Wywiad z prezydentem Bronisławem Komorowskim ukazał się 14 stycznia 2014 roku w dzienniku "Super Express"
"Super Express": - Panie prezydencie, czy trzeba zamykać polskie kopalnie?
Bronisław Komorowski: Na pewno nikt tego nie chce. Nikt nie stawia sobie likwidacji jako celu. Wszyscy chcemy natomiast uzdrowienia sytuacji w polskim górnictwie. To sprawa, która od wielu lat nie została załatwiona. Były wysiłki rządu Jerzego Buzka, które przyniosły uzdrowienie w liczącej się części branży. Teraz również wszyscy wiedzą, że trzeba zwiększyć rentowność branży górniczej i wszyscy wiedzą, że nie da się tego osiągnąć bez restrukturyzacji. Pytanie tylko na jakich zasadach. W zaistniałej sytuacji trzeba docenić niekoniunkturalne stanowisko rządu Ewy Kopacz.
Ale czy te zasady obejmują likwidację kopalń?
Też mógłbym zapytać, czy panowie uważają, że nie należy przeprowadzić restrukturyzacji górnictwa. Wszyscy wiemy, że tak dalej być nie może, bo inaczej całemu górnictwu grozi bankructwo, a to byłby prawdziwy dramat. Pamiętajmy, że w tej sprawie nie chodzi o cztery kopalnie, ale o wszystkie kilkanaście, współtworzące Kompanię. Liczę na porozumienie rządu i związków zawodowych, bo bez porozumienia rysują się tylko czarne scenariusze. Reforma górnictwa jest bardzo spóźniona. Złożyło się na to wiele przyczyn. Wśród nich były także względy natury wyborczej. Nie zrobił tego rząd PiS, choć powinien. Nie zrobiła tego także następna ekipa. Teraz naprawa górnictwa musi być przeprowadzona, bo grozi bankructwo i restrukturyzacja poprzez głoszenie upadłości. Trzeba działać, nie kierując się logiką kampanii wyborczych, ale odpowiedzialnością za całą branżę górniczą. Trzeba szukać optymalnych rozwiązań, ale nie można blokować koniecznej zmiany.
Minęło sto dni rządu Ewy Kopacz. Kiedy obejmowała urząd, apelował pan o spokój, a teraz prosimy o krytykę. Jak pan ocenia ten okres?
Ważne, jak oceniają go Polacy. A jak wskazują badania opinii publicznej - oceniają dobrze. Apel, o którym mówią panowie, był wystosowany do opozycji. Jak wiemy, nie został on wysłuchany. Rząd ma za sobą sto dni ciężkiej batalii, kiedy to był poddawany nieustannej presji. Na ten okres nałożył się kryzys związany z wyborami samorządowymi. Wynikał on z jednej strony z tej nieszczęsnej awarii systemu informatycznego, a z drugiej z nieuzasadnionych i politycznie nieodpowiedzialnych zarzutów o sfałszowanie wyborów. Spokoju więc nie było. Nie zgadzam się też z zarzutami, że nie można chwalić rządu Ewy Kopacz za to, co dokończyła po poprzedniku, bo każdy rząd jest kontynuacją poprzedniego.
Za co więc można pochwalić rząd?
A chociażby za cały zapoczątkowany wcześniej pakiet ustaw i rozwiązań prorodzinnych, zwieńczony teraz ogólnopolską Kartą Dużych Rodzin. Mamy już pierwsze pozytywne efekty. Od początku patronuję Karcie Dużych Rodzin i jestem jej orędownikiem. Już teraz z różnego rodzaju ulg korzysta kilkaset tysięcy rodzin, a szacuje się, że takich kart będzie wydanych kilkakrotnie więcej. Sami wychowaliśmy z żoną pięcioro dzieci, więc wiemy dobrze co to za ciężar.
Lepiej współpracuje się z Donaldem Tuskiem czy z Ewą Kopacz?
Prezydent powinien mieć gotowość do współpracy z każdym rządem i premierem. Każda panów propozycja, żebym oceniał, z kim lepiej, a z kim gorzej się współpracuje, jest sprzeczna z tą zasadą.
Musimy przyznać, że nam się lepiej z jednymi, a gorzej z drugimi rozmawia...
Nie ma to żadnego znaczenia dla funkcjonowania prezydenta jako zwornika polityki państwa. Prezydent nie powinien kierować się tym, co jest dla niego przyjemniejsze, ale tym, co jest słuszne dla państwa. Dlatego jeszcze raz przypomnę, że nie należy w polityce stawiać na uczucia pomiędzy politykami, ale na wspólnotę drogi i celu.
Wracając do wyborów samorządowych. Złożył pan projekt zmian w ordynacji wyborczej...
Tak, ponieważ ujawniły się mankamenty Kodeksu wyborczego, uchwalonego zgodnie przez wszystkie siły polityczne w 2010 roku, a więc i przez tych, którzy dzisiaj wysuwają oskarżenia o sfałszowanie wyborów. Chodzi m.in. o kwalifikowanie głosów nieważnych. Obecnie nie da się oddzielić tych, które są nieważne, bo np. źle wypełniono kartę do głosowania, od tych, które zostały wrzucone puste. Brak tego zapisu skutkował pomówieniami o sfałszowanie wyborów. Dlatego ten punkt o rozliczaniu głosów nieważnych jest najistotniejszy. Ponadto chcę wprowadzenia kadencyjności sędziów Państwowej Komisji Wyborczej. Proponuję, żeby sprawowali swoją funkcję nie dłużej niż przez 9 lat. Projekt wprowadza możliwość rejestrowania procesu liczenia głosów i przezroczyste urny, ale również - co ważne - obowiązek informowania wyborców z wyprzedzeniem przez odpowiednie władze o miejscu i sposobie głosowania.
Opozycja umiarkowanie, ale pochwaliła pana za proponowane zmiany. Jarosław Kaczyński mówi, że to krok w dobrym kierunku, ale jednocześnie zapowiada uważne przyglądanie się przebiegowi wyborów prezydenckich. Wierzy pan, że proponowane przez pana zmiany sprawią, że zarzutów o fałszowanie wyborów nie będzie?
Jeżeli raz wysunęło się tak bezpodstawne zarzuty - nie wiadomo zresztą pod czyim adresem - to można to zrobić i drugi, i trzeci raz. Mam nadzieję, że proponowane przeze mnie zmiany sprawią, że będzie trudniej stawiać takie zarzuty bez żadnych dowodów. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że jedynie 8 proc. Polaków uwierzyło w tezę o wyborczym fałszerstwie. Dobrze to świadczy o Polakach, a źle o tych, którzy takie oskarżenia rzucają. Udało się też potwierdzić zasadę, że to sądy, a nie politycy, rozstrzygają o ważności wyborów. Na ponad 1700 protestów wyborczych ogromna większość została odrzucona. Tylko w nielicznych przypadkach sądy nakazały powtórzenie głosowania na poziomie komisji wyborczych czy obwodów.
Nie ogłosił pan jeszcze swojej kandydatury w zbliżających się wyborach prezydenckich. Nie ma jednak wątpliwości, że będzie pan walczył o drugą kadencję. Może pan powiedzieć - tak jak kiedyś Donald Tusk - że nie ma pan z kim przegrać?
Nie chcę i nie powinienem tak mówić. Mam pełen szacunek do mechanizmu demokratycznego i kandydatów. Poza tym przeżyłem tyle w polityce, że wiem, iż nastroje społeczne potrafią się zmieniać błyskawicznie. Dlatego trzeba powściągnąć wszelką pokusę przedwyborczego triumfalizmu. Oczywiście nie będę ukrywał, że z satysfakcją myślę o wynikach badań opinii publicznej, które potwierdzają wysoki poziom zaufania i sympatii do mojej osoby. Nie wyciągam jednak z tego wniosku, że wszystko jest już rozstrzygnięte. Trzeba będzie jeszcze nieźle się natrudzić. Urok demokracji polega na tym, że nie wszystko da się zaplanować i przewidzieć.
Świadczy o tym choćby kandydatura SLD. Co pan sądzi o Magdalenie Ogórek?
Postanowiłem nie ulegać pokusie oceniania kandydatów. Mogę powiedzieć, że...
To ładna kobieta...
Naturalnie nie mogę jej życzyć, by wygrała wybory, bo byłoby to niewiarygodne, ale życzę, by start w wyborach przyniósł wzbogacenie politycznego doświadczenia. To doświadczenie i jej, i polskiej lewicy może się przydać. Nie życzę źle lewicy. Sam człowiekiem lewicy nie jestem, wiem jednak, że dla higieny politycznej w społeczeństwie korzystna jest równowaga między lewicą i prawicą, i centrum.
Poznał pan Andrzeja Dudę? Pracował w Kancelarii za czasów Lecha Kaczyńskiego.
Nie przypominam sobie, choć tego nie wykluczam.
Zdaniem wielu to najpoważniejszy pana konkurent.
O tym zadecydują wyborcy. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak zarzut pod adresem jakiegokolwiek kandydata, ale zawsze bliskie mi było zdanie, że kandydowanie na urząd prezydenta nie winno stanowić startu do kariery politycznej. Chodzi o posiadanie odpowiedniego doświadczenia życiowego i politycznego.
Do wyborów zostało pięć miesięcy. Z pana strony będzie to już tylko kampania wyborcza czy chce pan coś jeszcze załatwić?
Jeśli urzędujący prezydent kandyduje, nie ma możliwości, by mógł się skoncentrować tylko na kampanii wyborczej. Sam mam za sobą niesłychanie trudne doświadczenie bycia jednocześnie kandydatem na prezydenta, marszałkiem Sejmu i pełniącym obowiązki głowy państwa po śmierci Lecha Kaczyńskiego.
Czy po tym, co stało się w Paryżu, uważa pan, że islam zagraża cywilizacji europejskiej?
Przestrzegałbym przed takim stawianiem sprawy, bo to pachnie myśleniem z czasów wypraw krzyżowych. Pragnę zwrócić uwagę na to, że stosunek do terroryzmu i fundamentalizmu islamskiego dzieli także świat islamu. Nie ma prostego podziału na cywilizację zachodnią i islamską. Podział idzie w poprzek cywilizacji i wbrew wszelkim płytkim uproszczeniom. Proszę pamiętać, że zamachowcy z Paryża byli obywatelami francuskimi, a wśród ofiar aktu terrorystycznego był policjant muzułmanin. Musimy bardzo pilnować, żeby takiego cywilizacyjnego podziału nie stworzyć, bo może to przynieść jeszcze bardziej dramatyczne skutki.
Polska jest bezpieczna?
Jest o wiele bardziej bezpieczna niż wiele społeczeństw świata zachodniego. Jesteśmy zapewne mniej atrakcyjni dla potencjalnych zamachowców. Czym innym jest bowiem zaatakowanie w centrum Zachodu, a czym innym na obrzeżach. To wcale nie oznacza, że jesteśmy bezpieczni w stu procentach. Trzeba liczyć się z tym, że upływ czasu i pogłębianie się zjawisk fundamentalizmu politycznego i religijnego przybliżają moment, w którym także nasz kraj może stać się miejscem, do którego terroryzm zawita. Jak bliska jest to perspektywa, nie potrafię ocenić. Z takim procesem trzeba się jednak liczyć i mieć odwagę mu się przeciwstawić.
Jak?
Budując postawy otwartości, sprzyjając mechanizmom integracji imigrantów, nie zaniedbując jednocześnie elementów kontroli nad zjawiskami groźnymi.
W piątek odbędzie pogrzeb Józefa Oleksego. Wybiera się pan? Kim był dla pana?
Tak, chcę być na pogrzebie. Józef Oleksy był nie tylko ważną postacią polskiej lewicy, ale także całego ostatniego 25-lecia. Był uczestnikiem wielkiej, dobrej zmiany, która się w Polsce dokonała i jednocześnie ilustracją zmian, które dokonały się na polskiej lewicy. Był dowodem na to, że w sferze politycznej decydują nie tylko przynależności partyjne, ale także osobiste relacje. I z takimi myślami pójdę pożegnać Józefa Oleksego.
Rozmawiali Sławomir Jastrzębowski i Grzegorz Zasępa