Wywiad ukazał się w "Rzeczpospolitej" 6 października 2012 r.
Kryzys to dziś najważniejszy temat. Za tydzień w Sejmie ma wystąpić premier Donald Tusk. Jak ocenia pan pierwszy rok działalności tego rządu?
Bronisław Komorowski: Po pierwsze nic nie wskazuje, by do Polski nadciągała jakaś katastrofa. Na tle UE jesteśmy wyjątkowym krajem, który może się pochwalić nieprzerwanym wzrostem gospodarczym od 20 lat. Choć dynamika tego wzrostu jest różna, choć widać spowolnienie, gospodarka nadal rośnie. Europa jako całość też powoli zdaje się wychodzić z kryzysu.
Dlatego nie przesadzajmy z czarnowidztwem. Politycy powinni uspokajać, a nie straszyć. Jestem pewien, że wystąpienie sejmowe premiera będzie się koncentrować na propozycjach działań na rzecz podtrzymania wzrostu i na przeciwdziałaniu skutkom narastającego od lat kryzysu demograficznego.
Nie można przemilczeć wskaźników. O spadającym popycie, trudnościach demograficznych, danych dotyczących eksportu czy rynku pracy. Wielu polityków nie tyle straszy, ile wychodzi z propozycjami: pomysły ma prezes PiS czy szef PSL itp. Jak pan ocenia działania rządu w rym kontekście?
Oczywiście, że nie wolno tego przemilczeć. I widzę dużo dobrego w tym, że pojawiają się konkretne propozycje działania w tej trudnej gospodarczo sytuacji. Bo nie ma co przesadzać w drugą stronę i malować sytuacji na różowo. Przecież jest oczywiste, że na europejskim kryzysie tracimy, a nie zyskujemy. Potrzebna jest jednak rzeczowa dyskusja, a nie straszenie.
To może jest miejsce dla pana, by stworzyć przestrzeń debaty nad tym, jak przezwyciężyć spowolnienie.
Są panowie wielkimi optymistami. Ale faktycznie wierzę, że są różne sprawy, które mogą być przedmiotem szerokiego konsensusu. Obawiam się jednak, że to zbyt piękne marzenie, że jeśli to prezydent, a nie premier zgłosi jakieś rozwiązanie, to wszyscy to zaakceptują. Politycznym poligonem, na ile możemy uzyskać szeroki konsensus w sprawach ważnych, będzie moja inicjatywa w sprawie modernizacji technicznej armii. Jak to się uda, będę próbował iść dalej.
Jak pańskim zdaniem zachować wzrost?
Nasz kraj musi sprostać zadaniom w pięciu kluczowych obszarach: zwiększenia bezpieczeństwa finansów publicznych, umocnienia bezpieczeństwa systemu bankowego, przeprowadzenia reform rynku pracy, utrzymania chłonnego rynku wewnętrznego oraz otwarcia Polski na nowe bieguny wzrostu. Z uwagą przysłuchuję się propozycjom deregulacyjnym, bo uważam, że będą zwiększały atrakcyjność naszego kraju nie tylko dla inwestorów zagranicznych, lecz przede wszystkim polskich przedsiębiorców. Są pomysły Jarosława Gowina, Waldemara Pawlaka, może wykazać w tym obszarze aktywność i Janusz Palikot. Szczególnie warto wspierać małe i średnie przedsiębiorstwa, które były i są źródłem polskiego sukcesu. To wsparcie może wyrażać się poprzez zastosowanie racjonalnych rozwiązań podatku VAT, w dostępie do systemu poręczeń oraz kształcenia zawodowego, a także do kredytów eksportowych.
Powinniśmy też dbać o wzrost, poszukując nowych rynków zbytu dla polskich przedsiębiorstw. Dobrym przykładem jest zmiana w podejściu do Chin. Polskie firmy tam zaczynają coraz mocniej działać, pojawiają się wspólne z Chińczykami przedsięwzięcia na rynkach trzecich. To budujące przykłady. Jest też cała grupa BRICS. Osobnym problemem jest elastyczność rynku pracy. Jesteśmy nadal atrakcyjni, bo nie ma u nas wysokich kosztów pracy. Problem w tym, że inne kraje idą teraz w tym kierunku, by ich oferta była jeszcze bardziej konkurencyjna. A w Polsce powoli kończy się czas taniej siły roboczej. Musimy zwiększać wydajność pracy również przez bardziej elastyczne rozwiązania dotyczące organizacji pracy.
Czyli nie jest pan przeciwnikiem tzw. umów śmieciowych.
To jest problem społeczny, który należy rozwiązywać, ale nie tak, by wylać dziecko razem z kąpielą. Łatwo jest ograniczyć umowy czasowe, ale wtedy biznes zareaguje zwalnianiem ludzi z pracy lub wypychaniem w szarą strefę.
Jaka jest pana recepta?
Powstrzymać proces zamiany wyjątków w regułę. Zatrudnienie czasowe miało być wyjątkiem ułatwiającym działanie przedsiębiorców. Staje się jednak regułą i to jest niewątpliwie złe. Dlatego trzeba zbliżyć warunki różnych rodzajów umów, na przykład co do okresów ich wypowiedzenia, tak by decyzja o zatrudnieniu na czas nieokreślony była dla pracodawców łatwiejsza niż dotychczas. Umowy-zlecenia mają swoje jasno zdefiniowane funkcje, ale stają się popularne dlatego, że pozwalają zmniejszyć koszty składek na ZUS. Kierunek stopniowego ozusowania pracy zawieranej na różnych zasadach też jest rozwiązaniem, które by powstrzymywało masowe przechodzenie na tego typu umowy.
To podniesie koszty pracy.
Ale w generalnych kosztach pracy na rynku polskim nie będzie zmiany negatywnej. Chodzi o zlikwidowanie zachęty do zamiany wyjątków w regułę.
Ale 80 proc tych umów jest dziś ozusowane.
Dlatego jest tu obszar do działania. Jak słyszę, że ktoś chce w ogóle zlikwidować możliwość zawierania umów czasowych, to myślę, czy czasem nie jest to oznaka obojętności dla losu wielu osób, które mogą stracić pracę.
Nie boi się pan, że po wejściu Polski do strefy euro konkurencyjność polskiego rynku pracy będzie mniejsza?
Nic nie wskazuje na to, że wchodząc do strefy euro przegramy w konkurencyjności z mocnymi. Jestem przekonany, że polska gospodarka podoła mobilizacji. Warto też pamiętać, że strefa euro jest tym ekskluzywnym klubem, w którym będą podejmowane najważniejsze decyzje o przyszłości Unii. Dlatego jeśli aspirujemy do odgrywania ważnej roli w UE, a ja chcę, byśmy taką ambicję mieli, musimy w jakiejś dalszej perspektywie widzieć wejście do tego klubu. Polska powinna na spokojnie dokonać wyboru, kiedy wejść do strefy euro. Dzisiaj nikt nas nie przekona, że warto wskakiwać do basenu, nie pytając, czy jest tam wystarczająco dużo wody. Kiedy unia walutowa się uzdrowi, powinniśmy do niej wejść.
Oczekuje pan od rządu podjęcia tematyki demograficznej. A jeśli w drugim expose premiera nie będzie spraw rodzinnych, będzie pan naciskał? Mówił pan o własnej inicjatywie w tej sprawie.
W Polsce brakuje dziś pomysłu na stworzenie systemu obejmującego różne narzędzia walki z kryzysem demograficznym. Sukces w walce z tym zjawiskiem odniosły kraje, które zastosowały całą gamę narzędzi. I takich, które zmniejszają koszty wychowania dzieci, i takich, które ułatwiają łączenie pracy z obowiązkami domowymi czy wprowadziły nowe prorodzinne rozwiązania podatkowe.
Gdzie będzie pan jeszcze szukał porozumienia?
Również w innych kwestiach dla Polski najważniejszych. Na przykład obrony. Zorganizowałem spotkanie w RBN, dzięki któremu udało się uzyskać zgodę co do bezpieczeństwa powodziowego. Mam nadzieję, że uda się znaleźć akceptację dla ustawy o modernizacji Sił Zbrojnych i dla perspektywy nowoczesnego systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej.
„Rz" jednak wytykała, że dziś mówimy o dalszych projektach, a nie zrealizowaliśmy jeszcze wcześniejszych, czyli 100-tysięcznej armii. Podobnie jak nie dokończyliśmy budowy Narodowych Sił Rezerwowych.
Nie udało nam się też jeszcze dokończyć reformy z 2001 roku. Udział w wojnach w Iraku i Afganistanie spowolnił tempo zmian wewnętrznych w armii. Dziś chcę wykorzystać fakt, że jestem zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, i dokończyć tamten plan, a szczególnie dokończyć modernizację techniczną (Marynarka Wojenna, system przeciwlotniczy, przeciwrakietowy), programu śmigłowcowego, ale także systemu dowódczego. Jak mamy mniejszą armię, trzeba zmniejszyć i uprościć strukturę dowodzenia.
Włączy się pan w dyskusję o bezpieczeństwie energetycznym? Ustawa regulująca zasady wydobycia węglowodorów, a więc np. gazu łupkowego, mimo obietnic premiera ciągle nie wyszła z rządu.
Oczywiście prezydentowi przynależy troska o bezpieczeństwo energetyczne państwa. Z tej perspektywy będę oceniał pomysły rządu. Od tego, by policzyć, co się opłaca, a co nie, albo jakie rozwiązania przyjąć, jest rząd.
Ale właśnie prace w rządzie utknęły…
Pewnie pojawiły się jakieś problemy. Ale zachowajmy umiar. Swego czasu błędem była rezygnacja z połączenia z systemem norweskim. Teraz to nadrabiamy. Terminal LNG w Świnoujściu w 2014 roku będzie olbrzymim krokiem naprzód. Jeśli do tego dodamy rozbudowę systemu w obszarze Unii, m.in. tzw. interkonektory, to wszystko zwiększa nasze bezpieczeństwo. Również wydobywanie gazu łupkowego przyczyniłoby się do dużego komfortu związanego z bezpieczeństwem energetycznym. Rząd z pewnością ocenia aspekty ekonomiczne poszczególnych rozwiązań.
W ostatnich tygodniach powrócił temat katastrofy smoleńskiej. Mówił pan kiedyś, że państwo zdało egzamin po katastrofie. Czy wszystko, co dziś wiemy na fen temat nie zmieniło pańskiego zdania?
To jakieś polskie samobiczowanie. Jeśli coś zawali wójt albo urzędnik, od razu mówimy, że zawaliło państwo. Dlaczego w innych krajach bardziej szanuje się własne państwo? Amerykanom nie przyjdzie do głowy powiedzieć, że państwo nie działa, jak łapówkę weźmie szeryf albo zbankrutuje bank. Nie mamy ugruntowanego szacunku do własnego państwa. Trzeba pomniejszać, a nie powiększać, przekonanie, że mamy złe państwo.
11 listopada poprowadzi pan marsz?
To jeden z przykładów szerszego problemu. Źle się stało, że 11 listopada stał się okazją do świętowania przeciwko sobie i budowania podziałów. Dlatego podejmę ryzyko, by tak jak prowadziłem 11 listopada w latach 70. i 80., tak i teraz poprowadzić marsz i zademonstrować, że przy istotnych różnicach szanujemy odmienne tradycje pracy dla Polski z naszej historii. Dlatego zaczniemy przy Grobie Nieznanego Żołnierza, który powinien być wspólny dla wszystkich. Chcę, byśmy poszli koło pomnika prymasa Wyszyńskiego, który uosabia tradycję wspólnoty i uwzględnia rolę Kościoła w polskiej historii. Chciałbym, byśmy poszli koło redakcji „Robotnika" na Krakowskim Przedmieściu przy Wareckiej. Chciałbym, byśmy złożyli kwiaty pod pomnikiem marszałka Piłsudskiego (symbolu wałki o wolność), pomnikiem Witosa, Paderewskiego, Dmowskiego, czyli przywódców różnych nurtów patriotyzmu. Oni wszyscy zasłużyli się Polsce, choć wcale się nie lubili. Im wszystkim należy się nasza wdzięczność. Oni się nie kochali, ale wszyscy kochali Polskę.