Nie chcę być prezydentem sumień Polaków. Prezydent nie jest od rozstrzygania dylematów moralnych. Ma pilnować, by państwo nie odbierało obywatelom wolności podejmowania osobistych decyzji w zgodzie z ich najgłębszymi przekonaniami - mówi w "Gazecie Wyborczej" Prezydent RP Bronisław Komorowski.
RENATA GROCHAL, JAROSŁAW KURSKI: Jakie jest dziś największe zagrożenie dla Polski?
BRONISŁAW KOMOROWSKI: Są dwa. Jedno to narastanie radykalizmu, zresztą nie tylko w Polsce, ale też w całej UE. Nasze wielkie zadanie polega na tym, aby hasła rasistowskie i ksenofobiczne nigdy nie zyskały w Polsce prawa obywatelstwa. Drugie to groźba spowolnienia tempa rozwoju gospodarczego i ryzyko średniego wzrostu. Jeszcze tylko kilka lat będziemy dysponowali tak dużymi środkami europejskimi. To ostatnia taka perspektywa, więc albo teraz, albo nigdy. Bez wysokiego rozwoju gospodarczego nigdy nie zbudujemy mocnej pozycji w świecie i nie dogonimy najzamożniejszej części Europy. Dlatego będę działał na rzecz wspierania konkurencyjnej gospodarki i innowacyjności.
Pożywką dla radykałów jest kryzys, a przecież Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników wzrostu. Skąd zatem poparcie dla Kukiza czy Korwin-Mikkego?
-Trafiliście w sedno. Strach pomyśleć, co by się działo, gdybyśmy mieli nie koniunkturę gospodarczą, ale kryzys. A w wolnej go-spodarce kryzys jest zjawiskiem cyklicznym. W moim przekonaniu dzisiaj w Polsce pożywką dla radykałów jest odłożony w czasie ból transformacji. Są różne środowiska, które uważają się - niekiedy nie bez racji - za skrzywdzone i wykluczone, np. mieszkańcy byłych PGR. Środowiska te stanowią podglebie, na którym mogą się rozwijać różne postawy radykalne i populistyczne, jak niegdyś Samoobrona.
Także upływ czasu spowodował, że pamięć siermiężności i biedy PRL przestaje być żywa. Tylko starsi pamiętają gołe haki w sklepach, brak paszportu, opresyjność państwa wobec obywateli. Dzisiejszy stan dla wielu młodych jest jakby naturalny i od zawsze. Pamięć przestaje być czynnikiem oceny rzeczywistości.
Kończy nam się lista autorytetów: Giedroyc, Karski, Nowak-Jeziorański, Geremek, Mazowiecki, ostatnio Władysław Bartoszewski...
- Władysław Bartoszewski był chyba jednym z ostatnich wielkich i do końca czynnych z pokolenia Kolumbów, którzy stanowili pomost między II RP, państwem podziemnym, opozycją wobec PRL a III RP. Nas też czas nie oszczędza i powinniśmy się chyba zastanowić nie tylko nad tym, kto jest dla nas autorytetem, ale czy sami jesteśmy autorytetami dla następnych pokoleń. Po takich poprzednikach nie będzie łatwo.
Może spokojne czasy nie sprzyjają formowaniu się autorytetów.
- To nie przypadek, że polskie autorytety wyrosły w czasach, które wymagały jedności i solidarności. To była jedność czasów wojny i okupacji, czasu „Solidarności", jedności w Kościele, w walce z komunizmem. Tam ten czas sprzyjał weryfikacji tego, co kto był wart. Odwaga nie była tania, a za prawdę szło się do więzienia.
Kto spośród ważnych polityków europejskich odpowiedział na pańskie zaproszenie na Westerplatte 7 maja?
- Naszą polską powinnością było przypomnienie światu przede wszystkim dwóch rzeczy. Że świętujemy 70. rocznicę zakończenia potwornej wojny, która nie zaczęła się, jak chcą tego Rosjanie, w czerwcu 1941 r., ale l września 1939 r. w Polsce. I że zakończenie tej wojny, likwidując okupację niemiecką, nie przyniosło wolności dla naszego regionu Europy, bo leżące tu państwa zostały wbrew swojej woli podporządkowane imperium Stalina. Ważna będzie główna konkluzja - że Europa Zachodnia znalazła odpowiedź na groźbę wojny w integracji, a zła strona żelaznej kurtyny musiała czekać do lat 90. Ale doczekała. Dlatego bardzo cieszy mnie tak liczna reprezentacja przywódców wielu państw. To będzie ważne świadectwo wspólnoty historii, teraźniejszości i przyszłości.
To kto przyjedzie?
- Na razie nic nie powiem.
Czy Polska powinna się obawiać rosyjskiej agresji?
- Mamy prawo obawiać się trwającej agresji na Ukrainę. To pogwałcenie prawa międzynarodowego, naruszenie granic etc. - metoda, o której wiemy, że Rosja może ją zastosować wobec innych państw. Nie można tego bagatelizować, ale nie można też podsycać atmosfery zagrożenia i strachu wśród Polaków. Rosja nam bezpośrednio nie zagraża, ona zagraża ładowi europejskiemu - i to wystarczający powód, żeby dbać o jedność Zachodu i zniechęcać potencjalnego agresora. Zgodnie z łacińską zasadą „si vis pacem, para bellum" [„chcesz pokoju, szykuj się do wojny"], trzeba wysyłać sygnały, że my się Rosji nie boimy, ale mamy świadomość zagrożenia i wyciągamy z tego wnioski. Nic tak nie zachęca agresora jak słabość ofiary. Dlatego konsekwentnie od lat stawiamy na NATO i siłę polskiej armii. Jako szef MON skutecznie walczyłem o pieniądze na modernizację armii od 2001 r. Udało się i program modernizacji jest nadal konsekwentnie realizowany. Mamy zagwarantowane 2 proc. PKB na obronność od 2016 r., więc ten trend będzie utrzymany. Zachęcamy też do tego inne państwa Sojuszu.
Zablokował pan ministra finansów Jacka Rostowskiego, który chciał znieść stały wskaźnik wydatków na armię.
- Nie raz i nie dwa. Dzisiaj widać, że miałem rację. Nie czuję się prorokiem, ale w polityce liczy się to, żeby w porę dostrzec zagrożenia.
Ale jest czynnik nieprzewidywalny. W Kaliningradzie są iskandery, mnożą się prowokacje na Bałtyku, naruszenia przestrzeni powietrznej. Nigdy niewiadome, kto na Kremlu jaki guzik naciśnie...
- Nie należy tego lekceważyć. Rosja robi się niebezpieczna, bo jest nieracjonalna, bo nie panuje nad emocjami narodowymi i polityką zewnętrzną. Ale pamiętajmy o proporcjach. Co prawda Rosja dziś zwiększyła do 4 proc. PKB wydatki na obronę, ale w porównaniu i w ewentualnej konfrontacji z potęgą militarną NATO i potęgą ekonomiczną UE nie ma szans wygrać żadnej wojny poza wojną nerwów. Rosja żyje w poczuciu nieuchronnie pogłębiającej się narodowej słabości. Wyczerpuje się jej model rozwoju oparty na sprzedaży ropy i gazu. Moskwa wie, że będzie coraz ciężej. Zamiast modernizacji ucieka w imperialny mit. Putin ma głęboko zakodowany kompleks rozpadu Związku Radzieckiego. To jego obsesja. On wie, że ZSRR rozpadł się na skutek niewydolności ekonomicznej spowodowanej przegranym z Ameryką wyścigiem zbrojeń. A teraz sam wchodzi na tę straceńczą ścieżkę. Dlatego - mam nadzieję - w przewidywalnej perspektywie może się tylko wycofywać, szukając jakiegoś wyjścia z twarzą.
Czy Polska powinna dozbrajać Ukrainę?
- Ukraina ma prawo do obrony i nie jest objęta żadnym embargiem na sprzedaż broni. Działamy w ramach UE i NATO. Polska nie powinna mówić, że nigdy i w żadnej sytuacji nie będzie Ukrainie sprzedawać uzbrojenia. Tak jak niemądre było sugerowanie, że możliwe jest wysłanie polskich żołnierzy na wojnę do Donbasu. Te dwie skrajne postawy trzeba odrzucić. Pomagamy Ukrainie w ramach NATO i UE. Wspieramy zmiany systemu obronnego Ukrainy, by wzmocnić jej zdolności obronne i by lepiej współdziałała z armiami NATO.
• • •
Który moment w ciągu pięciu lat prezydentury był dla pana najtrudniejszy?
- Były dwa. Pierwszy, dramatyczny po katastrofie smoleńskiej. Byłem jednocześnie marszałkiem Sejmu pełniącym obowiązki prezydenta i kandydowałem na najwyższy urząd w państwie. Musiałem godzić sprzeczne role - osoby, która powinna działać na rzecz wspólnotowego przeżywania tragedii, a zarazem jako kandydat w wyborach reprezentowałem tę część Polski, która została ustawiona w roli politycznego wroga z krwią na rękach. Byłem też skrępowany jako kandydat. Moim przeciwnikiem był przecież człowiek osobiście dotknięty katastrofą, w moich oczach godzien okazania mu sympatii i współczucia. A jednocześnie swoim zachowaniem to uniemożliwiał. Działanie na rzecz stabilizacji państwa: powołanie prezesa NBP, uruchomienie procedury wyborczej, przejęcie obowiązków prezydenta przez marszałka Sejmu, decyzje o nominacjach najwyższych dowódców wojskowych... Wszystko to zamiast ze zrozumieniem spotykało się z agresją. Każde moje działania odczytywano jako podyktowane wrogą kalkulacją polityczną.
Był taki urzędnik, Andrzej Duda, który zażądał aktu zgonu prezydenta Kaczyńskiego.
- No właśnie, miałem pewnie wystąpić o akt zgonu do prezydenta Miedwiediewa albo premiera Putina... To by dopiero było. Zresztą z Rosji dostałem depeszę kondolencyjną...
Były wówczas zarzuty, że nie okazał pan dość empatii.
- Nie potrafię okazywać emocji na życzenie. Robienie czegoś na pokaz jest absolutnie sprzeczne z moją naturą. To nie znaczy, że nie mam emocji. Ale w chwilach kryzysu trzeba się wziąć w garść i działać, nie ma czasu na polityczne eksploatowanie emocji. Trzeba twardości i szybkich decyzji. To, co dla moich adwersarzy było moją winą, dla mnie było potwierdzeniem zasady, że w obliczu wielkich zadań nie można sobie pozwalać na czułostkowość.
A drugi trudny moment?
- Kryzys ukraiński. Zbliżenie Kijowa z Unią Europejską to dla Ukrainy jedyna droga rzeczywistej modernizacji i demokratycznego rozwoju. Dlatego bardzo się w to zaangażowałem. Do zadań związanych z Ukrainą przygotowywałem się całe życie. W czasach opozycji antykomunistycznej wydawałem pismo „ABC - Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne", do którego pisali też Ukraińcy. Pismo to było naszym marzeniem o wspólnej wolności. Gdy zostałem prezydentem, kwestia ukraińska stała się dla mnie szczególnie ważna. Polska wykonała wtedy ogromną pracę, prawie uwieńczoną podpisaniem umowy stowarzyszeniowej Ukraina - UE, w imię której byłem skłonny walczyć ze wszystkimi.
Szło opornie. Jedni w Unii tego nie chcieli, bo bali się narazić Rosji, drudzy - bo bali się własnej opinii publicznej. Próbowano Ukrainie odebrać Euro 2012. Było tysiąc kłopotów. Dramatycznym momentem było porzucenie europejskich aspiracji Ukrainy przez wahającego się do ostatniej chwili Janukowycza. To był dla mnie moment straszny. Jednak kilkuletnia praca dala owoce. Odsetek Ukraińców opowiadających się za Zachodem znacznie się zwiększył, przekroczył 50 proc. W obronie europejskiej perspektywy powstał Majdan, ze wszystkimi konsekwencjami, czyli zajęciem Krymu, walkami w Donbasie. Ten drugi trudny moment jeszcze się nie skończył.
Gdy 9 kwietnia przemawiał pan w ukraińskim parlamencie, Rada Najwyższa przyjęła ustawy dekomunizacyjne, w których uznaje UPA za bojowników o niezależność Ukrainy. Jak pan to odebrał?
- Mnie już tam wówczas nie było. Oceniam to jako niepotrzebne ryzyko popsucia dobrego klimatu w polsko-ukraińskich relacjach. Wcale mnie nie zaskakuje, że Ukraińcy uważają UPA za swego zbiorowego bohatera narodowego. Natomiast to, że chcą uniemożliwić jakąkolwiek debatę nad historią UPA i OUN, bo tak trzeba rozumieć zapisy, które zabraniają podawania w wątpliwość roli tych organizacji - to już jest groźne dla dialogu polsko-ukraińskiego o trudnej historii. Respektuję prawo Ukrainy do wyznaczania własnych bohaterów, ale nie może temu towarzyszyć zakaz debaty polityków, historyków i społeczeństw. Bez dialogu nie pokonamy upiorów przeszłości.
Czy wiedział pan, że ukraiński parlament przyjmie takie uchwały?
- Nie. Zdaje się, że poszło żywiołowo i nikt z Ukraińców nie spodziewał się, że taki będzie efekt. To miały być ustawy dekomunizacyjne. Nie chcę tej sprawie nadawać nadmiernej rangi, ale oczekuję od strony ukraińskiej, że odblokuje możliwość polsko-ukraińskiego dialogu o tragicznych kartach historii.
• • •
Obejmując urząd, zapewniał pan, że będzie zabiegał o zgodę narodową. Ale Polska wciąż jest podzielona. Wystarczy wspomnieć choćby gwizdy na śp. prof. Bartoszewskiego pod pomnikiem Gloria Victis. Czy to nie jest także pańska porażka?
- Nie mam poczucia porażki, ale i o pełnym sukcesie trudno mówić. Budowanie i odbudowywanie jedności to zadanie na lata. Zawsze głośniejsi są ci, którzy wspólnotę psują i dzielą. Rolą prezydenta pomimo to jest łączyć i zachować zdolność współdziałania w sprawach strategicznych. Po pięciu latach prezydentury, mimo katastrofy smoleńskiej i wojny politycznej, uzyskałem tak wysokie zaufanie społeczne, że można sądzić, iż wśród ufających mi są także ludzie opcji bardzo ode mnie odległych. To krok w dobrą stronę.
Ale tych dwóch Polsk to do siebie nie zbliża. One są ciągle okopane.
- Są, ale prezydent ma być zwornikiem różnych Polsk.
Nawet z tymi, którzy skandują: „Komoruski, agent Moskwy"...
- Znieważanie nazwiska i fałszywe świadectwa to nie jest polska tradycja. Agresja i nienawiść nie mogą się Polakom podobać. Jestem spokojny, że wyborcy właściwie to ocenią.
Czy pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu byłby ręką wyciągniętą do zgody?
- Rodziny ofiar mają w tej sprawie różne poglądy. Nie wszyscy sobie życzą, aby ten pomnik był w tym samym miejscu, ale wszyscy sobie życzą, by stanął w miejscu godnym, w centrum Warszawy.
Lokalizację u zbiegu ulic Focha i Trębackiej krytykują rodziny nie tylko sympatyzujące z PiS.
- Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić lokalizację, która nie będzie krytykowana?
Krakowskie Przedmieście.
- Nie sądzę. Gdy część rodzin ofiar zwróciła się do mnie, bym znalazł odpowiednie miejsce, to jedni chcieli, by pomnik był przed lotniskiem, inni mieli inne, własne pomysły, a jeszcze inni uważali, że wystarczy pomnik na Powązkach. Dążenie do pełnej jedności jest iluzją. Potrzebny jest kompromis, który zawsze ma to do siebie, że nie wszystkich w pełni zadowala. Decyzje zapadają, pomnik powstanie, upływ czasu sprawi, że wielka część opinii publicznej uzna, iż trzeba już wyciszyć emocje i otworzyć nowy etap -jeśli nie zgody, to po prostu wspólnej pamięci o ofiarach.
Czy pomnik świateł też się panu kojarzy z pomnikiem NSDAP, jak powiedziała prezydent Warszawy?
- Nie. Dla mnie liczy się, by pomnik stanął w miejscu, które nie kojarzy się z awanturami i konfliktem, ale z tym jedynym momentem mszy żałobnej, gdy wszystkie rodziny stały obok siebie i cała Polska była zjednoczona. Lokalizacja u zbiegu ul. Focha i Trębackiej, czyli na pl. Piłsudskiego, jest najlepsza, bo pozwala odwoływać się do jedynego momentu pełni wspólnej żałoby. Wspólna msza żałobna była na pl. Piłsudskiego właśnie.
• • •
Biskupi ostrzegają, że posłowie, którzy poprą in vitro, sami postawią się poza Kościołem.
- Nie chcę być prezydentem sumień Polaków, choć sam mam sumienie w znacznej mierze ukształtowane przez uczestnictwo w Kościele katolickim. Prezydent nie jest od rozstrzygania dylematów moralnych. Ma pilnować, by państwo nie odbierało obywatelom wolności podejmowania osobistych decyzji w zgodzie z ich najgłębszymi przekonaniami. Prawo musi uwzględniać różne wrażliwości etyczne swoich obywateli. Pozwólmy samym ludziom w jak największym stopniu decydować o ich życiu.
Bez groźby wsadzania Polaków do więzienia na dwa lata za wykonywanie in vitro?
- Ta propozycja m.in. mego kontrkandydata jest przejawem aroganckiej wyższości wobec ludzi, którzy pragną pełnego rodzinnego szczęścia. Do tego prowadzi religijny dogmatyzm i polityczny radykalizm. Przerabialiśmy to w latach 2005-07. Powtórzę: w kwestiach światopoglądowych prezydent winien szanować różne wrażliwości.
Biskupi uważają, że sprawy światopoglądowe nie podlegają negocjacjom.
- Ale tu nie chodzi o nauczanie Kościoła, tylko o stanowienie prawa dla wszystkich obywateli. Arcybiskup Michalik mówił wyraźnie, że odróżnia kompromis polityczny od moralnego i że kompromis polityczny służy sprawie. Mówił też, że można się kierować nie tylko zasadą mniejszego zła, ale też zasadą większego dobra. To bardzo odpowiada moim poglądom. I tak w sprawie in vitro, która dotąd w ogóle nie jest uregulowana, ustawa jest krokiem w stronę większego dobra.
Kościół nie prowadzi zasadniczo kampanii wyborczej, ale ona ma miejsce na poziomie parafii. Tam promuje się jednego kandydata - i nie jest to pan.
- Dla mnie ideałem jest Kościół wolny od wszelkiego zaangażowania politycznego.
W Polsce takiego nie ma.
- Nie jest tak źle. Z badań wynika, że ponad 80 proc. katolików nie chce, aby im księża mówili, na kogo mają głosować, i wtrącali się w sprawy polityczne. I j a się mieszczę w tych przeszło 80 proc., którzy mówią: nie chcemy politycznego zaangażowania księży. Sam jako kandydat nie oczekuję poparcia Kościoła i jako katolik nie chciał-bym, by mój Kościół kogokolwiek wspierał.
Pięć lat temu powiedział pan, że podpisałby pan ustawę o związkach partnerskich. Teraz pan zmienił zdanie?
- Mówiłem i mówię tak samo. To trudne sprawy ludzkie i powinny być rozwiązywane. Ale czy jedną ustawą, czy też zapisami w różnych ustawach, to odrębna kwestia. Jestem przeciwnikiem robienia z tego sztandaru politycznego. Trzeba m.in. dać ludziom w tego typu związkach prawo do informacji medycznej czy dziedziczenia itd. Można i trzeba szukać różnych rozwiązań, byle w zgodzie z konstytucją.
Feministki oburzyła pańska wypowiedź, tym razem z Łodzi, że tam jest eldorado, bo na 100 mężczyzn przypada 120 kobiet.
- Niesłusznie się oburzają. Proszę sobie wyobrazić, że Łódź to jest prawdziwe miasto kobiet, gdzie jest ich nie tylko więcej, ale gdzie prezydent jest kobietą, wojewoda również. Warto to podkreślać, w tym nie ma miejsca na męski seksizm. Czy feministkom nie podoba się eldorado kobiet
- miasto, gdzie jest więcej kobiet i gdzie kobiety odgrywają tak istotne role?
Chce pan wprowadzenia w prawie podatkowym zasady, że wątpliwości są rozstrzygane na korzyść podatnika. Ale Ministerstwu Finansów ten pomysł się nie podoba.
- Nie oczekiwałem entuzjazmu od ministra finansów, bo dla niego to duże wyzwanie. Trudno jednak kwestionować zasadę, że jeżeli państwo toleruje luki i wątpliwości w przepisach prawa, to ono ponosi tego skutki, a nie obywatel. Mam przekonanie, że to absolutnie słuszne. Polski system podatkowy powinien być oparty na uczciwych relacjach między państwem a podatnikiem. Nie jest to pięknoduchostwo. Polsce jest potrzebny szacunek obywateli do państwa, ale nie będzie go bez szacunku państwa do obywateli. To musi działać w dwie strony.
• • •
Siedzimy pod żyrandolem, który według Donalda Tuska miał być symbolem niemocy prezydenta. Czy ma pan żal do Tuska za tę wypowiedź?
- Nie mam żalu, ale chcę zauważyć, że Donald Tusk też wybrał żyrandol - tyle że europejski. I ja mu się nie dziwię, bo stał się w ten sposób jednym z bardziej wpływowych ludzi kontynentu.
Ale opozycja tak nazywa pańską prezydenturę - „żyrandolowa".
- Tak mówią ci, którzy chcieli być prezydentem, ale im się nie udało, albo marzą o tym urzędzie, ale wiedzą, że nigdy nie zostaną wybrani.W Polsce pozycja prezydenta jest relatywnie mocna na tle innych krajów europejskich. Oczywiście nie tak mocna jak prezydenta V Republiki od czasów de Gaulle'a. Ale to naprawdę duże uprawnienia i duża odpowiedzialność. Zwłaszcza że wiemy dobrze, iż zły prezydent może siać destrukcję, blokować współpracę, psuć demokrację. Słyszę niekiedy głosy, że szkoda, iż nie podstawiłem nogi rządowi, nie pokłóciłem się znowu o krzesło czy samolot. Ale nie o to chodzi w prezydenturze. Prezydent jest arbitrem, który ocenia - kierując się konstytucją - posunięcia władzy wykonawczej i ustawodawczej, a czasami jest gwarantem apolitycznej logiki w funkcjonowaniu państwa. To pozycja niesłychanie mocna w obszarze bezpieczeństwa i obrony.
Znów wraca dyskusja, że skoro prezydent ma mocny mandat powszechny, to może trzeba wprowadzić system prezydencki. Albo na odwrót - niech go wybiera Zgromadzenie Narodowe, bo ma ograniczone kompetencje. Czy należałoby zmienić konstytucję w kierunku systemu prezydenckiego lub kanclerskiego?
- Konstytucja to nie jest zabawka, którą można dowolnie zmieniać w zależności od kontekstu. Ustrój należy doskonalić, ale bez ciągłego wywracania podszewką do góry. Złej baletnicy i rąbek u spódnicy... Jak komuś nie wychodzi politycznie, to mówi: zmieńmy ustrój, zmieńmy konstytucję. To często przejaw frustracji. W ramach tego ustroju można osiągać sukcesy.
Nie chciał pan w kampanii rozmawiać o wejściu Polski do strefy euro. Jednak w 2010 r. złożył pan projekt zmian w konstytucji, który zawierał rozdział europejski i propozycję zmian zapisów dotyczących NBP.
- Chciałem stworzyć podstawę do decyzji w sprawie przyjęcia lub nie euro. Proponowałem rzeczywistą debatę w sprawie euro, a nie ciągłe bicie piany na poziomie bałamutnego porównywania cen w dyskontach w Polsce i na Słowacji. Trzeba mieć Polaków za „ciemny lud", ufając, że to „kupi". Wszyscy wiemy, że bez zmiany konstytucji mówienie o wejściu do euro jest bez sensu. Wiemy też, że integracja w UE pójdzie dalej, opierając się na krajach należących do strefy euro.
Ale PO koniunkturalnie nie chciała o tym dyskutować, bo większość Polaków jest przeciwko szybkiemu wejściu do strefy euro.
- Ale to ja miałem rację. Proponowałem zmianę, która nie przesądzała niczego, tylko otwierała debatę do zmiany rzeczywistej, a nie pozornej.
Nie przekonał pan macierzystej partii?
- Jestem bezpartyjny i wtedy też byłem. Proszę więc nie pytać mnie o partię. Ja swoje zrobiłem. Teraz w gorączce wyborczej nie czas na debatę o euro. Wrócimy do tematu po wyborach, w 2016r.
Bierze pan pod uwagę zmianę reformy emerytalnej - tak by prawo do emerytury zależało nie tylko od wieku, ale także od stażu pracy. Czy to odwrócenie reformy?
- Nie, ale jest jakaś niesprawiedliwość w tym, że staż ludzi, którzy poszli do pracy np. w wieku 16 lat, jest znacznie dłuższy niż tych, którzy idą do pracy później, a prawa emerytalne nabywaj ą w tym samym wieku. Czy to się da pogodzić z reformą emerytalną? Nad tym będą pracować eksperci. Nie chcę wywracać reformy emerytalnej, ale ją udoskonalić, by znieść tę ewidentną niesprawiedliwość.
Dlaczego to pan powinien wygrać wybory prezydenckie, a nie Andrzej Duda?
- Bo władza to ogromna odpowiedzialność. Głowa państwa musi mieć odpowiednią wiedzę i doświadczenie, które zdobywa się, przechodząc krok po kroku kręgi politycznego wtajemniczenia, wzloty i porażki. W polityce jestem od lat czterdziestu. Moimi kręgami wtajemniczenia były opozycja demokratyczna, „Solidarność", internowanie, praca dla rządu Tadeusza Mazowieckiego, wieloletnie posłowanie na Sejm, Ministerstwo Obrony, maszałkowanie w Sejmie i w końcu prezydentura. Czuję się dojrzały i na siłach, by sprostać strategicznym wyzwaniom. Chodzi przecież o bezpieczeństwo, problemy rodziny jako odpowiedź na kryzys demograficzny, odbudowę wspólnoty w duchu nowoczesnego patriotyzmu. I konkurencyjną gospodarkę, bo bez niej nie ma przyszłości, oraz jakość prawa. Olbrzymim wyzwaniem są szansę młodzieży w wymiarze ekonomicznym, mieszkaniowym i rodzinnym - program ma roboczą nazwę „Dobry start dla młodych". Składam ofertę przyzwoitą. Mam nadzieję, że 10 maja Polacy podejmą dobre decyzje.
Będzie druga tura?
- To zależy, jak zagłosują obywatele. Bardzo bym chciał, by skończyło się na pierwszej. Ale każda próba przesądzenia tej sprawy jest przedwczesna i trąci arogancją.
Według sondażu TNS Polska dla „Wyborczej" brakuje panu 3 pkt proc., by wygrać w pierwszej turze.
- „Prawie" robi wielką różnicę, ale pracuję, działam i zabiegam o głosy.
Grzegorz Braun, pana konkurent do prezydentury, mówi, że „prezydenta trzeba postawić pod ścianą", że to agent moskiewski, a Polska to „kondominium niemiecko-rosyjskie pod powierniczym zarządem żydowskim". Mówił też, że co dziesiątego dziennikarza „Wyborczej" i TVN trzeba rozstrzelać.
- Mam nadzieję, że to mi pomoże, a nie zaszkodzi. Im bardziej jestem atakowany z pozycji skrajnych, tym bardziej widać nonsens tych ataków. Ale sam fakt, że ktoś liczy, iż ultraradykalna i antydemokratyczna argumentacja pozwoli mu wygrać wybory prezydenckie, powinien być dzwonkiem alarmowym. Demokracja i wolność nie są dane raz na zawsze. Trzeba ich bronić przed takimi ludźmi także przy urnach wyborczych.
Z PREZYDENTEM BRONISŁAWEM KOMOROWSKIM ROZMAWIALI RENATA GROCHAL I JAROSŁAW KURSKI