Menu rozwijane

24 maja 2013
Wywiad Pary Prezydenckiej dla dziennika "Polska The Times" (1)
Wywiad Pary Prezydenckiej dla dziennika "Polska The Times" (2)
Wywiad Pary Prezydenckiej dla dziennika "Polska The Times" (3)
Wywiad Pary Prezydenckiej dla dziennika "Polska The Times" (4)
Wywiad Pary Prezydenckiej dla dziennika "Polska The Times" (5)
o253629234.jpg
o1557548583.jpg
o2118573450.jpg
o1567575451.jpg
o515252109.jpg

O strategicznym, przekraczającym ramy kilku kadencji programie polityki rodzinnej, który przygotowała Kancelaria Prezydenta, z Anną i Bronisławem Komorowskimi rozmawiają w magazynie dziennika "Polska The Times" Barbara Dziedzic, Witold Głowacki i Joanna Miziołek.

Rozstrzygnęli Państwo konkurs „Dobry Klimat dla Rodziny", w którym brały udział samorządy, zgłaszające autorskie projekty z zakresu polityki rodzinnej. Czy nagrodzone rozwiązania - ale także działania na poziomie samorządowym ogóle - można traktować jako laboratorium rozwiązań prorodzinnych do zastosowania w skali państwa?

Bronisław Komorowski: I można, i trzeba. Przede wszystkim to właśnie one są alternatywą wobec narzekania. Można siedzieć i płakać, że jest kryzys, że rodzi się mało dzieci, że mamy coraz poważniejsze problemy demograficzne. Ale można też zabrać się do pracy. I zrobić parę dobrych rzeczy, które zdecydowanie ułatwią życie rodzinom z dziećmi. Na pewno - i tego także dowodzi konkurs - można również podjąć wiele działań, które zachęcą do posiadania potomstwa inne rodziny, rysując przed nimi perspektywę łatwiejszego wychowania dzieci.

Czego polskie państwo może się nauczyć w dziedzinie polityki rodzinnej od samorządów?

B.K.: Niedawno uczestniczyliśmy w podpisaniu porozumienia o pierwszej Karcie Dużej Rodziny w Małopolsce, która ma obowiązywać na poziomie wojewódzkim. To karta, którą będzie współtworzyć znaczna część samorządów gminnych, miejskich województwa małopolskiego. Wyraźnie widać było, że uruchomiony został pewien mechanizm konkurowania między gminami, które chcą wykazać się przed swoimi mieszkańcami lepszymi, ciekawszymi rozwiązaniami z zakresu polityki rodzinnej. W dodatku są to propozycje niekoniecznie bardzo kosztowne. W Karcie Dużej Rodziny bardzo ważne jest to, że oferuje szereg ułatwień i elementów pomocowych, takich jak darmowy bilet komunikacji miejskiej czy darmowe korzystanie z pływalni.

Państwa zdaniem tego rodzaju rozwiązanie jest możliwe do wprowadzenia w skali ogólnokrajowej?

B.K.: Naszym celem - który jest zresztą zawarty w przygotowanym w Kancelarii dokumencie programowym polityki rodzinnej - jest doprowadzenie do tego, by suma podobnych do Karty Dużej Rodziny inicjatyw i rozwiązań samorządowych stała się podstawą do wprowadzenia karty ogólnopolskiej. I to jest właśnie odpowiedź na państwa pytanie o to, czy inicjatywy samorządowe można rozszerzać i przekształcać w rozwiązania ogólnopolskie. Tak, można - i należy. Odrębnym problemem jest natomiast szukanie sojuszników w walce o konkretne rozwiązania legislacyjne kształtujące politykę rodzinną państwa polskiego. Przykład Karty Dużej Rodziny zdaje się dowodzić, że nawet poprzez same samorządy można zrobić naprawdę wiele.

Czy samorządy mogą też przyśpieszać wypracowanie konkretnych rozwiązań legislacyjnych w zakresie polityki rodzinnej? Pomysł prezydenta Częstochowy, by refundować z miejskiej kasy zabiegi in vitro, mógł stać się ostatecznym impulsem dla wprowadzenia tymczasowych - ale jednak - regulacji przez rząd.

B.K.: Niezależnie od tego przypadku można bez wątpienia wskazać sporo przykładów na to, że taka współpraca jest potrzebna. Niesłychanie ciekawe okazały się dla mnie np. wnioski, które wyciągnęli radni województwa opolskiego. Postawili oni tezę, że problem ograniczenia kryzysu demograficznego nie może opierać się wyłącznie na rozwiązaniach ogólnopolskich. W województwie opolskim problem załamania demograficznego jest wyjątkowo mocno odczuwalny, dlatego trzeba podjąć szereg działań z myślą o rodzinie. To zasadnicza teza, poprzez którą warto też spojrzeć na doświadczenia województwa małopolskiego, w którego południowej części właściwie nie odnotowano spadku dzietności. Działania samorządowe mają więc charakter raczej wspierający i profilaktyczny. Oczywiście działania samorządów nie zastąpią całościowej ogólnopolskiej polityki rodzinnej. Mogą jednak ją wspierać i stanowić bardzo ważny element uzupełnienia mechanizmów na poziomie państwowym.

Anna Komorowska: Warto podkreślić, że rozwiązania prorodzinne powinny być przede wszystkim szyte na miarę lokalną. Poszczególne gminy mają często konkretne problemy, charakterystyczne dla konkretnej społeczności. I tak w jednych bardziej brakuje przedszkoli, w innych raczej żłobków.

Czy wielodzietność jest jeszcze traktowana w Polsce jako problem społeczny?

B.K.: Pragnienie posiadania dzieci pojawia się u ludzi w sposób naturalny. Także w Polsce dzieci stanowią istotny element szczęścia rodzinnego. Mówiąc pół żartem, pół serio, więcej dzieci to jest więcej szczęścia. Oczywiście większa liczba potomstwa wiąże się z różnymi wyrzeczeniami czy też kłopotami życiowymi, które trzeba pokonywać. Nie jest prawdą, że można posiadać większą liczbę dzieci bez wyrzeczeń. To niemal zawsze kwestia wyboru - na ogół wyboru między aspiracjami materialnymi, zawodowymi a potrzebą szczęścia rodzicielskiego. Niestety był taki czas, kiedy w Polsce ukształtował się stereotyp rodzin wielodzietnych niesłychanie krzywdzący i spłaszczający schemat. Na przykład w Stanach Zjednoczonych model rodziny z czwórką dzieci jest upowszechniony raczej w rodzinach zamożniejszych, lepiej sobie radzących.

A.K.: Wśród naszych znajomych jest grupa rodzin, gdzie trójka dzieci to raczej dolna granica. Z pewnością duża rodzina to większy wysiłek. Dlatego też warto wielodzietne rodziny wspierać i wyróżniać. W tym roku ponawiamy inicjatywę odznaczenia rodzin biologicznych i zastępczych za ich trud wychowawczy. Ale sama wielodzietność nie jest jedynym kryterium. Nagradzamy te rodziny, które dobrze radzą sobie z wychowaniem dzieci, są samodzielne, wykształcone, rozwijają swoje talenty, angażują się w życie społeczne.

B.K.: Coś państwu opowiem. To było chyba w roku 1990 - byłem już wówczas wiceministrem obrony narodowej, a zatem w hierarchii społeczno-państwowej znajdowałem się, powiedzmy, nie najniżej. Stałem sobie więc pewnego dnia pod naszą kamienicą na Rozbrat, z sąsiadem, synem dawnego dozorcy, niesłychanie fajnym, dzielnym facetem, który wtedy, w czasach początków kapitalizmu, utrzymywał czworo dzieci, świadcząc usługi transportowe starym, odrapanym, rozsypującym się fordem. Ja zaś miałem wtedy dużego fiata - składaka. I pięcioro dzieci. I tak stoimy sobie, gadamy o tych naszych samochodach i, oczywiście, o dzieciach. Aż pod nasz dom zajeżdża trzeci sąsiad. Już bez dzieci, za to świetnym, bardzo eleganckim, zachodnim samochodem. Jednym z tych, które wtedy w Polsce dopiero zaczynały się pojawiać. Popatrzyliśmy na siebie. I wtedy on, ten od starego forda, mówi: Wiesz co? A ja mam cztery takie mercedesy. A ty pięć. -I tak to trochę wygląda. To naprawdę jest kwestia wyboru.

A jednak z tymi wyborami nie jest w Polsce łatwo. Z wielu badań, choćby marcowego CBOS, wynika, że deklarowane, rodzicielskie aspiracje Polaków sięgają najczęściej dwójki i więcej dzieci. A tymczasem rzeczywista średnia wynosi 13 dziecka. „Fertility gap" - bo tak się ten rozdźwięk w naukach społecznych nazywa - to chyba dobry punkt wyjścia do poważnej rozmowy o polityce rodzinnej?

B.K.: Z pewnością. I od tego właśnie chcemy tę rozmowę w Polsce zaczynać. Polityka rodzinna jest jednym ze strategicznych priorytetów mojej prezydentury. Wśród licznych wątków w jej obszarze za kluczowe uważam wyzwanie demograficzne, a konkretnie: właśnie rozwiązanie problemu „fertility gap". Dziś Polacy mają mniej dzieci, niż by chcieli mieć. Polskie rodziny wychowują przeciętnie jedno dziecko, a z badań wynika, że chciałyby mieć więcej. Niespełnione aspiracje rodzicielskie to dowód na to, iż istnieją poważne przeszkody, które powstrzymują przed ich realizacją. Usunięcie lub złagodzenie tych przeszkód ułatwi podejmowanie przez młodych ludzi decyzji o dziecku i pozwoli spełniać aspiracje rodzicielskie Polaków. I ten konkretny cel: zidentyfikowanie przeszkód i wypracowanie systemowych rozwiązań, które pozwolą Polakom realizować swoje marzenia o posiadaniu dzieci, uważam za bardzo konkretne zadanie. Jego realizacji ma służyć cały mój program strategiczny pod nazwą „Dobry Klimat dla Rodziny", na który składają się liczne działania - od projektów adresowanych do samorządów, przez pracę z ekspertami nad wypracowaniem rozwiązań, po konsultacje polityczne i społeczne. Bardzo różne są zresztą przyczyny tego rozmijania się chęci, marzeń, aspiracji z realiami życia. Mówienie o tym wymaga poważnego zniuansowania. Bo przecież kiedyś życie było znacznie cięższe niż dziś, a dzieci jednak się rodziły. Było biedniej, a rodziny były większe.

Dziś zamożność na pewnym etapie wiąże się często z ograniczeniem liczby dzieci. Częściowo ten rozdźwięk tłumaczy także wynikająca z przemian ekonomicznych i kulturowych konieczność pracy zawodowej kobiet. Dziś blisko 70 proc. młodych matek w Polsce pracuje i jednocześnie wychowuje dzieci. Tu znów dotykamy więc obszaru trudnych wyborów, sprowadzających się niestety dość często do pytania, czy w ogóle da się godzić te aspiracje. Stąd też tak wielkiej wagi nabiera konieczność stworzenia całościowej polityki rodzinnej polskiego państwa. Dziś ważne jest naprawdę każde działanie, które sprawi, że tak ostro zarysowanej konieczności wyboru po prostu nie będzie. Ja sam wyrastałem jako dziecko z kluczem na szyi, bo mama pracowała. Samo w sobie było to zresztą dość zabawne, bo była socjologiem rodziny. Ale w domu mamy nie było, bo zajmowała się naukowo rodziną (śmiech). Więc trochę wiem, co znaczy ten wybór, a z drugiej strony doskonale rozumiem, że moja mama chciała odgrywać w społeczeństwie także inną rolę niż wyłącznie macierzyńską. Macierzyństwo było na pierwszym miejscu. Było wiele rodzinnego ciepła i żywe relacje z nami dziećmi, ale przy wielkim wysiłku i przy wielu ograniczeniach. Mama to wszystko dźwigała, ale nie łatwo być jednocześnie aniołem i Herkulesem. Mówiąc już całkiem poważnie - rolą państwa jest dziś tworzenie sytuacji, w której ostatecznie taki - często przecież dramatyczny - wybór między pracą a rodziną w ogóle nie będzie konieczny.

Roczny urlop macierzyński, który właśnie wprowadził rząd Donalda Tuska, mógłby być krokiem w tym kierunku. Ale czy to jest wystarczająco kompleksowe rozwiązanie?

Bronisław Komorowski do Anny Komorowskiej: Ty masz tu ugruntowany pogląd. I odczuwasz poważny niedosyt...

A.K.: Zacznijmy od tego, że powinien to być urlop rodzicielski, zarówno w nazwie, jak i w treści. Urlop macierzyński powinien być ograniczony tylko do niezbędnego czasu, by kobieta po porodzie zregenerowała swoje siły. Rodzicom zostawiłabym decyzję, kto i w jakim zakresie opiekuje się dzieckiem. Na szczęście coraz częściej widzi się tatusiów z wózkami i naprawdę zajmują się oni dziećmi nie gorzej niż mamy. Pod jednym warunkiem - że panie nie będą wbijać swym mężom do głowy, że tego nie potrafią. A to przecież na ogół kobiety przekazują swym synom z pokolenia na pokolenie przekonanie, że ich powołaniem jest co innego niż opieka nad dziećmi. Natomiast tatusiowie dobrze sobie radzą, mogą również pójść z dziećmi do piaskownicy czy na zebranie w szkole. To też jest zresztą kwestia wyboru i od razu dodam, że każdy wybór modelu rodziny zasługuje na szacunek.


W takim razie jak Pan Prezydent zapatruje się na kwestie urlopów?

B.K.: W Polsce mamy bardzo rozbudowany system urlopów wychowawczych, macierzyńskich, dodatkowych macierzyńskich i rodzicielskich. Uważam, że powinien on zostać uproszczony w stopniu maksymalnym w ramach urlopów rodzicielskich, przy pozostawieniu swobody rodzicom w decydowaniu, jak i kiedy go wykorzystać. Przypadek każdej rodziny jest inny. Mamy więc różne możliwości wsparcia zewnętrznego i potencjał wewnętrzny. Kancelaria Prezydenta proponuje możliwość wybierania w ciągu czterech lat, kiedy i kto może wykorzystać urlop rodzicielski. Uważam, że to kwestia zasadnicza, związana także z ograniczoną ingerencją państwa w roli tego, kto wie najlepiej, co jest danej rodzinie najbardziej potrzebne.

Tylko żeby w ogóle wziąć urlop macierzyński, trzeba najpierw pracować na umowie o pracę lub prowadzić przedsiębiorstwo. Umowy cywilnoprawne są przykładem tego, że polityka rodzinna to jedno, ale całość rozwiązań musi współgrać. I to często wykracza poza te rozwiązania kojarzone powszechnie z samym pojęciem rodziny.


B.K.: Problem dotyczy tu tych osób, które pracują na umowie o dzieło. Wszystkie inne umowy podlegają ubezpieczeniu chorobowemu, więc też osoby pracujące na czas określony czy na umowie-zleceniu mają prawo do tego urlopu. Mamy problem z upowszechnianiem się umów o dzieło, które często zastępują inne umowy, bardziej odpowiednie do charakteru wykonywanej pracy. I mamy problem z tym, że można wykorzystywać obecne przepisy i płacić bardzo niskie składki od umowy- zlecenia. Obraca się to często przeciw pracownikom. Dlatego uważam, że prace rządu nad tym, by troszkę szerzej objąć ubezpieczeniem społecznym te umowy, idą w dobrym kierunku. Z pewnością też można i trzeba budować mechanizm takich rozwiązań, które pozwalałyby łatwiej wracać na rynek pracy po urlopie rodzicielskim czy też ułatwiały godzenie pracy w domu czy pracy na część etatu z opieką nad dzieckiem. Takie systemy są rozwijane w wielu krajach i uważam, że należy starać się je stosować także u nas.

Argumenty na rzecz utrzymania miejsc pracy w warunkach zagrożenia bezrobociem mocno zderzają się tu z priorytetami rodzinnymi.


Z pewnością. Podstawowym warunkiem bezpieczeństwa rodziny jest bezpieczeństwo ekonomiczne, a więc posiadanie stałej pracy. Trudno jednak nie dostrzec także potrzeb rynku pracy, na którym występuje naturalna konkurencja. Dlatego też należy szukać takich form działania, które ułatwią powrót na rynek pracy lub pozostanie na nim, równolegle łącząc aktywność zawodową z rodzicielstwem. Warte upowszechnienia są różne formy elastycznej organizacji czasu pracy, tak by łatwiej było łączyć pracę z opieką nad dziećmi.

Państwo stara się wspierać rodziców, pomagając w opiece nad dziećmi. I tak na przykład od października 2011 r. łatwiej można zatrudnić opiekunki do dziecka, zgłaszając je do ZUS. Liczba przedszkoli zwiększyła się w latach 2007-2012 o 1540, a żłobków o 200. W ciągu dwóch lat na budowę tych ostatnich przeznaczono 500 min zł. Jak Państwo oceniają rodzinną politykę rządu?


Przede wszystkim państwo wykonało ogromny wysiłek w kwestii wydłużenia urlopu rodzicielskiego. To naprawdę ważny i trudny ruch, wart docenienia. Istnieją oczywiście również inne obszary, istotne z punktu widzenia budowy efektywnego systemu pomocy rodzinie. Nie chodzi tylko o to, czy do kieszeni młodych ludzi trafi więcej pieniędzy, chodzi o to, aby wysiłek budżetu państwa przyniósł efekty w postaci zwiększenia liczby dzieci w rodzinach. W interesie społecznym nie leży to, byśmy cieszyli się, widząc w parku ładnie wyglądających rodziców z dziećmi, ale to, aby w tych dzieciach zobaczyć przyszłych pracowników i obywateli. Ludzi, którzy będą zarabiali i płacili podatki w sytuacji zmienionej struktury społeczeństwa. Bardzo wysoko oceniam działania rządu w zakresie urlopów, jednak ważne jest to, by tworzyć całościowy system spójnych rozwiązań. Wymieniłbym tu także przede wszystkim różnorodne formy wsparcia dla żłobków i przedszkoli. Widzę ogromną słabość tego systemu, ale nie polega ona tylko na ograniczonych finansach przeznaczonych na wsparcie dla tych placówek, ale i na słabym rozwoju rynku usług opiekuńczych.

A.K.: I znów powinniśmy przede wszystkim użyć słowa „elastyczność". Znowu mówimy bowiem o rozwiązaniach, które powinny być dostosowane do poszczególnych problemów społeczności, które w znaczącym stopniu różnią się od siebie.

B.K.: Musimy stawiać na różnorodność form zapewniania opieki. W wielu krajach takie rozwiązania są stosowane. Przykładem może być Finlandia, gdzie w lokalnych społecznościach powstają miniżłobki czy miniprzedszkola, nieobciążone rozbudowanymi przepisami, które w Polsce kategoryzują każdą z takich inwestycji jako państwową. Znajdujemy się na takim etapie, że nie potrafimy jeszcze postawić na różnorodność form opieki i rozwijanie usług w tym zakresie, takich jak na przykład opiekunowie dzienni czy małe przedszkola. A te, przy odpowiednim dostosowaniu przepisów, mogą stać się rozwiązaniami łatwiejszymi, ale też i tańszymi niż przedszkola i żłobki jako instytucje samorządowe.

Tym bardziej, że wciąż jako jedną z największych przeszkód w łączeniu obowiązków rodzinnych z pracą zawodową 61 proc. badanych wskazuje koszty zatrudnienia opiekunki, po 35 proc. kłopoty z uzyskaniem miejsca w przedszkolu i jego koszty, zaś 25 proc. wręcz brak przedszkoli i żłobków w bliskiej okolicy.

A.K.: Normy prawne dla tworzenia nowych przedszkoli i żłobków są tak wyśrubowane, że otworzenie nowej placówki, prywatnej czy publicznej, jest niezwykle trudne i kosztowne. Dodatkowym problemem jest zmienna liczba rodzących się dzieci w kolejnych latach. Utrzymywanie budynków staje się więc w okresach niżu demograficznego dla lokalnych społeczności dużym obciążeniem. Liczba przedszkoli w małych miejscowościach w skali kraju jest bez wątpienia zbyt mała. Jednak z wyników konkursu „Dobry Klimat dla Rodziny" wynika, że również ten problem można rozwiązać lokalnie. W miejscowości Mrozy 80 proc. dzieci jest objętych opieką przedszkolną. To wynik lepszy niż w Warszawie.

Tam powstało pięć przedszkoli niepublicznych, ale wspieranych przez gminy. Muszą być więc stosunkowo niedrogie?

A.K.: Takich przykładów jest więcej. W małej gminie Giby na Sejneńszczyźnie w środowisku wiejskim powstały już dwa przedszkola, co dla gminy wiejskiej stanowi naprawdę dobry wynik. Co więcej, w tamtejszych placówkach opieka przedszkolna jest bezpłatna. Dzięki temu udaje się przezwyciężyć ewentualne obawy i opory rodziców. Proces uspołecznienia dzieci wiejskich jest sprawą bardzo ważną. Przedszkola w tych środowiskach są wielką szansą na zniwelowanie różnic w poziomie przygotowania dzieci do szkoły.

B.K.: Bardzo wysoko oceniam ostatnie działania rządu, chciałbym jednak, by przybrały one formę pakietu całościowego. Należy dążyć do tego, by w perspektywie 10 lat polska demografia odczuła realny wzrost liczby urodzeń. A te nadzieje są w tej chwili bardzo ograniczone. Model rodziny 2 + 2+ - to znaczy mającej dwoje dzieci i więcej - wydaje nam się możliwy do osiągnięcia. I właśnie dlatego znakiem naszego programu „Dobry Klimat dla Rodziny" jest symboliczne „2+". Ma ono symbolizować i wskazywać działania, które będą tworzyć dobry klimat do posiadania większej liczby dzieci. Kluczowy jest rozwój usług opiekuńczych, przedszkoli, żłobków czy świetlic, ale również odpowiednie regulacje w systemie podatkowym. Takie działania przyniosły efekty np. we Francji, która od wielu dziesiątków lat prowadzi skuteczną politykę rodzinną poprzez ułatwienia dla rodzin związane z liczbą posiadanych dzieci. Takie rozwiązanie wydaje się nie tylko sprawiedliwe, ale - na przykładzie innych państw - po prostu skuteczne. Proponujemy więc nowy system rodzinnych ulg podatkowych. Również dlatego, że obecnie obowiązujące zapisy prawne są skonstruowane w taki sposób, że jedna trzecia rodzin posiadających dzieci i płacących podatki i tak nie jest w stanie skorzystać w pełni lub w ogóle z tych ulg. To właśnie rodziny na starcie, o niższych dochodach i rodziny z większą liczbą dzieci, które powinny uzyskać większe wparcie, często z obecnych ulg nie mogą skorzystać. Trzeba więc stworzyć taki system ulg rodzinnych, by osoby startujące w życiu rodzinnym i zawodowym oraz wychowujące więcej dzieci, a więc łączące ważne i trudne funkcje społeczne, jak najwcześniej mogły odczuć pomoc ze strony państwa.

Jedną z barier stojących przed ludźmi, którzy decydują się na założenie rodziny, jest marna dostępność mieszkań. A w konkursie zostały nagrodzone Siedlce za pionierski program partnerstwa publiczno-prywatnego. W ciągu dwóch lat ma tam powstać 320 mieszkań komunalnych.

A.K.: To przykład odważnego działania pani prezydent, które dowodzi, że możliwe jest rozwiązywanie problemów mieszkaniowych rodzin na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego, niekoniecznie poprzez kupowanie mieszkań na własność.

B.K.: W warunkach polskich połączenie partnerstwa publiczno-prawnego z formułą przetargu może być bardzo łatwo zaatakowane i szeroko krytykowane, jednak wydaje się, że w Siedlcach przynosi dobre efekty. Cieszymy się, że miasto zdobyło się na odwagę i przedstawiło tak innowacyjne rozwiązanie. Jest to bez wątpienia inicjatywa, która może zostać zastosowana także w skali kraju. W Polsce, w przeciwieństwie do innych krajów europejskich, zakup własnego mieszkania jest jednym z istotnych elementów wskazywanych jako ograniczenie możliwości posiadania dzieci. Inne społeczeństwa wcale nie mają więcej własnych mieszkań niż Polacy. W Hiszpanii, Portugalii czy nawet we Francji rodziny żyją w mieszkaniach wynajmowanych.

Jednak tam rynek wynajmu działa nieco inaczej - jest współkształtowany przez państwo system mieszkań komunalnych.


A.K.: U nas własne mieszkanie jest bez wątpienia obiektem pożądania. Ale przecież większości młodych ludzi nie stać na własne mieszkanie, nawet jeśli państwo trochę pomoże. W wielu krajach bardziej zamożnych niż Polska mniej rodzin ma mieszkanie na własność, więcej mieszka w mieszkaniach wynajmowanych, a przyrost naturalny jest dużo większy niż u nas.

B.K.: Dla wielu młodych Polaków kwestia samodzielnego mieszkania wiąże się z decyzją o posiadaniu dziecka. Należy więc szukać rozwiązań, które nie są kosztowne, a pozwolą na samodzielne i niekosztowne, choć niekoniecznie od razu własne mieszkanie. Do takich programów można zaliczyć doświadczenie siedleckie. I to, zdaje się, jest kolejny przykład rozwiązania, które być może będzie można wprowadzić w szerszej, nawet ogólnokrajowej skali.

Czy zamierza Pan występować z inicjatywami ustawodawczymi dotyczącymi polityki rodzinnej?

Tak, jak najbardziej, wyobrażam to sobie. Natomiast jestem przeciwnikiem inicjatyw, które miałyby mieć charakter wyłącznie deklaratywny. Inicjatywa ustawodawcza, żeby być skuteczna, musi mieć poparcie w parlamencie. Ja zaś traktuję ten program jako absolutnie strategiczny. Chodzi przede wszystkim o porządkowanie różnych rozwiązań wprowadzanych przez kolejne rządy, nadanie im spójnego kierunku i konsekwencji.

Proszę zauważyć, że z punktu widzenia demografii efektów wydawania ogromnych przecież pieniędzy przez drugie lata właściwie nie widać. Już to powinno skłaniać do refleksji. Realną odpowiedzią na wyzwanie demograficzne jest stworzenie w Polsce konsekwentnej polityki przyjaznej rodzinie. Dlatego do końca maja przedstawię Program Polityki Rodzinnej „Dobry Klimat dla Rodziny" wypracowany wspólnie z ekspertami, który odnosi się do najważniejszych barier wpływających na decyzje rodzicielskie Polaków i prezentuje - jako wstęp do dyskusji - rekomendacje, jak te bariery można przezwyciężać.

Co to oznacza w praktyce?

B.K.: W myśl hasła „zgoda buduje" będę się starał przekonywać wszelkie kluczowe środowiska o konieczności zapewnienia stabilności i trwałości polityki rodzinnej. Polityka rodzinna kosztuje, dlatego musi stać się trwałym priorytetem tego i następnych rządów. Dla takiego planu niezbędny jest konsensus polityczny i społeczny, a także zaangażowanie i współpraca samorządów, pracodawców i związków zawodowych, organizacji pozarządowych, kościołów, a także mediów. Poprzez otwartą debatę chciałbym budować zrozumienie potrzeby i wsparcie dla trwałych i konsekwentnych działań na rzecz odnowy demograficznej. Naszą ambicją jest więc to, żeby ten program stał się nie tylko propozycją Kancelarii Prezydenta, ale też wersją minimum całościowej strategii polityki rodzinnej. Strategii, która będzie wykraczać poza ramy jednej czy dwóch kadencji i zarazem będzie możliwie szeroko akceptowana przez różne środowiska polityczne.

Czy istnieją w krajach Europy lub poza nią rozwiązania polityki rodzinnej szczególnie interesujące lub ciekawe, które Polska mogłaby naśladować czy nawet zaadaptować?


B.K.: Każdy kraj ma swoją specyfikę kulturową i swoje problemy. Nie da się wiec żadnego wzorca przenieść w całości. Ale można czerpać inspiracje z różnych rozwiązań. Francja pokazuje, jak rozwijać opiekę nad najmłodszymi dziećmi, pokazuje też, jak umiejętnie wpisać politykę rodzinną w politykę podatkową. Kraje skandynawskie pokazują, jak rozwiązywać problemy godzenia ról zawodowych i rodzinnych. Najważniejszym wnioskiem z przeglądu skutecznych polityk międzynarodowych jest to, że polityka taka musi być wielostronna, że nie ma jednego czynnika, który wpłynie na długotrwały wzrost dzietności, ale że konsekwentna, budowana ponad podziałami politycznymi polityka rodzinna przynosi sukcesy. Tak jak we Francji.

Po jakim czasie będziemy mogli oceniać efektywność programu i co będzie miarą jego sukcesu lub porażki? Jakich rozwiązań legislacyjnych oczekuje prezydent?

B.K.: Po pierwsze - chcę, by zbudowany został konsensus polityczny i społeczny wokół zasadniczych celów programu. Będę spotykać się z różnymi środowiskami, by to osiągnąć. Jeśli uda się takie wspólne myślenie zbudować, można będzie myśleć o legislacji. Niektóre rozwiązania nic nie kosztują, inne wymagają pieniędzy. Myślę, że pierwszym celem jest wyjście Polski z pułapki bardzo niskiej dzietności, jaka jest obecnie (1,3), co najmniej do przeciętnego poziomu europejskiego (1,6) w ciągu 10 lat. Na tym będzie już można budować dalej.

Rozmawiali Barbara Dziedzic, Joanna Miziołek, Witold Głowacki