Menu rozwijane

18 sierpnia 2010

Wywiad z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Bronisławem Komorowskim ukazał się w tygodniku "Polityka" 18 sierpnia 2010 roku

POLITYKA: - To Bronisław Komorowski wywołał ten konflikt mówiąc o usunięciu krzyża sprzed prezydenckiego pałacu. Taka opinia jest dość rozpowszechniona - nawet wśród osób neutralnych - w zaprzątającym nas ostatnio sporze. Czy dziś pan prezydent ocenia, że popełnił błąd?


BRONISŁAW KOMOROWSKI:
- Zapewne jest to opinia rozpowszechniana głównie przez tych, którzy chcą pozbyć się odpowiedzialności za politycznie ryzykowne i nieprzyjemne zjawiska widoczne przed Pałacem Prezydenckim. Nigdy nie mówiłem o usunięciu krzyża, zawsze mówiłem o potrzebie przeniesienia krzyża w sposób godny, w porozumieniu z władzami kościelnymi w godne miejsce, czyli do kościoła.

I powtórzyłby pan tamto swoje zdanie o krzyżu dzisiaj?

Rozumiem, że za sugestiami, abym tego nie mówił, stoi przeświadczenie, że można ludzi oszukiwać, że można co innego mówić, a co innego robić. Ja takiego zwyczaju nie mam. Nie lubię niczego udawać, kamuflować. Powtarzam więc: tak, uważałem i uważam nadal, że krzyż, który stał się symbolem żałoby narodowej, symbolem wspólnego przeżycia Polaków po 10 kwietnia, z całą godnością, w porozumieniu z Kościołem i harcerzami, należy przenieść do kościoła św. Anny. Szkoda, że nie udała się uroczystość procesyjnego przeprowadzenia krzyża, który mógłby potem pójść z pielgrzymami, ze studentami na Jasną Górę, właśnie jako symbol jedności. To było rozwiązanie, które leżało w interesie państwa i Kościoła, które mogło być bardzo odpowiednią formą przypomnienia żałoby.

Co dalej?

Mam nadzieję, że emocje opadną choć częściowo, zwłaszcza że na murze Pałacu Prezydenckiego jest już tablica upamiętniająca żałobę...


...przywitały ją okrzyki: hańba, wstyd.

Prawda, powitały ją takie okrzyki. Ale zrobiłem przecież to, co należało zrobić. Także w Sejmie znajdzie się tablica upamiętniająca marszałka Macieja Płażyńskiego, jak i wspólna tablica poświęcona pamięci wszystkich parlamentarzystów.

Pierwszą moją decyzją jako prezydenta, podjętą już w dniu zaprzysiężenia, było wydanie polecenia szefowi mojej kancelarii upamiętnienia tych wydarzeń, które wiążą się z Pałacem Prezydenckim, a których symbolicznym wyrazem był krzyż. To musiało się odbyć w zgodzie z przepisami, a więc w porozumieniu z konserwatorem zabytków i miastem. Ale także z podkreśleniem, że była to inicjatywa harcerska. I to właśnie się stało - tablica na ścianie pałacu już jest. Natomiast jeśli chodzi o krzyż, to mam nadzieję, choć być może jest ona płonna, że emocje opadną i będzie możliwe wykonanie umowy zawartej 21 lipca z kurią i harcerzami. O takie rozwiązanie zaapelowało też Prezydium Konferencji Episkopatu Polski.

Panie prezydencie, pan wie, że ta tablica nie zadowoli pańskich oponentów, że chodzi o pomnik; powstaje już komitet honorowy, na którego czele zgodziła się stanąć pani Jadwiga Kaczyńska.

W demokracji każdy ma prawo tworzyć komitety i występować o budowę pomnika. Każdy ma prawo do dyskutowania o formie czy sposobie budowania pomników.

Ale ten pomnik ma stanąć tu, przed pałacem, w tym miejscu.

To wydaje mi się dość dziwny pomysł, bo jak przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego stawiać inny pomnik? Ale decyzje w sprawie pomników podejmują konserwator i władze miasta. Pewne jest, że upamiętnienie razem wszystkich ofiar katastrofy powinno nastąpić. Trzeba na to trochę czasu, tak aby opadły emocje. Przecież dzisiaj nawet rodziny ofiar są w tej sprawie podzielone.

Jak pan prezydent opisze ten konflikt rozgrywający się przed pałacem? Opinie są rozbieżne, premier Tusk mówi, że nic wielkiego się nie dzieje, że są emocje, ale one są wpisane w demokrację, a Jarosław Kaczyński zapowiada stworzenie wielkiego społecznego ruchu na fundamencie tych emocji.

Na tym właśnie polega demokracja, że każdy ma prawo się organizować, byle działał w ramach systemu prawnego i dobrych obyczajów. Ostatecznym weryfikatorem, czy są to dobre, czy złe pomysły, będą zawsze wyborcy i opinia publiczna. Dziś z badań opinii publicznej wynika, że ogromna większość, bo aż ponad 77 proc., chce godnego przeniesienia krzyża do kościoła, i zdecydowana większość, bo ponad 70 proc., chce upamiętnienia ofiar katastrofy i samej narodowej żałoby. Częściowo, w formie tablicy pamiątkowej, już to nastąpiło.

Ten krzyż jest bezpośrednio wymierzony w pana, ma, jak to odczytujemy, delegitymizować pańską prezydenturę.

Ale widać, że to się nie udało i się nie uda. Obecna sytuacja jest jednak ryzykowna i politycznie trudna dla wszystkich. A najbardziej chyba dla Kościoła, który już płaci za ten konflikt i będzie płacił w perspektywie długofalowej. Dlatego bardzo liczę na pełne współdziałanie w duchu porozumienia z 21 lipca, podpisanego z kurią warszawską. To jest sposób na wyjście ze złej sytuacji, w której deprecjonowany jest krzyż, ale i państwo. Już widać, kto na tym korzysta, a kto traci.

Kto korzysta?

Na każdym ostrym podziale zyskują środowiska ekstremalne, zarówno fundamentalistycznie prawicowe, jak i radykalnie lewicowe i antyklerykalne, tracą natomiast środowiska umiarkowane. W Polsce, 0 czym świadczy także wynik wyborów prezydenckich, większość społeczeństwa chce wzajemnego szacunku państwa i Kościoła 1 nie udziela poparcia siłom skrajnym.

Nie czuje się pan twórcą „prezapateryzmu" w Polsce, co przypisuje panu Jarosław Kaczyński?

Oczywiście z pewnym niedowierzaniem słyszę, że ja - człowiek, którego rodzina w ciągu wieków ufundowała kilkadziesiąt kościołów, miała w swoim gronie prymasa, a ja sam jako nauczyciel w seminarium duchownym w stanie wojennym mam na koncie wychowanie chyba setki proboszczów czy późniejsze działanie na rzecz odbudowy ordynariatu polowego Wojska Polskiego - nagle mam być twórcą „prezapateryzmu". To zresztą i tak brzmi już lepiej, bo wcześniej padało oskarżenie, że jestem jak sam Zapatero. Ironizuję, bowiem dużo jeszcze wody w Wiśle musi upłynąć, zanim osobom wypowiadającym dziś takie słowa uda się wypchnąć mnie poza nawias polskiej tradycji patriotycznej, akowskiej i katolickiej. Musieliby to samo zrobić z gen. Borem-Komorowskim i prymasem Adamem Ignacym Komorowskim.


 

Kościół opuścił jednak pana w kampanii i teraz też nie pomaga.

Jeśli serio chce się, aby polski Kościół w pełni respektował soborową zasadę życzliwego wzajemnego szanowania autonomii państwa i Kościoła, a ja takie deklaracje składałem; jeśli mówi się, a ja to mówiłem, że Kościołowi jest do twarzy z dystansem do konfliktu politycznego, bo gdy go brak, to Kościół i wierni się dzielą, to wtedy, zgodnie z tymi deklaracjami, nie można - i ja nie mogłem - oczekiwać, że Kościół zaangażuje się po mojej politycznej stronie. Zawsze z sympatią myślałem o tych ludziach w Kościele, którzy udzielali mi poparcia, nie deklarując tego na zewnątrz, nie uprawiając polityki. Jestem im za to wdzięczny, ale chciałbym widzieć Kościół zdystansowany do całej sceny politycznej. Każdy może mieć własne poglądy polityczne, ale nie powinien ich wyrażać na gruncie instytucji Kościoła i nie powinien zamieniać się w działacza politycznego czy wręcz agitatora. Tego oczekuję od tych, którzy mają sympatię wobec mnie, jak i tych, którzy wyrażali poparcie dla mojego konkurenta.


Czy ma pan swoje wytłumaczenie, dlaczego tak się stało, że większość kapłanów popierała pańskiego konkurenta?

Jestem w dość delikatnej sytuacji, bowiem czuję się cząstką Kościoła powszechnego i nie chciałbym żadną moją wypowiedzią przyczynić się do pogłębienia obecnego kryzysu. Taki kryzys Kościół przechodził już na początku lat 90. w okresie zauroczenia politycznego i zaangażowania w popieranie konkretnych partii politycznych. Z tego były same kłopoty dla Kościoła i dla państwa. Stawiam więc na pogłębioną refleksję w samym Kościele, polegającą na tym, że zarówno państwu, jak i Kościołowi służy świecki charakter państwa, rozdział państwa i Kościoła, i że słuszna jest zasada poszanowania wzajemnej autonomii. Mam sygnały, że taka refleksja już się pojawia.

Spór wokół krzyża bardzo ożywił dyskusję o stosunkach państwo-Kościół. Pojawia się coraz więcej opinii, żeby jeszcze raz przemyśleć nie tyle nawet ramy prawne, ile praktykę. To już nie tylko lewica mówi, że jeśli Kościół tak aktywnie wkroczył w sferę polityczną, powinien być traktowany jako podmiot polityczny, a ponieważ przegrał wybory, więc wracamy do wszystkich innych spraw: religia w szkole, oceny na świadectwach, opłacanie katechetów, krzyże w miejscach publicznych, komisja majątkowa, krzyż w sali sejmowej. Te sprawy powinny raz jeszcze podlegać ocenie?

Krzyża z sali sejmowej nikt nie usunął również w okresie rządów lewicy, trzeba więc widzieć tu także elementy bieżącej gry politycznej. Generalnie jednak ta dyskusja już jest otwarta, toczy się, a jej katalizatorem niewątpliwie jest właśnie cały splot spraw związanych nie tyle z wyborami prezydenckimi, ile z politycznym nadużyciem symboliki krzyża. Nikt tej dyskusji już nie przerwie i będzie ona dotyczyła bardzo wielu spraw, nie tylko obecności krzyża w sferze publicznej. Chciałbym bardzo, aby toczyła się ona w kierunku przyjaznego rozwiązywania problemów i uznania przez wszystkich: wiernych, Kościół hierarchiczny, polityków, że właśnie świecki charakter państwa jest nie tylko normą cywilizacyjną, ale że także służy Kościołowi. Należy się więc zastanawiać, które z rozwiązań funkcjonujących dzisiaj mieszczą się w zasadzie przyjaznej autonomii i współpracy, a które już nie.

Dla mnie taka poważna debata byłaby bardzo istotna. Interesuje mnie przede wszystkim to, co może służyć lepszemu funkcjonowaniu Kościoła na rzecz społeczeństwa demokratycznego.

Będzie pan prezydent nalegał na przykład na przyspieszenie prac nad ustawą o zapłodnieniu in vitro?

Swojego stanowiska w tej sprawie nie zmieniam, choć mam świadomość, że naraziłem się środowiskom katolickim i hierarchii prezentując mój osobisty jednoznaczny pogląd w tej kwestii. Opowiedziałem się za prawem do wyboru, zgodnie z sumieniem. Nie wolno zabierać prawa do posiadania dzieci poprzez metodę in vitro tym, którzy chcą je mieć. I tylko z takiego punktu widzenia będę oceniał ustawy przysłane mi przez parlament. Pierwszy ruch należy jednak do parlamentu.


Jarosław Kaczyński mówi o panu „pan Komorowski", nie uznaje pana prezydentury i zapowiada, że tak będzie do końca kadencji. Pan chciał budować współpracę również z politycznymi konkurentami, powołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Wydaje się, że z tej współpracy nic już nie będzie.

Nadal mam nadzieję na taką współpracę. Na razie płyną słowa, a okoliczności polityczne często wręcz wymuszają współpracę. Nie słyszałem, aby pan Jarosław Kaczyński chciał zrezygnować z członkostwa w RBN. Liczę na tę Radę, że nawet w sytuacjach trudnych, pełnych emocji, związanych z przegranymi wyborami, pozostanie miejscem dialogu i porozumienia. A reszta, jak w życiu. Trzeba próbować być cierpliwym i nie tracić nadziei. Staram się być realistą i oczywiście przesadnych nadziei nie buduję, ale tam, gdzie tylko się da, będę zabiegał o porozumienie. Taka jest rola prezydenta. Jeśli się nie uda, to trudno. Oczywiście, do każdego dialogu potrzebna jest druga strona, ale wierzę, że wcześniej czy później taka druga strona powstanie. Taka jest polityczna logika.

Tadeusz Mazowiecki powiedział: Kaczyński wznieca rokosz, a co powie pan?

Prezydentowi nie jest do twarzy z używaniem ostrych słów. Polska i Polacy maj ą do wykonania ogromną pracę w budowaniu stosunku do państwa jako wartości wspólnej, także jeśli chodzi o stosunek do prawa. Nie jest naszą najmocniejszą cechą narodową szacunek dla demokratycznej władzy i nad tym trzeba pracować. Będę to robił, adresując swoje przesłanie także do ludzi, którzy głosowali na Jarosława Kaczyńskiego. Chciałbym, aby za parę lat licząca się część tych ludzi mogła powiedzieć, że ich rola w społeczeństwie została przeze mnie dostrzeżona i doceniona. To jest wielkie wyzwanie, które można podejmować wspólnie z Jarosławem Kaczyńskim albo bez niego.

Jest pan obciążany, wspólnie z premierem zresztą, przez Jarosława Kaczyńskiego, prezesa największej partii opozycyjnej, odpowiedzialnością moralną i polityczną za katastrofę pod Smoleńskiem. To też wyznacza relacje i możliwość współpracy.

Kładę to wszystko na karb rozgoryczenia porażką wyborczą oraz szczególnych uwarunkowań wynikających z bezpośredniego związku rodzinnego z moim poprzednikiem. Minie trochę czasu i ujawni się, co jest tu grą polityczną, a co jest skutkiem autentycznych rozterek wewnętrznych i dramatów. Mam nadzieję, że większość tych nastrojów po prostu wyparuje, bowiem są one tak absurdalne, że na dłużej się nie obronią. Zachowuję tu spokój, gdyż po wygranych wyborach mogę mieć większy dystans do wielu spraw niż mój konkurent, który przegrał. Z faktu, że wygrałem, wynikają też większe moje obowiązki i nie obrażam się, że ktoś mówi „pan Komorowski". Ja zawsze będę mówił „pan prezes Kaczyński". Zresztą, po przegranych przez PiS wyborach parlamentarnych Donald Tusk w oczach polityków tej partii nawet nie zasługiwał na słowo „pan". Był po prostu Tuskiem. „Panem premierem" był tylko były premier.

 

Liczne oskarżenia dotyczą tego, co politycy PiS nazywają przemysłem pogardy wobec Lecha Kaczyńskiego, a więc okresu poprzedzającego katastrofę i w gruncie rzeczy sprawa dotyczy oceny pana poprzednika. Jesteśmy wszyscy skrępowani w ocenach faktem tragicznej śmierci Lecha Kaczyńskiego. Stąd można powiedzieć wszystko w obronie tamtej prezydentury i niewiele przeciw.

Uważam, że to skrępowanie w ocenach należy częściowo uwzględniać, bo ono wynika z polskiego obyczaju, że o zmarłych nie mówi się źle. Nie oznacza to, że zmienia się opinię; katastrofa i śmierć nie bierze wszystkiego w nawias. Nie można wyłączyć ocen politycznych, ale trzeba je formułować z szacunkiem dla faktu śmierci i żalu osób, które pozostały. Ja mojej oceny prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie zmieniam i ona jest krytyczna. Nikt i nic nie zmieni wyników sondaży sprzed katastrofy smoleńskiej, one są faktem i każdy może do nich zajrzeć.

Szczególnie ostro wyrzuca się panu przyjaźń z Januszem Palikotem, autorem wielu agresywnych wypowiedzi pod adresem byłego prezydenta. Teraz pan odsunie od siebie Palikota?

Z Januszem Palikotem przyjaźnię się od wielu lat, od czasów, kiedy on jeszcze nie funkcjonował w polityce. Staram się być wierny zasadzie, że nie zmieniam przyjaźni w zależności od tego, czy mi to politycznie pasuje, czy nie. Czasem przyjaźnie nie wytrzymują politycznego zaangażowania i znikają w ramach polityki. Przeżywałem takie rozstania parokrotnie. Szczególnie dotyczy to opozycji demokratycznej i ruchu Solidarności. Jeśli chodzi o Janusza Palikota, to zawsze mówiłem, że nie akceptuję różnych form jego działalności czy wypowiedzi. On czasem moje opinie uwzględnia, ale częściej ich nie uwzględnia. W polityce każdy działa na własne konto. Znoszę więc to, że osoba, z którą się przyjaźnię, czasem mi szkodzi, kierując się zresztą dobrymi intencjami. Nie zamierzam też czynić wyrzutów moim konkurentom, że ktoś z nich przyjaźni się z Antonim Macierewiczem czy z Jackiem Kurskim.


Padło nazwisko Macierewicza. Czy zna pan już drugą część raportu z likwidacji WSI i co pan z nią zrobi? Podobno rzecz dotyczy także pana.

Nie czytałem go, ale pewnie przeczytam. Gdy zacząłem pełnić obowiązki prezydenta, specjalnie kazałem zapieczętować i pozostawić w spokoju wszystkie szafy pancerne z tajnymi dokumentami, bo nie było wiadomo, kto prezydentem zostanie. Jednak z faktu, że prezydent Kaczyński tego raportu nie opublikował, już wynikają pewne wnioski, głównie ten, że najwyraźniej nie miał on zaufania do jego zawartości. Należy więc sądzić, że nie jest to rzetelna robota, ale udziergana prowokacja polityczna. Jeżeli Lechowi Kaczyńskiemu zadrżała ręka przed podpisaniem do druku, to nie widzę żadnego powodu, abym ja ten raport upubliczniał. Odsyłam do wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego na ten temat, gdy mówił, że fakty zastąpiono interpretacjami.

Posiada pan prawo weta. Jest ono dla pana ważne? Wyobraża pan sobie już sytuacje, w których po nie sięgnie?

Nie zajmuję się dziś czarnymi scenariuszami, oczekuję dobrych projektów ustaw i zwracam uwagę, że prezydenckie weto może nie tylko hamować, ale odgrywać rolę powstrzymującą przed ekscesami prawnymi, czyli działać pozytywnie. Funkcja prezydenta tak jest w konstytucji opisana, że jest częścią władzy wykonawczej, ale nie jest częścią rządu. Wydaje mi się, że większym problemem dla Polski nie jest określanie granic, za którymi będzie weto czy demonstrowanie niezależności wobec rządu, ale określenie mechanizmów, które uwolnią nas od konfliktów i zapewnią współdziałanie. Prezydent zawsze będzie niezależny, gdyż tak skonstruowana jest konstytucja, tak jest zbudowany nasz ustrój, ale czy prezydent potrafi zachęcić rząd do współpracy, współdziałania, budowania ważnych projektów politycznych? To są istotne pytania.

A do czego, panie prezydencie, chciałby pan teraz zachęcić rząd?

Do przeprowadzenia analizy, co można - w sensie ambitnych dokonań reformujących kraj - zrobić przed wyborami parlamentarnymi. Sądzę, że warto zobaczyć, czy takim obszarem nie jest służba zdrowia. Chętnie bym do tego rząd przekonywał. Ten temat był bardzo gorący w kampanii wyborczej. Wydaje mi się, że z tej dyskusji trzeba wreszcie wyciągnąć ostateczne wnioski i reformy kończyć.

A jak pan będzie budował sam urząd prezydenta, czy powstaną jakieś rady, zespoły doradców? I w jakich sprawach? Czym siedziba prezydenta ma być: urzędem czy bardziej ośrodkiem myśli państwowej?

Mówiłem już w orędziu, że chciałbym, aby siedziba prezydenta znajdowała się na skrzyżowaniu różnych dróg politycznych i była otwarta na różne inicjatywy. Chcę dokonać kilku zasadniczych zmian. Pierwsza dotyczy Biura Bezpieczeństwa Narodowego, które do tej pory było instytucją szczególnego, nieprzyjaznego nadzoru nad różnymi resortami, brakowało zaś tego, co niezbędne, czyli miejsca myślenia strategicznego o problemach bezpieczeństwa i obronności. W BBN musi więc powstać centrum analiz strategicznych i chcę do niego zaprosić ludzi z różnych orientacji politycznych, mających doświadczenie w tych sprawach. Zamiast śledzenia, kontrolowania i szukania haków musi być monitorowanie realnych problemów i myślenie o przyszłości, ale także obsługa Rady Bezpieczeństwa Narodowego, czego BBN nie robiło, bowiem Rady takiej faktycznie nie było.

W samej kancelarii sporo też trzeba zmienić i dla mnie sprawą najważniejszą jest znalezienie osób, które doradzanie łączą z pewną odpowiedzialnością. Planuję powołanie zespołu doradztwa strategicznego w kilku obszarach. Zespół ten dopiero powstaje, więc nie wymieniam nazwisk, ale z pewnością jednym z moich strategicznych doradców będzie Tadeusz Mazowiecki, co dla opinii publicznej powinno być wskazówką, że nie będzie to doradztwo partyjne. Zamierzam także mieć przy sobie osoby łączące dwie funkcje - doradcy w jakimś obszarze i jednocześnie łącznika z konkretnym środowiskiem politycznym. Nie chcę mieć u siebie ambasadorów partii politycznych, byłoby to sprzeczne z konstytucyjnym umocowaniem prezydentury, ale chcę mieć trzy, może cztery osoby kontaktujące się w moim imieniu z różnymi środowiskami ideowymi. Te osoby już znalazłem i niedługo ogłoszę ich nazwiska.

Jakie będzie przesłanie pierwszej pana zagranicznej wizyty na trasie Bruksela, Paryż, Berlin? Czy to jakieś nowe otwarcie?

Mam już za sobą pierwsze kontakty zagraniczne, spotkanie z prezydentami najbliższych krajów, z panią prezydent Litwy, z prezydentem Czech. Ale oficjalnie oczywiście najpierw będzie Bruksela z bogatym programem, aby zaznaczyć, że polska przyszłość to przede wszystkim członkostwo w Unii Europejskiej. Jednym z narzędzi mogących wzmacniać naszą europejską rolę pozostaje Trójkąt Weimarski. Ożywienie współpracy w trójkącie Polska-Niemcy-Francja, która bardzo kulała za mojego poprzednika, uważam za jedno z ważniejszych zadań. Dlatego po Brukseli będzie Paryż, a potem Berlin. W trakcie pobytu w Niemczech planowane są ważne, choć może symboliczne zdarzenia, na przykład po raz pierwszy prezydenci Polski i Niemiec wspólnie pojadą do miejsca śmierci gen. Stefana Grota-Roweckiego do Sachsenhausen i mam nadzieję, że razem z szefem Bundestagu złożymy kwiaty pod pomnikiem Solidarności w Berlinie, który wspólnie wybudowaliśmy. Ta wizyta ma otworzyć nowy rozdział współpracy z Niemcami, bowiem dziś właśnie dobra współpraca z tym państwem jest szansą na umocnienie Trójkąta Weimarskiego.

Był pan już w Rosji jako wykonujący obowiązki prezydenta, nawiązał pan pierwsze kontakty, będą one miały ciąg dalszy?

Nie ukrywam, że moim marzeniem, ale też pewnym ryzykiem jest pogłębienie procesu porozumienia z Rosją, który może się przerodzić w coś bardziej trwałego. Już zaprosiłem prezydenta Miedwiediewa do Warszawy...

 

Jak zamierza pan prowadzić politykę zagraniczną, nie wchodząc w kompetencje rządu, jest przecież orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, że to rząd odpowiada za politykę zagraniczną.

Składając 6 sierpnia 2010 r. wobec Zgromadzenia Narodowego przysięgę prezydencką, zobowiązałem się do dochowania wierności postanowieniom konstytucji. A ta jednoznacznie stanowi, że to rząd prowadzi politykę zagraniczną. Ta sama konstytucja czyni z prezydenta najwyższego przedstawiciela Rzeczpospolitej, stojącego na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa. Definiuje też jego rolę jako reprezentanta państwa w stosunkach zewnętrznych. Ustawa zasadnicza nakłada na mnie obowiązek współdziałania w tej dziedzinie z premierem i właściwym ministrem. Zamierzam w pełni stosować się do tych postanowień. Na pewno nie będę prowadził własnej polityki zagranicznej. Rolą prezydenta nie jest bowiem prowadzenie bieżącej działalności dyplomatycznej - wypracowywanie stanowisk, negocjacje, doraźne spory. Prezydent winien - w mojej opinii - przede wszystkim wytyczać podstawowe kierunki polskiej dyplomacji i czuwać nad zgodnością bieżącej polityki z polską racją stanu.

Od 15 sierpnia, formalnie, jest pan też nowym zwierzchnikiem sił zbrojnych. Czy będzie pan bronił sztywnych wydatków na wojsko; ich ustanowienie jest przecież pana dziełem?

To było moje dzieło, jestem z niego dumny, co nie znaczy, że nie dostrzegam jego mankamentów. Ustawa z 2001 r. niesłychanie korzystna dla procesu modernizacji sił zbrojnych, polegająca na tym, że wzrost wydatków na modernizację był powiązany ze wzrostem wydatków, nie została w pełni wykorzystana przez siły zbrojne. Nastąpiło rozleniwienie, spowolnienie reform, zwłaszcza szkolnictwa oraz systemu dowodzenia i dzisiaj mamy taką sytuację, że prowadzona jest profesjonalizacja sił zbrojnych, i to jest pozytywne, ale w niewystarczającym stopniu połączono ją z modernizacją uzbrojenia. Warto zresztą pamiętać, że znaczna część środków poszła na misje zagraniczne. Sprawdziła się lepiej inna moja propozycja ustawowa - wieloletniego programu o zakupie samolotu wielozadaniowego, gdzie też ustalono sztywne finansowanie i mamy 48 samolotów F-16, stanowiących szczyt nowoczesności w polskiej armii. Rzecz więc nie w tym, by wojsko dostawało dużo pieniędzy, ale by pieniądze szły na konkretne programy.

W trakcie kampanii obiecał pan wycofanie wojsk z Afganistanu. Wspominał pan o 2012 r., minister spraw zagranicznych mówi o latach 2012-14, to dość istotna różnica.

Tak jak w trakcie kampanii, tak i dzisiaj powtarzam, że w przyszłym roku powinniśmy rozpocząć redukcję naszego zaangażowania w Afganistanie. Podobnie jak wtedy, tak i dzisiaj po objęciu urzędu, stoję na stanowisku, że zarówno strategia sojuszniczego zaangażowania w Afganistanie, jak i kalendarz zakończenia misji NATO w tym kraju powinien być przedmiotem debaty na forum całego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Poruszę ten temat na zbliżającym się listopadowym szczycie NATO w Lizbonie. Chciałbym, by udało się nam wypracować rozwiązanie, pozwalające na zakończenie polskiej misji bojowej w Afganistanie do końca 2012 r.

Co to dziś znaczy - z prezydenckiej perspektywy - być konserwatystą?

To znaczy umieć dostrzegać i cenić to, że Polska jest zróżnicowana, że Polacy mają różne wrażliwości ideowe i światopoglądowe, ale jednocześnie szukać tego, co może być dla nich wspólne: szacunku dla demokratycznego państwa, prawa do różnego definiowania polskiego patriotyzmu oraz potrzeby ładu i umiaru politycznego we wspólnym państwie.


Jaka powinna być Polska, gdy będzie pan kończyć tę swoją pierwszą prezydencką kadencję? Co jest pańskim politycznym marzeniem?

Marzę o tym, aby Polska była mniej podzielona i mniej skonfliktowana wewnętrznie.