć o tamtych wydarzeniach, po drugie - dążyć do pełnej prawdy o nich, nawet jeżeli z góry wiadomo, że nie na wszystkie pytania znajdziemy odpowiedź.
"Naród, który traci pamięć, traci sumienie" - napisał Zbigniew Herbert. Mamy obowiązek pamiętać o 13 grudnia, o tym co się wówczas wydarzyło. To stanowi ważną część naszej tożsamości. Wyrazem naszej dzisiejszej pamięci jest wystawa i konferencja poświęcona stanowi wojennemu. Na tej sali w Instytucie Pamięci Narodowej chciałbym oddać hołd tym odważnym ludziom, którzy 13 grudnia podjęli opór, zorganizowali strajki, tworzyli podziemne komórki Solidarności, wydawali podziemną prasę. Za swoją bezkompromisowość płacili cenę, tracili wolność, zdrowie, pracę, często była to cena najwyższa, cena życia, które poświęcili górnicy zabici w kopalni.
Dzięki wytrwałości i odwadze ludzi Solidarności opozycja przetrwała w podziemiu, mogła stać się partnerem władzy w roku 1989, a po Okrągłym Stole i czerwcowych wyborach włączyć się w budowę demokratycznego układu w Polsce. Dziś ci sami ludzie, co pragnę podkreślić - często w przeciwnych sobie ugrupowaniach politycznych, aktywnie uczestniczą w demokratycznych strukturach naszego państwa działając na rzecz dobra publicznego. Pamięć o minionych wydarzeniach powinna być jednym z fundamentów współczesnej Polski, nie powinna dzielić, ale łączyć. Łączyć wokół wartości, które są akceptowane zarówno przez ludzi dawnej Solidarności, jak i ludzi dawnej władzy, wartości demokracji i niepodległego bytu państwa polskiego. Jest dla mnie wielkim zaszczytem i satysfakcją, zarówno jako dla Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, jak i człowieka wywodzącego się z ruchu Solidarności, że na otwarciu wystawy i konferencji poświęconej stanowi wojennemu możemy gościć Prezydenta RP. Jest to dla mnie dowodem, że potrafimy wspólnie pamiętać o dramatycznych wydarzeniach, które kiedyś dzieliły.
Następnie głos zabrał Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski.
To wystąpienie jest dla mnie bardzo ważne a bardzo trudne zarazem. Jestem politykiem, który zawsze mówił, że trzeba wybierać przyszłość, że trzeba myśleć o jutrze. Jednak moje doświadczenie polityczne - sześć lat prezydentury, a szczególnie doświadczenie mijającego roku - pokazało, że od przeszłości nie da się uciec. Ona prędzej czy później nas dogoni. Z historii trzeba wyciągać wnioski. Trzeba wobec niej zachować należyte zrozumienie i wrażliwość. Te słowa - bardzo osobiste - dedykuję wszystkim politykom, którzy działają tu i teraz.
W dwadzieścia lat po trzynastym grudnia na tej sali spotykają się ludzie, którzy stali niegdyś po przeciwnych stronach barykady; ofiary stanu wojennego, sądzeni oraz internowani, ludzie podziemnej opozycji i ci, którzy stan wojenny uznali za mniejsze zło. Także osoby, które nie były bezpośrednio zaangażowane w ówczesny konflikt, nie należały ani do "Solidarności" ani do obozu władzy.
Pamiętamy entuzjazm i nadzieje jakie wyzwolił sierpień 1980 roku. Wolność, swoboda słowa, solidarność międzyludzka, budząca się świadomość społeczeństwa obywatelskiego. Pamiętamy również, że pod koniec 1981 roku Polaków uczestniczących w życiu publicznym różniło coraz więcej. Stosunek do władzy, do wolności i praw obywatelskich, do sprawiedliwości społecznej. Różnie też pojmowaliśmy suwerenność państwa, gdzie indziej widzieliśmy przyjaciół i wrogów. W jednym tylko byliśmy chyba zgodni: żyło się coraz trudniej, gospodarka chyliła się ku upadkowi, państwo było w stanie rozkładu.
To wszystko tworzyło stan napięcia, konfliktu, żeby nie powiedzieć mocniej: psychologicznej wojny domowej. Mieliśmy poczucie, że wydarzenia w kraju wymykają się z rąk zarówno władzom państwowym, jak i solidarnościowym. Baliśmy się, gdzie to wszystko może się zatrzymać.
I w tych warunkach w nocy z 12 na 13 grudnia wprowadzony został stan wojenny.
Miałem wtedy 27 lat. Od miesiąca byłem redaktorem naczelnym tygodnika studenckiego ITD. Zawieszonego a potem rozwiązanego. Po długiej walce tytuł udało się przywrócić, ale podziały w zespole były bardzo poważne. Pogłębiła je weryfikacja dziennikarzy. Nie czuję się ani kombatantem, ani sprawcą stanu wojennego. Chciałem tylko przez to wspomnienie podkreślić, że jestem tu nie tylko jako prezydent, ale również jako jeden z wielu uczestników i świadków historii.
Cieszę się, że grono, w którym dzisiaj się spotykamy jest bardzo zróżnicowane. Znajdują się w nim osoby o różnym doświadczeniu historycznym. Taka jest przecież prawda o czasie, o którym chcemy dzisiaj dyskutować - o stanie wojennym. Ta prawda jest wyjątkowo złożona. Składa się z indywidualnych doświadczeń. To jest ten rodzaj sytuacji w życiu kraju, w dziejach narodu, gdzie do konfliktu wewnętrznego, wystąpienia jednych Polaków przeciwko drugim doprowadziło subiektywnie rozumiane dobro kraju i poczucie patriotyzmu. Dlatego warte wysłuchania są racje i argumenty wielu stron. Warto jest podjąć wysiłek zrozumienia tych różnych punktów widzenia.
Jestem wdzięczny prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej, profesorowi Leonowi Kieresowi za zorganizowanie dzisiejszej sesji i zaproszenie mnie do udziału w niej.
Panie i Panowie!
Nikt rozsądny nie ma dzisiaj wątpliwości: stan wojenny był złem. Przyznają to także ci, którzy zadecydowali o jego wprowadzeniu. Złem - bo wymierzony był w odradzającą się wolność. Złem - bo jego skutkiem było stłumienie rozbudzonej nadziei na godne życie, na prawa obywatelskie, na demokrację. Wreszcie złem - bo skierował przeciwko sobie miliony Polaków, pogłębił wewnętrzne waśnie i podziały i zmarnował entuzjazm budowania społeczeństwa obywatelskiego. Ten entuzjazm, ta energia nigdy już w takiej skali się nie odrodziły, o czym świadczą choćby nasze późniejsze kłopoty z frekwencją wyborczą. Stan wojenny pogłębił też izolację naszego kraju na arenie międzynarodowej, spowodował sankcje gospodarcze.
Stan wojenny to: internowanie tysięcy działaczy "Solidarności", pacyfikacje zakładów, setki procesów politycznych, rewizje, podsłuchy, zatrzymania, szykany, wyrzucanie z pracy, nagonki wymierzone w działaczy podziemnej opozycji. Iluż zdolnych, pracowitych i uczciwych ludzi w efekcie represji zmuszonych było emigrować. Krzywd wówczas wyrządzonych nie da się wyrównać. A strat, które poniosła Polska - nadrobić.
Stan wojenny to śmierć górników w kopalni "Wujek", najbardziej przejmujące zdarzenie tamtego okresu. Przypomnijmy nazwiska tych młodych ludzi, którzy zderzeni z historią za swoje dążenia zapłacili cenę najwyższą:
Józef Czekalski
Krzysztof Giza
Ryszard Gzik
Bogusław Kopczak
Andrzej Pełka
Zbigniew Wilk
Zenon Zając
Joachin Gnida
Jan Stawisiński
Dzisiaj najstarszy z nich miałby 68 lat, najmłodszy 39!
Stan wojenny to również czas łamania charakterów. Wielu ludzi czuło się zastraszonych, zmuszanych do niegodziwego postępowania, maltretowanych moralnie. Ludzie ci robili rzeczy, których nie chcieli czynić i które budziły ich wewnętrzny sprzeciw. Odczuwano to po obu stronach ówczesnych barykad, dotyczyło to wielu środowisk. Działacze "Solidarności", orędownicy przemian, ale także młodzi żołnierze, pracownicy wielu instytucji publicznych przeżywali dramaty i psychiczne rozdarcie.
Dzisiaj nie ma wątpliwości. Historia przyznała rację tym, którzy nie godzili się na stan wojenny jako formę funkcjonowania państwa. Którzy podjęli walkę, stawiali opór. I tym, także których niesłusznie uznaje się za oportunistów, którzy w różnych sferach naszego życia próbowali coś ocalić, "robić swoje", przeciwstawiać się logice konfrontacji i nienawiści.
Tym wszystkim ludziom, którzy walczyli i cierpieli, ponieśli dotkliwe straty, rodzinom poległych i prześladowanych - należą się dzisiaj, w 20 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, słowa współczucia, ale przede wszystkim podziękowania od demokratycznego państwa polskiego. Jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej chcę przekazać im wyrazy głębokiego szacunku dla ich postawy i wdzięczności za wszystko, co zrobili dla Polski. Jeśli Polacy są dumni obecnie ze swojej Ojczyzny, to powinni pamiętać, jak wiele tym ludziom, jak wiele Wam zawdzięczają.
W rocznicę stanu wojennego winni jesteśmy wdzięczność Kościołowi katolickiemu w Polsce. Nie ulega wątpliwości, że postawa Księdza Prymasa, biskupów, księży, świeckich skupionych wokół Kościoła, zmniejszała napięcia społeczne, wyciszała emocje, hamowała gwałtowne reakcje. Kościół niósł pomoc potrzebującym, udzielał wsparcia i schronienia, prowadził też misję dobrych usług pomiędzy przedstawicielami władzy i opozycji. Pamiętamy o dziele prymasa Stefana Wyszyńskiego, o zasługach prymasa Józefa Glempa, kardynałów Henryka Gulbinowicza i Franciszka Macharskiego, biskupów Bronisława Dąbrowskiego, Jerzego Dąbrowskiego, Alojzego Orszulika i Bronisława Dembowskiego. Postawa Kościoła w tamtym czasie miała ogromne znaczenie dla złagodzenia przebiegu i politycznej formy zakończenia stanu wojennego.
Podziękowania za solidarną postawę z narodem polskim w okresie stanu wojennego należą się wielu państwom, Polonii, organizacjom międzynarodowym, organizacjom charytatywnym, bezimiennym organizatorom akcji pomocy, którzy w różnych miejscach kuli ziemskiej nie szczędzili czasu i środków, aby wesprzeć Polaków w tych trudnych chwilach.
Szanowni Państwo!
Autorzy decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego nazywają go "mniejszym złem". Twierdzą, że sytuacja wewnętrzna w Polsce pod koniec 1981 roku wymykała się spod kontroli, zmierzała do nieuchronnego wybuchu konfliktu społecznego i gospodarczej katastrofy. Że niemożliwe było skuteczne porozumienie między władzą i wielkim ruchem społecznym "Solidarności". Odwołują się też do ówczesnej sytuacji międzynarodowej, a zwłaszcza zagrożenia inwazją wojsk Układu Warszawskiego. I z tego punktu widzenia traktują swoją decyzję o stanie wojennym jako desperacki, wymuszony historycznymi okolicznościami krok w stronę ratowania podstawowych struktur państwa oraz obrony jego suwerenności.
Są historycy i politycy, nie tylko polscy, którzy kwestionują te przesłanki, twierdząc zarazem, że chodziło tylko o obronę ówczesnej władzy. Ten podział w ocenie przyczyn i zasadności stanu wojennego trwa do dzisiaj i jak powiedział prof. Kieres będzie trwał. W grę wchodzi bowiem ocena nie tylko faktów, ale również atmosfery psychicznej, napięcia społecznego czy sytuacji politycznej.
Pamiętać musimy, że wadą komunizmu, każdego systemu totalitarnego i autorytarnego jest powszechna nieufność, brak zaufania na wszystkich szczeblach życia publicznego. Wtedy społeczeństwo nie ufało władzy, władza - społeczeństwu. "Solidarność" nie ufała partii, partia - "Solidarności". Brakowało instrumentów przejrzystego sprawdzania, testowania intencji uczestników życia politycznego, które znamy tak dobrze z demokracji. Nie było wolności słowa i krytyki, jawności decyzji, pluralizmu ocen. Nie było też miejsc dla uczciwej, otwartej, szczerej debaty. Ten brak nieufności to była jedna z praprzyczyn takiego właśnie wydarzenia jak stan wojenny. Ale dotyczyło to także stosunków między tzw. sojusznikami. Za wielkimi słowami o przyjaźni, braterstwie i sojuszach kryły się często podstęp i obłuda.
29 lipca 1968 roku w Czernej nad Cisą Leonid Breżniew całował przed kamerami telewizji całego świata Antoniego Dubczeka, a w trzy tygodnie później do Czechosłowacji wjechały czołgi Układu Warszawskiego. Ten sam klimat dotyczył stosunków między Polską i Związkiem Radzieckim. Polskie władze miały prawo nie ufać wschodniemu sąsiadowi, spodziewać się po nim najgorszego niezależnie od deklaracji i słów jakie padały. Wojciech Jaruzelski musiał pamiętać o swoim pobycie na Syberii. Żywa była pamięć o losach tysięcy polskich patriotów straconych w stalinowskich kaźniach. Młodsi od generała wiedzieli i pamiętali o krwi Budapesztu i zdławieniu "Praskiej Wiosny". Czy w tej sytuacji można było wykluczyć wkroczenie "przyjacielskich" oddziałów?
Zresztą one wcale nie musiały do Polski wkraczać, bowiem w Polsce były. Mówię to Państwu jako mieszkaniec Białogardu, gdzie były stacjonujące oddziały i pamiętam doskonale radzieckie wojska i czołgi, które w 1968 roku wyruszały do Czechosłowacji. A więc prawda o stanie wojennym to nie tylko suche fakty, ale i decyzje, i dokumenty, i owe pocałunki Breżniewa, i klimat tworzony przez imperialną doktrynę Związku Radzieckiego.
Z zainteresowaniem przeczytałem najnowszą książkę o stanie wojennym profesora Andrzeja Paczkowskiego. Analizę ogromnego materiału faktograficznego z tamtego okresu kończy on wnioskiem, że praktycznie "Polska skazana była na stan wojenny lub na inną formę zgniecenia czy też podporządkowania władzy niezależnego ruchu związkowego". Na tak szybką - jak chciała tego "Solidarność" - zmianę systemu i przeformułowania związków sojuszniczych nie było zgody wtedy ani w Warszawie, ani w Moskwie. "Solidarność" zapłaciła cenę prekursora. Ale czy było inne wyjście? Autor odpowiada: "zawsze wszakże ktoś musiał przegrać - Solidarność, ekipa gen. Jaruzelskiego, twardogłowi lub Związek Sowiecki..."
Brakowało więc zaufania, ale też nie było wyobraźni. Po obu stronach. Proszę traktować to nie jako zarzut, ale wyrzut. Odnoszący się do tego, co było, ale też co się dzieje obecnie. Politykom bardzo rzadko udaje się przewidzieć przyszłość, mimo że mają na jej kształtowanie niemały wpływ. Tym bardziej refleksja nad tym, co by było, jak by wszystko się potoczyło inaczej, nie ma większej wartości.
Ale dla intelektualnej debaty może warto zastanowić się, jak wyglądałby kraj bez stanu wojennego?
Zastanowić się co i kiedy miałoby być momentem przełomu?
Czy w 1982 roku możliwy byłby "Okrągły Stół"?
Czy przy tamtym poziomie oczekiwań i rewindykacji możliwy byłby "plan Balcerowicza", czy raczej przeżywalibyśmy rodzaj ekonomii socjalistycznej w wariancie klasowo-utopijnym?
Czy wtedy przyśpieszylibyśmy drogę Gorbaczowa do władzy, czy wręcz przeciwnie?
Czy w 1982 roku Polska mogłaby być Finlandią Europy Środkowej?
Czy mogliśmy być bezpieczni i skuteczni w podzielonym ideologicznie i militarnie świecie?
Przypominam, mówię o roku 1982. A biorąc pod uwagę dynamikę zdarzeń, którą obserwowaliśmy wtedy właśnie z tymi problemami i wyzwaniami bylibyśmy skonfrontowani.
Oczywiście wiem, że na te pytania nie ma odpowiedzi. Podob