Menu rozwijane

22 września 2012
Wywiad Pawła Wrońskiego (GW) z prezydentem Bronisławem Komorowskim (1)
Przygotowania do wywiadu (2)
o1201825305.jpg
o1664420371.jpg

Wywiad ukazał się w "Gazecie Wyborczej" 22 września 2012 r.

PAWEŁ WROŃSKI: Co pan myśli, gdy zwłaszcza prawicowi politycy czy publicyści określają Polskę „parapaństwem" przy okazji sprawy Amber Gold?

BRONISŁAW KOMOROWSKI: Źle myślę. Odczuwam to jako nieuzasadnioną chęć upokorzenia własnego państwa, które było modernizowane przez wiele ekip rządzących. Każda robiła to najlepiej, jak potrafiła, więc mnie boli, że takich określeń używają politycy, którzy byli u władzy. To państwo to także ich dzieło. Nie mamy kryzysu państwa. Zawiedli konkretni ludzie, konkretne instytucje. Trzeba to naprawić.

Często trudno się oprzeć wrażeniu, że państwo pręży muskuły, gdy chodzi o karanie pijanych rowerzystów albo Kory za 2,7 grama marihuany. A gdy chodzi o Amber Gold czy gangsterów z Pruszkowa, to idzie gorzej.

Sprawy drobne łatwiej ścigać niż skomplikowane. Nie rozumiem jak można poprzez pryzmat wyroku na gangsterów z Pruszkowa mówić, że państwo całkowicie zawiodło. To samo państwo tych gangsterów schwytało, zamknęło, zlikwidowało ich działalność. Z wiedzy prasowej wynika, że prokuratura nie potrafiła przygotować odpowiednich wniosków dowodowych. Oskarżenie było oparte głównie na zeznaniach świadka koronnego, który mataczył, wycofywał się, i zostało rozbite w puch przez dobrych adwokatów. Takie sytuacje znamy z filmów amerykańskich, które pokazują, jak i tam trudno skazać przestępców. Czy ktoś z tego powodu mówi w USA o kryzysie państwa?

Skoro jesteśmy przy skuteczności wymiaru sprawiedliwości - Robert Frycz, autor strony Antykomor, na której pana atakowano zasłużył na 15 miesięcy prac społecznych?

Pan ironizuje, a ja mam z tą sprawą pewien kłopot Ani razu nie przeczytałem fragmentu twórczości pana Frycza, nie oglądałem jego portalu. Nie widziałem tego pana na oczy i specjalnie o tym nie marzę. Sprawa nie jest efektem inicjatywy mojej lub Kancelarii Prezydenta. Nie mnie oceniać, czy sąd wymierzył karę adekwatną. Pamiętam, że w młodości brałem udział w pracach społecznych, które też nie były dobrowolne, i nie wspominam tego ani miło, ani jako wielkiej represji. Ale teraz jest to wyrok sądu.

Ułaskawi go pan?

Jak dotąd stosowałem zasadę, że ułaskawiam tylko na wniosek zainteresowanego oraz po wydaniu opinii przez sąd i prokuraturę. Autor serwisu Antykomor.pl zapowiedział publicznie, że będzie się odwoływał od wyroku, więc na razie jest zdecydowanie zbyt wcześnie, by mówić o kwestii ewentualnego ułaskawienia.

Stowarzyszenie Wolnego Słowa i inne środowiska, w tym opozycja, apelują, by pan zniósł art. 135 kodeksu karnego, który mówi o trzech latach za obrazę urzędu prezydenta.

Słyszałem wielokrotnie zapowiedzi różnych polityków o potrzebie zmiany czy zlikwidowania tych przepisów. Minęło dwadzieścia lat i nikt ich nie zmienił. Może stosunek do tej sprawy zależy od tego, kto jest w opozycji, a kto u władzy? Ja sobie radzę bez takich osłon prawnych. Jak ktoś jest w polityce, musi mieć grubą skórę, a chronić go powinna przede wszystkim dobra opinia, opinia publiczna. Ale też nie można wprowadzać mechanizmów, które będą pozwalały na to, że każdy każdego będzie mógł bezkarnie obrażać, poniżać jego godność. Nagle znajdziemy się w szaleńczym kraju, w którym można będzie poniewierać każdym autorytetem. Muszę też przyznać, że w dotychczasowej debacie na ten temat zabrakło mi refleksji, że do „gier" ze strzelaniem do prezydenta powinno się podchodzić w Polsce z lepszą pamięcią o tym, że to w Polsce - historycznie wcale nie tak dawno - zastrzelono prezydenta Gabriela Narutowicza. Warto zwrócić uwagę na to, że w przypadku likwidacji tego artykułu głowy innych państw lub dyplomaci przebywający w Polsce mieliby większą ochronę prawną w tym zakresie niż prezydent. Chroniące ich zapisy kodeksu karnego wynikają z porozumień międzynarodowych.

Prokuratura - jak się wydaje - jest tą instytucją, której słabość widać ostatnio najbardziej.

Nie doszliśmy do etapu, w którym moglibyśmy powiedzieć: mamy prokuraturę zreformowaną. Zmieniono jej ulokowanie w ustroju państwa - nie jest zależna bezpośrednio od polityków. Ale nie zreformowano prokuratury jako takiej. Dopiero stoimy przed tym wyzwaniem. Nie można tej kwestii sprowadzać wyłącznie do tego, komu prokuratura podlega, czy jest w pełni niezależna. Istotniejsze są pytania, jak prokuratura ma działać, jaki ma mieć ustrój wewnętrzny. Ja bym tu przypomniał postulowaną przez przewodniczącego sejmowej komisji sprawiedliwości Ryszarda Kalisza reformę polegającą na powrocie do instytucji sędziów śledczych i sprowadzenia roli prokuratury do instytucji nadzorującej śledztwa, a nie je prowadzącej. Ten sposób myślenia o reformie prokuratury jest mi bliski W tej sprawie z mojej inicjatywy odbyła się debata z udziałem autorytetów prawnych i powyższy model znalazł akceptację jako racjonalny.

A premier i minister sprawiedliwości chcą rozwiązać Krajową Radę Prokuratury, która była elementem samorządu prokuratorów.

Wszelkie pomysły incydentalne mnie nie przekonują, mogą pogłębić kryzys. To typ myślenia - trzeba coś koniecznie zmienić, bo coś się zdarzyło. Warto zmierzyć się z poważnym problemem, a nie wykonywać działania pozorne.

Co pan odczuwał, gdy słyszał fragmenty rozmów sędziego Sądu Okręgowego w Gdańsku Ryszarda Milewskiego z fałszywym urzędnikiem kancelarii premiera.

Zażenowanie. Okazało się, że główną przeszkodą dla powagi wymiaru sprawiedliwości są ludzie ze słabo wykształconym nawykiem niezależności, a czasami po prostu o słabym charakterze.

Ja byłem przerażony. Z rozmowy wynikało, że w Polsce są sędziowie, którzy pozwalają, żeby nimi sterować, lubią, żeby do nich politycy dzwonili.

Kiedy powołuję sędziów, bo takie są uprawnienia prezydenta, zawsze staram się mówić, jak wielką wartością jest ich niezależność. Bo z tą niezależnością wiąże się ogromna odpowiedzialność za los człowieka. Ale to przede wszystkim sędziowie powinni dbać o niezależność sądów.

Tu jest problem strukturalny: sędzia Milewski jest jako prezes sądu urzędnikiem powoływanym przez ministra. Więc musi dbać o to, by władza dobrze go postrzegała. Stowarzyszenie sędziów Iustitia proponuje, by na takie funkcje nominowali sędziów nie politycy, ale I prezes Sądu Najwyższego.

Są różne rozwiązania - w niektórych krajach to parlament powołuje sędziów na funkcje. Ale przede wszystkim nic nie zastąpi mocnego charakteru sędziego i poszanowania zasad etyki.

Czyli nic nie zmieniać?

Daje pan gwarancje, że taka zmiana coś zmieni? Jestem przeciw zmianom dla samych zmian. Poza tym, kto nominuje I prezesa Sądu Najwyższego?

Prezydent.

Czyli polityk. I znowu ktoś może mieć zastrzeżenia. Powtarzam: najlepszą gwarancją jest osobista etyka. Zresztą po tym, co się stało, pytania o etyczność powinni zadać sobie też ci, którzy prowokację przeprowadzili, bo granice dopuszczalności takiej metody moim zdaniem zostały naruszone. Uważam za nieetyczne działania, których celem jest sprowadzanie ludzi na złą drogę. Nie chodzi tylko o dziennikarzy. Jaka jest różnica między tą prowokacją, a tym, co robił agent Tomek wobec posłanki Beaty Sawickiej? Prowokowanie do rzeczy złych nie jest dobre, aczkolwiek to w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwia tych, którzy dali się sprowokować.

Premier Tusk mówi, że obecnie polska polityka przypomina polowanie.

W znacznej mierze podzielam tę diagnozę. To groźne, bo w dzisiejszej polityce w niewielu przypadkach widać chęć rozwiązywania problemów i szukania lepszych mechanizmów, a bardzo często szuka się okazji, jak każdą sprawę wykorzystać przeciwko konkurencji politycznej w roli politycznej maczugi. Polityka to walka o władzę i to jest do pewnego stopnia nieuniknione, ale gdzieś dramatycznie zatraciliśmy proporcje.

PiS na pięciolecie rządu Donalda Tuska chce zgłosić konstruktywne wotum nie ufności i przedstawić „premiera rządu technicznego", którego na razie nie znamy. To ma być rozwiązanie problemu.

Pomysł, aby zgłosić konstruktywne wotum nieufności zgodne z regulacjami konstytucyjnymi, pierwszy zgłosił Janusz Palikot. Rozumiem, że mu ten pomysł konkurencja podebrała…

PiS twierdzi, że już na wiosnę to wymyślili.

Widzę, że obie partie idą tą samą drogą. To wcale nie jest śmieszne, ale niebezpieczne.

Dlaczego? Wielu teraz zajmuje się tym, kto będzie tym premierem - „zającem" w przedbiegach.

Tu chodzi wyłącznie o to, jak mechanizmy demokratycznego wyłaniania władzy wykorzystać do wywołania zamieszania Gdyby za tym stała realna możliwość przegłosowania takiego wniosku, powiedziałbym, że to święte prawo demokracji. Gdyby temu towarzyszyły konstruktywne pomysły, które by posuwały do przodu polskie sprawy, powiedziałbym, że to też jest w porządku. Ale jeżeli prawa demokracji są wykorzystywane tylko do gry, to ośmiesza ten mechanizm i samą demokrację.

Czyli nie obstawia pan, kto będzie następnym szefem rządu?

Proszę, nie doprowadzajmy sytuacji do kompletnego absurdu.

Pan mówi o braku propozycji. A co chwila występują politycy ze swoim expose. Był już Jarosław Kaczyński, był Leszek Miller.

Zarzuca się mi, że jestem staromodny i konserwatywny, ale wydaje mi się, że expose, zgodnie ze staromodnym poglądem na demokrację, ma sens, gdy wygłasza je premier, który realnie ma władzę i odpowiedzialność, A może chodzi o sam termin „expose". Brzmi poważnie i prestiżowo. Być może to trochę tak jak z głoszeniem homilii w kościele. Najpierw wygłosił homilię papież, a potem każdy wiejski proboszcz swoje tradycyjne kazanie nazywał homilią. Ale staram się przyglądać tym propozycjom zgłaszanym przez opozycję. Żeby pamiętać, kto co obiecywał, kto, co sugerował, bo demokracja kołem się toczy. Ale także dlatego, że w każdej z nich może być coś ciekawego i dobrego. Warto słuchać, warto rozmawiać.

Zaprosiłby pan Jarosława Kaczyńskiego, żeby porozmawiać np. o jego pomyśle likwidacji gimnazjów? Albo Leszka Millera, żeby porozmawiać o trzeciej skali podatkowej dla najbogatszych?

Nie miałbym z tym problemu, ale to nie jest rola prezydenta, żeby załatwiać sprawy (np. podatki) za rząd. Ja mogę i staram się od dłuższego czasu inicjować dyskusję publiczną z udziałem wszystkich zainteresowanych środowisk i ich liderów.

To nie jest dobry temat?

Pytanie o gimnazja, przyszłość oświaty absolutnie kwalifikuje się do debaty w Pałacu Prezydenckim. Dotyczy kształcenia młodych Polaków, sytuacji wielu młodych i ich rodziców. Warto by posłuchać nie tylko wypowiedzi polityków, ale i ekspertów, nauczycieli, rodziców gimnazjalistów...

Jakie ma pan zdanie co do przyszłości Karty nauczyciela? Wielu mówi, że czas ją zlikwidować, że zakłada przywileje, których nie mają inne grupy zawodowe.

Potrzebny jest efektywny system edukacji dostosowany do zmieniających się warunków i nowych potrzeb. To, co było dobre dwadzieścia lat temu, dziś często trąci anachronizmem. Czy Karta nauczyciela odpowiada aktualnym potrzebom? Czy zapewnia efektywność systemu? Od kilku miesięcy toczy się ożywiona dyskusja którą z uwagą śledzę. Nie można jednak czasu pracy nauczycieli mierzyć tylko liczbą godzin przy tablicy. Jeżeli nauczyciele mają spędzać więcej czasu w szkole, to muszą też mieć o wiele lepsze warunki pracy, aby mogli tam przygotowywać lekcje, poprawiać prace uczniów, mieć łatwy dostęp do komputera i intemetu Te wszystkie zmiany powinny - moim zdaniem - być wprowadzane kompleksowo, razem ze zmianą Karty nauczyciela.

Kiedy zaprosi pan na taką debatę Jarosława Kaczyńskiego?

Reguła jest taka, że zawsze zapraszam wszystkich. Także prezesa PiS. A przychodzi, kto chce. Jestem zwolennikiem dyskusji w maksymalnie szerokim układzie politycznym. Wie pan, co przyjąłem z pewną satysfakcją? Przyjęcie nominacji do Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez Zbigniewa Ziobrę. Traktuję to jako gotowość do działania na rzecz bezpieczeństwa narodowego wspólnie pomimo politycznych różnic.

Powiedział, że prawica zasługuje na przywódcę, który się nie dąsa, ale wypełnia swoje obowiązki?

Nie podzielam wielu poglądów pana Ziobry, ale uważam, że to racjonalna postawa w polityce. Traktuję ją z szacunkiem i z nadzieją, że może w niektórych sprawach, np. bezpieczeństwa i obronności, coś da się zrobić razem.
 
Swoje expose zapowiada premier. Rozmawiacie o jego treści?

Oczywiście. Mamy w miarę regularne spotkania. Problem działań polskiego państwa w sytuacji pogłębiającego się i przedłużającego kryzysu w strefie euro jest tematem stałym i bardzo ważnym.

W Krynicy na Forum Ekonomicznym powiedział pan coś, co zabraniało jak drogowskaz. Że powinno się redukować deficyt i dług publiczny, ale przy ożywianiu działalności sektora prywatnego, aby utrzymać wzrost gospodarczy.

Bo oceniam, że nie jesteśmy krajem ogarniętym kryzysem. Owszem, grozi nam bardzo poważne spowolnienie wzrostu gospodarczego, ale na szczęście nie jego załamanie. Warto zrobić wiele, aby ten wzrost na jak najwyższym poziomie utrzymać. Polska na szczęście ma mechanizmy obronne. Najważniejszy - kotwica zadłużenia publicznego - został zapisany już 15 lat temu w konstytucji. Kraje Unii dopiero teraz wprowadzają takie rozwiązania.

Ważne jest ograniczanie deficytu budżetowego, by zmniejszyć zależność od rynków finansowych oraz stworzyć bufor bezpieczeństwa i margines swobody w polityce fiskalnej. Ale trzeba to robić tak, by nie zabijać inwestycji i aktywności gospodarczej.

Mamy względnie dobrą sytuację gospodarczą. Nie powinniśmy wieszczyć katastrofy, bo możemy zabić nasz ogromny kapitał w walce z kryzysem - optymizm konsumenta. A od niego zależy utrzymanie chłonności rynku wewnętrznego. Z dotychczasowego doświadczenia wynika, że nasz rynek wewnętrzny, stosunkowo duży w 38-milionowym kraju, był jednym z elementów, który nam bardzo pomógł utrzymać wzrost gospodarczy w czasie, gdy Europa zapadała się w kryzys.

Ważne są małe i średnie przedsiębiorstwa, które dają pracę ponad połowie aktywnych zawodowo Polaków. Podpisałem już dwie ustawy deregulacyjne o warunkach prowadzenia działalności gospodarczej, ukierunkowane m.in. na wspieranie tego sektora. Musimy nadal poprawiać warunki dla ich aktywności gospodarczej, inwestowania i zatrudniania. Konieczne są reformy zwiększające przejrzystość systemu podatkowego oraz swobodę gospodarowania przez usprawnienie prawa i systemu sądownictwa gospodarczego.

Trzeba też geograficznie dywersyfikować eksport. Ostatnio koncentrowaliśmy się na rynkach UE. Moja wizyta w Chinach z udziałem przedstawicieli biznesu pokazała, że możliwości są też gdzie indziej, m.in. w Chinach.

Utrzymanie wzrostu to inwestycje. Inwestycje to też koszty. W 2015 1. Polska chce mieć l proc. PKB deficytu. To oznacza przesunięcie tego celu?

Jeżeli Polsce uda się utrzymać wzrost, różnymi działaniami pobudzić aktywność inwestycyjną sektora prywatnego i zatrudnienie, to realizacja tego celu nie musi się mocno oddalić w czasie. Trzeba pamiętać, że redukcja deficytu w relacji do PKB nie jest celem samym w sobie. Ma ona zapewnić bezpieczne ramy dla stabilnego i trwałego rozwoju gospodarczego oraz wzrostu zamożności ludzi. Tego nie da się osiągnąć bez poprawy konkurencyjności, bez inwestycji w infrastrukturę i naukę, bez tworzenia warunkowi klimatu dla przedsiębiorczości, a tym samym wzrostu zatrudnienia.

O co chodzi konkretnie, gdy mówi pan o „bardziej elastycznych rozwiązaniach w kodeksie pracy"?

Zachęcam rząd do oceny, co można zrobić, by wprowadzić bardziej elastyczne rozwiązania dotyczące rynku pracy i kodeksu pracy. Z korzyścią dla przedsiębiorców i pracowników można by robić rozliczenia czasu pracy w cyklu rocznym, a nie jak dzisiaj kwartalnym. To zwiększałoby elastyczność. Gdy przedsiębiorstwa mają więcej zamówień, pracownicy mogliby pracować więcej niż osiem godzin, a w innych okresach krócej. Z drugiej strony będę zabiegać o wprowadzenie rozwiązań pozwalających lepiej godzić pracę z opieką nad dziećmi. Na przykład takich, które pozwalają w różnych, bardziej zgodnych z rytmem domowym godzinach rozpoczynać i kończyć pracę. Chciałbym też postawić na reformę służb zatrudnienia, które rozliczają się z tego, ile szkoleń przeprowadziły, ilu bezrobotnych obsłużyły, a nie ilu z nich faktycznie znalazło pracę.

Mówił pan, że będzie patronem rozwiązań prorodzinnych, ale tego patronatu na razie nie widać.

Jestem patronem i bardzo serio traktuję prace nad strategicznym projektem polityki rodzinnej. Chciałbym, aby on był właśnie zaprzeczeniem dotychczasowej praktyki rozwiązywania problemu po kawałeczku, czego przykładem było becikowe. Te sprawy prowadzi min. Irena Wóycicka. Wiele dobrego dzieje się w tej dziedzinie w samorządach lokalnych, przyszło dużo wniosków w konkursie „Dobry klimat dla rodziny", który niedawno ogłosiliśmy z żoną. Chcemy te dobre rozwiązania lokalne wspierać i promować.

Ale które z nich wprowadzono?

Z pewną niecierpliwością oczekuję np. inicjatywy legislacyjnej rządu dotyczącej opłacenia składek na ubezpieczenie społeczne za osoby wychowujące małe dzieci. Była umowa, że taka zasada będzie wprowadzona przy okazji reformy zwiększającej i zrównującej wiek emerytalny. Czekam i przypominam to premierowi.

Może na rząd lepiej działałoby słowo „popędzam"?

Nie, ja przypominam.

Komisarz ds. budżetu UE Janusz Lewandowski powiedział, że być może stoimy w momencie historycznym dla Unii. Państwa strefy euro, proponując swoje rozwiązania, chcą jechać razem, a my zostaniemy na obrzeżu Unii. Odczuwa pan takie niebezpieczeństwo?

Na razie trudno sobie wyobrazić inny ośrodek pogłębionej integracji europejskiej niż strefę euro. Ale żeby był to ośrodek realny, to musi się uzdrowić, nie może być źródłem kłopotów dla całej UE. Dzisiaj jest.

Dla Polski jest to szatański dylemat. Bez udziału w strefie euro nasze polityczne znaczenie słabnie, udział w niej to ekonomiczne ryzyko.

Nie przekonują mnie głosy, żeby starać się za wszelką cenę wejść do strefy euro, kiedy ona jest ogarnięta głębokim kryzysem. Jest stara zasada, że zdrowego czy młodego wina nie należy wlewać do starego bukłaka. My jesteśmy takim winem - nie jesteśmy źródłem kłopotów UE, jesteśmy źródłem nadziei. To jest powód nadziei, że inne kraje Unii mogą być zainteresowane naszym udziałem w strefie pogłębionej integracji niezależnie od tego, czy już jesteśmy w strefie euro. Powinniśmy zadbać o to, by Polska jako przyszły członek strefy mogła wpływać na jej ewolucję.

Czy za pana kadencji wejdziemy do strefy euro?

Bardzo bym tego chciał. Pan zna moje poglądy. Mówiłem wiele razy, że musimy przygotowywać państwo, gospodarkę, system finansów do członkostwa w strefie euro, aby nas nie zaskoczyła sytuacja, w której będzie się nam opłacało do niej wejść. Żeby nie było tak, że wejście do strefy euro będzie dla nas bezpieczne, a my nie będziemy spełniali wymaganych kryteriów. Chcę, abyśmy byli na to gotowi. Najpierw jednak strefa euro musi uporać się z kłopotami.

Toczy się debata, jaka ma być Unia Europejska. Szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso mówi o federacji państw, Jurgen Habermas pisze: „Zróbmy konstytucję, wybory ogólnoeuropejskie do Parlamentu Europejskiego, w którym będą startować partie europejskie''.

Nie sztuka powiedzieć, sztuka zrobić. Powiedzieć można wszystko. Czasami za dużo wizji też może być groźne.

Barroso to praktyk.

Ale i praktycy ulegają potrzebie czy raczej pokusie wizjonerstwa. Kierunek mi odpowiada Tylko do tego muszą dojrzewać społeczeństwa. Próby pójścia na skróty parę razy oznaczały porażki jak w przypadku referendum w sprawie konstytucji europejskiej.
 
Ta jesień będzie politycznie w Polsce gorąca. PiS, „Solidarność" i Radio Maryja organizują wielki marsz 29 września. A pan mówi, że możliwy jest dialog z tamtą stroną.

Trzeba samemu prezentować postawę i gotowość do dialogu. Kto tego nie akceptuje, w moim przekonaniu nie spełnia oczekiwań ogromnej większości obywateli. Można zresztą komunikować się z różnymi odłamami opinii publicznej, nawet odległymi od naszych sympatii politycznych, ponad partiami. Sondaże wskazują na to, że to się udaje.

Jak pan odczuł sytuację, kiedy Jan Lityński wydelegowany przez pana na pogrzeb Jerzego Szaniawskiego został wyklaskany w katedrze, gdy informował, że przyznał pan zmarłemu odznaczenie?

Pomyślałem, że zrobiono przykrość rodzinie zmarłego i wnioskującym o odznaczenie - Światowemu Związkowi Żołnierzy Armii Krajowej. Śp. prof. Szaniawski nie był osobą mi bliską, także jego poglądy, ale przyznanie mu odznaczenia potraktowałem jako oczywisty gest, bo był ostatnim politycznym więźniem PRL.

Uważa pan, że jednoczącym elementem może być marsz 11 Listopada? Plan przewiduje przejście przez Trakt Królewski, takie nasze Forum Romanum, gdzie są pomniki wszystkich zasłużonych dla niepodległości.

No, to nie jest pełne forum, brakuje w moim przekonaniu dwóch pomników: Ignacego Daszyńskiego, jako symbolu niepodległościowego PPS, i Wojciecha Korfantego, który był postacią ważną dla późniejszej chadecji, ale przede wszystkim dla Górnego Śląska, Chciałbym, aby te pomniki stały się miejscem, gdzie z jednej strony będą się spotykały środowiska szczególnie ceniące daną postać historyczną, a inni, o innych wrażliwościach, przynajmniej będą szanować zasługi tych postaci dla Polski.

No właśnie, pochód dochodzi do pomnika Dmowskiego i pan prezydent składa kwiaty...

Nie będę miał z tym problemu. W okresie opozycji w latach 70. musiałem dokonać pewnego przewartościowania własnych emocji, zarówno w stosunku do osób, które gdzieś wywodziły się z kręgów powiedziałbym „rewizjonistycznych" - partii komunistycznej, jak i ze środowisk endeckich. Sam wywodzę się z tradycji ziemiańsko-konserwatywnych i piłsudczykowskich. Musiałem wykonać pracę nad sobą i wydaje mi się, że ją zakończyłem w okresie obozu internowania, co wiązało się także z przyjaźniami z ludźmi z jednej, i z drugiej strony. Nie mam więc żadnego problemu z pokazaniem, gdzie są zasługi dla Polski Daszyńskiego, Paderewskiego, Witosa, Piłsudskiego i Dmowskiego. Kiedyś już powiedziałem, że musimy nauczyć się dostrzegać to, że każdy z nich kochał Polskę, choć każdy troszeczkę inaczej.