Wywiad z Parą Prezydencką Anną i Bronisławem Komorowskimi ukazał się w świątecznym wydaniu "Gazety Wyborczej" 9 kwietnia 2011 roku.
Teresa Torańska: O 8.59 zadzwonił minister spraw zagranicznych.
Anna Komorowska: Jedliśmy śniadanie.
Bronisław Komorowski: Sikorski powiedział, iż ma wiadomość od pana Bahra, naszego ambasadora w Moskwie, że doszło do wypadku prezydenckiego samolotu. Ale nie wie, z jakimi konsekwencjami.
Włączyliście telewizor?
A.K.:Nie, radio. Nic jeszcze nie podawało. Na wsi nie mamy telewizora.
B.K.:Byliśmy w Budzie Ruskiej na Sejneńszczyźnie, 285 km od Warszawy. Mamy tam stary wiejski dom. Chciałem dwa dni odpocząć. To było krótko po prawyborach prezydenckich w Platformie Obywatelskiej. Wygrałem je, czułem się zmęczony.
A.K.:Przyjechaliśmy poprzedniego dnia późnym wieczorem. Bronek powiedział: czekam na potwierdzenie tej informacji, chyba będę musiał wracać do Warszawy. Powiedział: chyba. Nie, to niemożliwe - pomyślałam. I odruchowo, może podświadomie zaczęłam pakować rzeczy. Pytałam Bronka, kto był na pokładzie. Chodziło mi o ludzi, ich rodziny, nie o stanowiska. Tym samolotem musiały przecież lecieć także bliskie nam osoby. Znajomi, przyjaciele. Kto dokładnie, Bronek nie wiedział. Nikt - jak się potem okazało - nie wiedział. Te listy wylatujących codziennie się zmieniały.
B.K.: Ja ich nie układałem. Wiedziałem tylko, że z prezydentem polecieli wicemarszałkowie i przedstawiciele klubów parlamentarnych. Godzinami później trwało odtwarzanie listy. Po kilku minutach znowu zadzwonił Radek. Nasz dom na wsi ma blaszany dach. Przez to jest słabo z zasięgiem. Wyszedłem na zewnątrz. Padły dwa zdania. Że prawdopodobnie nikt nie przeżył i „szykuj się“, bo zaszła okoliczność przewidziana w konstytucji.
Powiedział panu: Bronek, prezydent nie żyje, jesteś głową państwa.
B.K.:Otworzyłem konstytucję.
Miał pan na wsi konstytucję?
B.K.:Miałem. W wiejskim domu też mamy książki. Po raz kolejny przeczytałem, że „Marszałek Sejmu tymczasowo, do czasu wyboru nowego Prezydenta Rzeczypospolitej, wykonuje obowiązki Prezydenta Rzeczypospolitej“ w razie jego śmierci. Ten zapis w konstytucji wydawał mi się - trzy lata wcześniej, kiedy obejmowałem funkcję marszałka - kompletną abstrakcją, czystą teorią. Żachnąłem się nawet wtedy na autorów konstytucji, że widocznie zwariowali i wypisują takie bzdury chyba tylko po to, by uzasadnić tezę, iż marszałek jest drugą osobą w państwie. Pierwszą więc moją myślą po telefonie Radka Sikorskiego była konstatacja, że sytuacja opisana w konstytucji to nie żadna teoria, tylko absolutnie dramatyczna rzeczywistość. I dotarło do mnie, że jest źle, bardzo źle. I że w tragicznej dla Polski sytuacji muszę przejąć odpowiedzialność za państwo. Zadzwoniłem do ministra Czapli, szefa Kancelarii Sejmu. Miałem do niego trzy pytania. Pierwsze: czy konstytucyjny zapis jest wystarczająco precyzyjny i nie budzi żadnych wątpliwości? Drugie: w jakiej formule i jakie działania trzeba podjąć dla potwierdzenia wykonania tego punktu konstytucji? Oraz trzecie: jaki zakres uprawnień i obowiązków prezydenta mam obejmować?
A.K.: Powiedziałeś mu też, słyszałam: proszę, ściągnąć wszystkich, którzy mogą być potrzebni.
B.K.: Mówiłem mu także, że musi przygotować Kancelarię Sejmu do pełnienia dodatkowej funkcji - urzędu obsługującego marszałka wykonującego lub pełniącego obowiązki prezydenta Rzeczypospolitej. Na temat tego, jak moją funkcję nazwać, odbyła się potem długa dyskusja prawników sejmowych. Stanęło na „wykonującym“.
Nie zamierzał pan przeprowadzić się do Pałacu Prezydenckiego?
B.K.: Zdecydowanie nie. W Sejmie miałem grono sprawdzonych współpracowników. Ponadto miałem „wypełniać“ obowiązki jako marszałek, a marszałek to Sejm. Potem dzwoniłem do Klicha, Nowaka. Szukałem Grześka Schetyny, Tuska. Zanikał zasięg, więc szarpanina, co chwila wyskakiwałem na zewnątrz, zmieniałem miejsca. Nie do wszystkich mogłem się dodzwonić. Tuska, pamiętam, szukałem przez Sławka Nowaka i przez BOR.
A.K.: To była przecież sobota i ludzie - co jest normalne - po całym tygodniu pracy po kilkanaście godzin na dobę wypoczywali. Mogli wyłączyć telefon, pójść na spacer, po zakupy. Bronek wykonywał dziesiątki telefonów, nie wszystkie rozmowy słyszałam. Było nerwowo. Wszystko to, o czym teraz mówimy, działo się w ciągu dwudziestu, może dwudziestu pięciu minut. Wyłączyłam wodę, prąd, sprawdziłam, czy wszystko jest dobrze pozamykane, i do samochodu.
Jeszcze był telefon do Jacka Michałowskiego.
A.K.: Rozmowa z Jackiem to była krótka piłka. Trwała najwyżej pół minuty.
B.K.: Zapytałem go: czy mogę liczyć na twoją pomoc? Nie precyzowałem, o jaką mi chodzi. Potrzebowałem przyjaznej duszy. Urzędnika profesjonalisty. Przyzwoitego człowieka. I on odpowiedział, że oczywiście, i zapytał: o której w Warszawie? Umówiliśmy się na 14 w Sejmie.
A potem było tak, że po pana telefonie Michałowski zadzwonił do Jerzego Koźmińskiego. Powiedział: dzwonił Bronek, a ten tylko: ojojoj. Wie pan dlaczego?
B.K.: (uśmiech) Jacek odmówił kilka lat wcześniej mojej prośbie zostania szefem Kancelarii Sejmu.
Marszałkowi Borusewiczowi także.
B.K.: Poszedł pracować do Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności założonej przez Koźmińskiego był absolutnie szczęśliwy, że po dziesięciu latach zarządzania administracją Senatu i Urzędem Rady Ministrów pełni tam ważną misję, bo młodych ludzi z krajów Europy Wschodniej uczy, czym jest demokracja. Wiedziałem jednak, że w sytuacji kryzysowej mogę na niego liczyć. Działaliśmy razem w opozycji.
A.K.:Wtedy zadzwoniłeś do BOR-u, że ruszamy.
Bo w Budzie ochrony nie mieliście?
A.K.: Oczywiście, że nie. Bo po co?! Na wsi nie była nam potrzebna. Sejneńszczyzna to spokojny świat. Poza tym ani ja, ani Bronek nie jesteśmy ludźmi lękliwymi.
B.K.:Marszałek Sejmu ma w Polsce prawo do służbowego samochodu z kierowcą i do BOR-owskiejochrony. Ale kiedy ochrony nie chce, zgłasza to BOR-owiioni potrzebę jego prywatności szanują. Często z tego przepisu korzystałem.
A.K.:W Budzie byliśmy własnym samochodem.
B.K.:Borowcy zapytali jeszcze, czy nie przylecieć po nas śmigłowcem. Podziękowałem. Samochodem będzie szybciej, niech tylko wyjadą nam naprzeciw, spotkamy się po drodze.
Premier Tusk też do Warszawy jechał samochodem.
B.K.: Wiem, rozmawiałem z nim w drodze.
A potem zrobiono mu z tego zarzut, że samolotem byłby szybciej.
A.K.: Są ludzie, dla których zawsze wszystko będzie źle. Jednocześnie - zbyt szybko i zbyt wolno. To sprawa mentalności. I nic się na to nie poradzi.
B.K.: Samoloty czy helikoptery rządowe - może ktoś wreszcie to zrozumie - nie dyżurują całą dobę na lotniskach, czekając na rozkaz natychmiastowego wylotu, bo Polska jest normalnym krajem i z nikim nie jest wstanie wojny. Piloci śpią więc w swoich domach, a nie w koszarach, nikt nie nosi ze sobą walizek z kodami, a każdy wylot samolotu podlega określonym procedurom. Ich spełnienie zajmuje czas.
A.K.: Samochód przy naszych odległościach jest najlepszym rozwiązaniem. Bronek jedną ręką trzymał kierownicę, a wdrugiej miał telefon. Co chwila z kimś rozmawiał.
B.K.: To były polne drogi, puste.
A.K.: Bronek - powiedziałam - dosyć tego. Albo dzwonisz, albo prowadzisz.
B.K.: Anka przejęła kierownicę. Uznała, że to niebezpieczne. Że za dużo gadam.
Z kim rozmawiał, pani Anno?
A.K.: Z najważniejszymi osobami w Polsce. Ważne ustalenia i decyzje przeplatały się z rozmowami o naszych znajomych. Lista ofiar się wydłużała. Więc o ich rodzinach. I wspomnienia, dużo wspomnień. B.K.: A ja jeszcze między jednym a drugim telefonem zastanawiałem się, czy dam radę łączyć dwie funkcje -marszałka i głowy państwa - z jednoczesnym kandydowaniem w wyborach prezydenckich. W wyborach, które i tak miały być z powodu upływu kadencji i do których się przygotowywałem, ale które zostały tak dramatycznie przyspieszone przez katastrofę. Wahałem się.
A.K.: I pytałeś ministra Czaplę, czy pamiętali, by flagę na Sejmie opuścić do połowy masztu. Czy przygotowali nekrologi do gazet. Razem zastanawialiśmy się, co trzeba zrobić, o czym nie wolno zapomnieć. Żeby swoim niepomyśleniem kogoś nie urazić. Szczegóły są ważne. Jadąc, słuchaliśmy komunikatów radiowych. Ogłaszano potencjalne listy pasażerów, potem je korygowano. Większość nazwisk się powtarzała.
B.K.: Już było pewne, że muszę natychmiast podjąć decyzje personalne.
Powiedzą, że za szybko.
B.K.: Zawsze ktoś coś powie. Mnie chodziło o zapewnienie ciągłości funkcjonowania ważnych instytucji państwa. Dwie decyzje uznałem za najważniejsze. Powołanie szefa Kancelarii Prezydenta i szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Od Czapli dostałem wykładnię prawną. Konstytucja mówi jednoznacznie, że przejmuję wszystkie obowiązki głowy państwa z jednym ograniczeniem: nie mogę tylko postanowić o skróceniu kadencji Sejmu. Zadzwoniłem do Stanisława Kozieja. Profesor, generał. Z nadzieją, że mi nie odmówi. Zaproponowałem mu stanowisko przewodniczącego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Znałem go z czasów, gdy byłem ministrem obrony. Kompetentny, spokojny, daleki od sporów partyjnych. I na dodatek człowiek, który był wiceministrem w rządzie Kaczyńskiego.
Bardzo krótko. Podał się do dymisji.
B.K.:Wiedziałem, że w bardzo trudnej sytuacji psychologicznej, podobnie jak Michałowski, nie będzie sytuacji zaogniać, ale gasić napięcia. Do samochodu BOR-u przesiadłem się w okolicach Łomży.
A.K.: Oni pognali na sygnale, a ja pojechałam dalej do Warszawy już sama, spokojnie, powolutku. Zadzwoniłam do dzieci, żeby przygotowały tacie ciemny garnitur i ciemny krawat. Piotrek wyprasował ojcu koszulę, wyczyścił buty, naszykował czarne skarpetki.
B.K.: Przed naszym domem na Śniegockiej stał tłumek dziennikarzy, kłębił się przed bramą wejściową. To jest stara kamienica. Przed wojną miała dwa wejścia: paradne od ulicy Śniegockiej i gospodarcze od podwórka. Po wojnie ten szyk zlikwidowano. Przy śmietnikach od Miechowskiej zrobiono wejście główne, a drzwi od Śniegockiej zamknięto i na klatce schodowej prowadzącej do naszego mieszkania trzymało się rowery. Miałem klucz. Wszedłem i wyszedłem niezauważony. Udało się, dziennikarze tego przejścia jeszcze wtedy nie znali. w Sejmie zapadały pierwsze decyzje - ogłoszenie żałoby narodowej. Przygotowania do pogrzebów. Już robiono rozeznanie, komu i w czym trzeba pomóc. Jaka jest sytuacja rodzinna. Co zrobić z pokojami poselskimi, w których znajdują się prywatne rzeczy. Dariusz Młotkiewicz został powołany na szefa zespołu opiekowania się rodzinami. Zostali wyznaczeni urzędnicy do każdej rodziny, każdej też przydzielono sejmowy samochód do dyspozycji. Potem, niestety, na głowy urzędników spadło tysiące pretensji.
A.K.: Tak jest zawsze, nie należy się tym przejmować. I robić swoje. Tak jak potrafi się najlepiej. B.K.:Trzeba było podjąć decyzje, gdzie postawić zdjęcia, gdzie zapalić świece. W Sejmie, przed Sejmem. Meldowali mi cały czas. Od razu też pojawił się problem zapewnienia dojazdu rodzin parlamentarzystów do Moskwy na identyfikację. Potem część tych zadań przejął zespół Boniego.
A pani kiedy dojechała do Warszawy?
A.K.: Przed pierwszą. Ela z Marysią były już rano na Krakowskim Przedmieściu, żeby zapalić tam świeczki w solidarnościowym odruchu. Piotrek odebrał kilkanaście telefonów. Dzwonili znajomi i pytali: gdzie rodzice? Odpowiadał, że na Sejneńszczyźnie. Mówili: dzięki Bogu, i odkładali słuchawkę. Zosia informowała, że organizują się harcerze i młodzież KIK-owska, żeby przyjść wieczorem pod krzyż na plac Piłsudskiego i złożyć hołd wszystkim ofiarom katastrofy. Uznali, że plac Piłsudskiego to miejsce najbardziej naznaczone historią. Zwoływali się SMS-ami, przez Facebooka. Umówiłam się z Tadzikiem, że też pojedziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaparkowaliśmy na Karowej, weszliśmy na górę. Było sporo ludzi, ale jeszcze nie tłoczno. Bez kłopotów można było spokojnie podejść pod Pałac Prezydencki. Położyliśmy kwiaty.
B.K.:Do Sejmu przyszedł Jacek Michałowski.
W dżinsach i marynarce zarzuconej na T-shirt. Też przyjechał ze wsi. Spod Łochowa.
B.K.:Krótka rozmowa. Zapytałem: czy zostaniesz szefem Kancelarii? Odpowiedział: tak, oczywiście. Na trzy miesiące, do wyborów -powiedziałem. Tak -powtórzył - do wyborów. I ja, i on rozumieliśmy, że Jacek nie idzie do Kancelarii, żeby robić tam rewolucję, rządzić i kogokolwiek wyrzucać, ale że musi temu urzędowi, który znalazł się w kryzysie, pomóc przetrwać, a zatrudnionym w nim ludziom pomóc wyjść z szoku. Byłem pewny, że zadziała taktownie. Zaprosiłem ministrów z Kancelarii Prezydenta na rozmowę. Przyszło czterech: pani Borys-Szopa, Andrzej Duda, Maciej Łopiński i pani Małgorzata Bochenek. Usiedliśmy w moim gabinecie przy okrągłym stole. Trudna rozmowa, dla nich i dla mnie. Poinformowałem, że z mocy konstytucji przejąłem odpowiedzialność także za Kancelarię. Przedstawiłem im Michałowskiego. Powiedziałem o nominacji Kozieja.
Jak to przyjęli?
B.K.: Ja byłem spięty i oni byli spięci. Prawdopodobnie zaskoczyłem ich tymi decyzjami. Oni - uprzedzono mnie - mieli zamiar na stanowisko szefa Kancelarii lansować dotychczasowego zastępcę Jacka Sasina. Nie mógłbym się na to zgodzić. Kancelaria to nie są tylko sprawy polityczne, także finansowe, organizacyjne, kadrowe. Musiałem mieć na tym stanowisku człowieka, który spełniałby trzy kryteria - miał moje pełne zaufanie, po drugie - fachowości i znajomości mechanizmów funkcjonowania Kancelarii, a po trzecie - żeby miał specjalne cechy charakterologiczne: otwartość na racje innych, łatwość kontaktu i umiejętność szukania z ludźmi porozumienia, a nie konfliktu.
A.K.: Jacek ze swoim wykształceniem psychologicznym idealnie do tej roli się nadawał. Lubi ludzi.
Minister Duda zanegował pana prawo do prezydentury?
B.K.: Nie w rozmowie ze mną. Wypowiadał się chyba w mediach. Że bez aktu zgonu prezydenta nie powinienem przejmować jego obowiązków.
A.K.: Czyli przez co najmniej kilka dni Polska miała zostać bez głowy państwa.
B.K.: On widocznie uważał, że powinienem czekać na rosyjski akt zgonu. To było dla mnie nieprawdopodobne. Bo co by to oznaczało? Że państwo rosyjskie zadecyduje, kiedy nastąpi w Polsce rozwiązanie kryzysowej sytuacji? Nie rozumiem tej logiki. Dla mnie ważniejsze było oświadczenie o śmierci prezydenta polskiego ambasadora i polskiego ministra spraw zagranicznych.
Prezydent Miedwiediew o tym wiedział?
B.K.: Nie sądzę.
Bo zadzwonił do pana.
B.K.: Z kondolencjami, rozmawiałem z nim. Zapowiedział, że przyjedzie na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego. A po kilku godzinach przysłał mi depeszę kondolencyjną, w której jedyną osobą wymienioną z nazwiska, która zginęła wkatastrofie, był prezydent RP Lech Kaczyński. Pan Duda miał dowód.
Zosia zadzwoniła.
B.K.: Tak? Kiedy?
A.K.:Że wieczorem młodzież spotyka się na placu Piłsudskiego. Bo w ciężkich chwilach trzeba się spotykać, ze sobą rozmawiać. Spytała, czy też tam będziemy. Poszliśmy po mszy w archikatedrze. B.K.:Już pamiętam. Było kilkuset młodych ludzi, palili znicze. Usiłowałem coś powiedzieć, nie było mikrofonu, chyba niewiele osób mnie słyszało.
A.K.:Bo nie liczyli, że przyjdziesz. Działali spontanicznie.
W tym czasie w telewizji emitowano pana orędzie do narodu.
B.K.: Było krótkie. Chciałem, by było rzeczowe. Bardzo chciałem dać społeczeństwu sygnał, że mimo tragedii, śmierci prezydenta, prawie całego dowództwa Wojska Polskiego, ministrów, najwybitniejszych działaczy partii politycznych państwo polskie jest i funkcjonuje. Ludziom należało dać poczucie bezpieczeństwa. Odpowiedzialność za państwo nakazywała nie poddawać się powszechnym nastrojom żałoby i rozpaczy. Tak rozumiałem swoją rolę.
A.K.: Przed naszym domem wystawiono ochronę. Było zimno. Zosia bardzo się nimi przejmowała. Mówiła: to krępujące, że oni marzną przez nas. I właściwie po co? Zrobiła herbatę w termosie, kanapki, zaniosła. Następnego dnia - msza w archikatedrze. Bronek pojechał samochodem z Sejmu, ja poszłam sama. Myślałam, że jak zawsze wejdę po prostu w tłum. Zauważył mnie jednak ktoś z Kancelarii i wprowadził głównym wejściem. Było to dla mnie mocno deprymujące. Z jednej strony rozumiałam, że powinnam być obok męża. Ale z drugiej -myślałam - o! już pcha się do przodu, ktoś powie. Posadzono mnie pierwszym rzędzie. W świetle jupiterów. Nie lubię.