Menu rozwijane

15 kwietnia 2011

Konrad Piasecki: „Piaskiem po oczach” gości dziś w Belwederze u prezydenta Bronisława Komorowskiego. Witam, Panie Prezydencie.

Bronisław Komorowski: Witam Pana, witam Państwa. Bardzo się cieszę, że mogę wszystkich gościć tu, w Belwederze.

Panie Prezydencie, czy Pan choć w części rozumie rozgoryczenie, emocje i gniew, które przywiodły ludzi przed Pałac Prezydencki w pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej?

Myślę że w znacznej mierze ich przywieźli konkretni liderzy partyjni. To nie jest tak, że jakieś uczucia przywiodły większość z tych ludzi. Zapowiadano, że będzie 70 tysięcy, było parę tysięcy ludzi, na pewno pełnych emocji, ale w dzisiejszym świecie emocje w znacznej mierze się organizuje albo wywołuje. Mnie niepokoi fakt, że dzisiaj jedna siła polityczna wyspecjalizowała się w organizowaniu, wywoływaniu i zagospodarowywaniu, w sensie politycznym, złych emocji. Ci ludzie, którzy byli pełni dobrych emocji żałoby sprzed roku, według mnie w ogromnej mierze czują się zawiedzeni tą permanentną awanturą, permanentną agresją, która się troszkę ukrywa za nastrojami sprzed roku. Może Cię zainteresować Prezydent o rocznicy katastrofy i stosunkach z Rosją

Pan mówi o złych emocjach, a ja pytam o emocje i gniew, który – mam wrażenie – po części jest uzasadniony. Jak się patrzy na działania i zachowanie państwa po 10 kwietnia, jak się patrzy na to, co robi Rosja i jak się zachowuje wobec nas, jak patrzy się na jakąś dziwną wstrzemięźliwość dotyczącą na przykład pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej, to można mieć uczucia negatywne.

Nie zgadzam się z Panem zupełnie. Państwo polskie zrobiło wszystko, co powinno zrobić w kwestii upamiętnienia, uszanowania, zbudowania nastroju żałoby. Proszę Pana, to się rzadko zdarza, żeby była tak długotrwała żałoba – ja ją ogłaszałem; to się rzadko zdarza, żeby każda trumna była witana na lotnisku przez najwyższe czynniki władzy państwa polskiego – a tak było.

To wszystko prawda. Ceremonialnie było świetnie.

Było wszystko albo i jeszcze więcej.

Ja pytam raczej o kwestię śledztwa, o kwestię współpracy z Rosjanami, o kwestię pomnika w Warszawie.

To wszystko było, ale to wszystko niektórym ludziom za mało. Nawet jeśli było wspaniałym przeżyciem, tak jak na przykład wyjazd rodzin katastrofy smoleńskiej do Smoleńska razem z moją żoną, to i tak to się nawet stawało źródłem krytyki, agresji, niechęci. Nie próbujmy tego chować, bo to po prostu wyłazi w każdym momencie na wierzch. Śledztwo odłóżmy na bok, bo śledztwo, jeżeli ma być rzetelnym śledztwem, wymaga czasu i rzetelności. Rozmawiałem dzisiaj z osobami odpowiedzialnymi za przygotowania do ujawnienia raportu strony polskiej. Jeżeli jest przeprowadzany eksperyment, jeżeli on jeszcze wymaga jakiegoś opracowania, to naprawdę nie wolno naciskać, bo inaczej kto będzie odpowiedzialny za bylejakość pracy?

To wtrącę pytanie: czy już wiadomo, kiedy będzie ujawnienie raportu?

Proszę nie mnie pytać, tylko stronę rządową.

Ale skoro z Panem rozmawiam…

Ja nie jestem właścicielem tych informacji, jest nim strona rządowa. Wiem, że pan minister Miller i jego komisja potrzebują czasu i możliwości przeprowadzenia eksperymentów i ekspertyz. Uważam, że w interesie nas wszystkich leży to, żeby to było oczywiście jak najszybciej, ale też z jakimś poczuciem odpowiedzialności, że nie może być na łapu-capu. Tym bardziej, że mamy również do czynienia z potrzebą odpowiedzi na raport MAK-u, rosyjski raport. Raport polski, przygotowywany przez stronę rządową, musi być odpowiedzią, musi być rzetelny, wnikający jak najgłębiej w problem. A śledztwa? Śledztwa robią niezależne prokuratury. Jak można naciskać na prokuratura?

Ja mówię o kwestii wraku. Rosjanie od miesięcy obiecują, że nam go oddadzą, i nie oddają. Miał być na pierwszą rocznicę katastrofy i go nie było.

Jeżeli my sami mówimy, że wrak jest dowodem w śledztwie, to najpierw muszą Rosjanie zamknąć śledztwo, prawda? Tak mi się wydaję.

Wrak już został wielokrotnie zbadany, Panie Prezydencie.

To Pan tak uważa. Rosjanie mówią co innego.

Skoro raport MAK-u już zakończył sprawę badania katastrofy…

Nie wpadajmy we własne pułapki, bo jeżeli żądamy wraku dlatego, że on ma wartość symboliczną, to nie możemy jednocześnie mówić Rosjanom: oddajcie go, bo to jest dowód w sprawie, nam jest potrzebny do badań. Uszanujmy – niech skończą badania, to wrak na pewno do Polski trafi.

A nie uważa Pan, że takim gestem, który mógłby wytrącić oręż i zakończyć albo uśpić dyskusje, byłaby decyzja o budowie pomnika ofiar katastrofy w Warszawie – niekoniecznie przy Krakowskim Przedmieściu.

Czy Pan naprawdę wierzy w to, o co pyta – że cokolwiek może uspokoić, usatysfakcjonować. Wie Pan, ja ze spokojem patrzę na kwestie pomysłów na upamiętnienie, natomiast z niepokojem patrzę na to wszystko, co temu towarzyszy. Przecież tego samego dnia, kiedy przedstawiono propozycję pomnika światła, jednocześnie działacze PiS-u mówili, że to nie wystarczy. Żądają więcej. Zaraz pojawili ci, którzy mówili: muszą być jeszcze mgły rozsnuwane w tym miejscu. Za chwilę się pojawią inne żądania. Coś jest z mądrości u Hiszpanów, że oni postanowili swoje wielkie dramaty – bo też je mieli, na przykład wysadzenie w powietrze metra – uczcić po pięciu latach. Po pięciu latach emocje może są takie same, bo one zostają, ale jest jakiś dystans. Można troszkę odróżnić to, co jest ważne i najważniejsze, od tego, co jest mniej istotne.

Ale czy jest tak, że Pan mówi pomnikowi – a zwłaszcza pomnikowi przed Pałacem Prezydenckim – „nie”?

Nie, nie mówię „nie”, bo to jest kwestia mieszkańców Warszawy. Z dotychczasowych badań wynika, że mieszkańcy Warszawy mają już mocno dosyć tego sporu o pomnik i dosyć nieufnie traktują wszystkie zapowiedzi, że cokolwiek może skończyć ten spór. Dzisiaj się mówi o pomniku światła i to się nawet przyjemnie kojarzy, ale jednocześnie przed Pałacem Prezydenckim stoi namiot pełen nienawiści – z hasłami nienawistnymi, agresywnymi, brutalnymi, nie do pogodzenia z potrzebą budowania autorytetu państwa polskiego, szanowania państwa polskiego. Więc proponowałbym nie zadawać pytania, jeśli samemu się nie wierzy, że ono ma jakikolwiek sens.

Panie Prezydencie, wierzę, że pytanie o pomnik światła ma sens, i wierzę w odpowiedź pozytywną, która byłaby w stanie kogoś przekonać, że władza ma w tej sprawie czyste intencje.

Ale kogo? Może kogoś tak, ale mogę się założyć o wszystko, że nie usatysfakcjonuje to mieszkańców tego namiotu przed pałacem.

To proszę mnie przekonać.

Wie Pan, dla Pana budować pomnik – to jeszcze troszkę poczekajmy.

 

Nie, nie chcę, żeby budować go dla mnie. Chcę, żeby go zbudować dla Warszawy. Ale gdyby to zależało tylko od Pana, gospodarza Pałacu Prezydenckiego, to czy pomnik światła by powstał, czy nie?

Nie bawmy się w tego rodzaju teorie, bo praktyka jest, niestety, dramatycznie bolesna. I jeżeli ktokolwiek wierzy, że można to środowisko czymkolwiek usatysfakcjonować i uspokoić, to jest w błędzie. Ja po prostu widzę to zdecydowanie inaczej.

Pan w to nie wierzy.

Jeszcze raz mówię: według mnie jest dużo mądrości Hiszpanów w tym, że jednak musi być dystans czasowy, żeby tego rodzaju decyzje podejmować.

I to samo odpowiedziałby Pan na pytanie o pomnik Lecha Kaczyńskiego: „poczekajmy”?

Odpowiadam, że pomnikiem wspaniałym – takim, jaki się stawiało do tej pory tylko królom albo królom równym – jest katedra wawelska; odpowiadam, że miejsc upamiętnienia Lecha Kaczyńskiego jest wiele. Ja sam stworzyłem takie miejsce w Pałacu Prezydenckim, w kaplicy prezydenckiej, gdzie jest upamiętniony pan prezydent Lech Kaczyński, jego małżonka, są upamiętnieni wszyscy pracownicy kancelarii, którzy z nim zginęli, łącznie z byłym szefem kancelarii, panią Jolantą Szymanek-Deresz.

Panie Prezydencie, czy któryś z zarzutów, które stawiała rządzącym, ale również Panu, opozycja 10 kwietnia, uznał Pan za zarzut, który ma podstawy? Kiedy Pan słyszał o „zdradzonych o świcie”, ale też o tym, że państwo nie było w stanie ochronić własnego prezydenta, że państwo się dało ograć Rosjanom…

To jest ponad moje siły, ponad moją wytrzymałość – międlenie tych spraw na okrągło. Oczywiście, trzeba mieć grubą skórę i być odpornym. Ja mam grubą skórę, bo jestem ćwiczony w polityce od tylu lat, więc nie zamierzam dzisiaj się użalać nad tym, jakie brutalności, jakie straszne oskarżenia spotkały mnie na przykład z tytułu wypełniania obowiązków głowy państwa w warunkach głębokiego kryzysu właśnie po katastrofie smoleńskiej. Nie zamierzam się użalać. Robię swoje. Ale proszę mi już darować pytania o to, żebym ja jeszcze wnikał w psychologię tych, którzy stawiali zarzuty mniej czy bardziej absurdalne – bo nie warto. Polska dzisiaj funkcjonuje, państwo polskie może powiedzieć: zrobiliśmy bardzo wiele w zakresie żałoby narodowej, w zakresie opieki nad rodzinami katastrofy smoleńskiej, zrobiliśmy bardzo wiele w każdym zakresie związanym z tą katastrofą i możemy mieć czyste sumienie – wszyscy, jako zbiorowość, jako społeczność polska. Natomiast to, że zawsze będzie ktoś, kto wszystko będzie chciał obrócić na złe, to jest normalne w tym świecie. Nie należy do tego przywiązywać większej wagi, ale też nie należy widzieć państwa polskiego przez pryzmat złych myśli.

Nie proszę Pana o wnikanie w psychologię opozycji. Proszę o odpowiedź na pytanie, czy Pan też czuje rozgoryczenie wobec zachowania Rosjan, wobec raportu MAK-u, wobec ich wstrzemięźliwości?

Rozgoryczenie według mnie jest kompletnie niepolitycznym terminem.

Pytam Pana jako człowieka.

Uważam, że to, co się wydarzyło w pierwszym etapie po katastrofie smoleńskiej, właśnie tam, w Katyniu, w Smoleńsku, niebywała życzliwość i władz, i społeczeństwa rosyjskiego – to był gigantyczny polityczny kapitał, jeśli chodzi o posunięcie do przodu procesu pojednania z Rosjanami. I niewątpliwie to, co się potem działo w Polsce, to szaleństwo oskarżeń o zamach, o wysadzenie w powietrze, o zabijanie rannych, o sztuczną mgłę, to wszystko razem plus absolutnie szkodliwy z mojego punktu widzenia sposób prezentacji raportu MAK-u oraz niepełność informacji w nim zawartych – to rzeczywiście wiele popsuło. I z tego punktu widzenia użyłbym określenia ostrzejszego niż „rozgoryczenie”. Uważam, że z punktu widzenia potrzeby szukania tego, co z Rosjanami może nas zbliżyć i w dalszej perspektywie być może pojednać, to jest po prostu gigantyczna strata. W duchu prawdy, w duchu także rozliczeń historii, przez wspólne dobre przeżycia można bardzo wiele zrobić. A dobrym przeżyciem było spotkanie rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej jednocześnie z żoną prezydenta Rosji i z żoną prezydenta Polski.

Bez wątpienia.

To budowało klimat jakiegoś wzajemnego dobrego przeżywania.

A czy  podczas poniedziałkowej rozmowy z prezydentem Miedwiediewem zrozumiał Pan mechanizm, który przyświecał takiej, a nie innej prezentacji raportu MAK-u?

Kwestia raportu MAK-u nie jest problemem prezydenta Rosji. Ale oczywiście dużo więcej rozumiem z tego, co się dzieje w Rosji. Myślę, że wszyscy rozumiemy coraz więcej, analizując zarówno wypowiedzi prezydenta Miedwiediewa, jak i wszystkie wypowiedzi rosyjskiej sfery politycznej, która przygotowuje się do kampanii wyborczej w Rosji.

Czyli uważa Pan, że za tym wszystkim stoją tarcia w obozie władzy między Putinem a Miedwiediewem?

Nie, to byłoby straszliwie prymitywne. Natomiast niewątpliwie gdzieś w tle jest wielki problem Rosji, jakim jest stosunek do tego, czy Rosja – nowa Rosja – chce modernizować się poprzez na przykład rozliczenie i pełne ujawnienie wszystkich okoliczności zbrodni katyńskiej, czy nie. To jest wielkie pytanie dla Rosjan. I niewątpliwie gdzieś po drodze tych wielkich dylematów zdarzyła się katastrofa smoleńska, zdarzyły się nieodpowiedzialne wypowiedzi wielu różnych polityków polskich, które jątrzyły w relacjach polsko-rosyjskich, budowały sztuczne, za daleko idące oskarżenia; zdarzyła się także nieszczęsna prezentacja raportu MAK-u. Liczę więc na to, że raport ministra Millera będzie antidotum na te wszystkie złe zjawiska – no, może nie na wszystkie, ale przynajmniej na wiele z nich;  że będzie może bolesny dla wszystkich, ale prawdziwy, i będzie umożliwiał mówienie o sprawie katastrofy smoleńskiej bardziej językiem eksperckim niż językiem politycznych emocji.

 

A kiedy rozmawiał Pan z prezydentem Miedwiediewem – jak Pan mówi, również o tej sprawie – czy w takiej rozmowie padały z jednej strony słowa gorzkie, a z drugiej strony słowa… nie powiem: przeprosin, bo to pewnie za duże oczekiwanie, ale pewnej skruchy?

Rozmowy prezydenckie dotyczą relacji obu państw w wymiarach strategicznych. Uważam – i w tym się zgadzam w pełni z prezydentem Miedwiediewem – że strategiczną sprawą dla Polski i dla Rosji jest właśnie porozumienie, rozwikłanie kłamstwa katyńskiego w duchu pełnego ujawnienia wszystkich dokumentów, także rehabilitacji oficerów. I w tych kwestiach znajdowałem absolutnie wspólny język z prezydentem Miedwiediewem.

A w innych kwestiach?

W innych kwestiach jest różnie… Gdybyśmy mieli identyczny pogląd na wszystkie kwestie, to pewnie nie warto by się było spotykać, bo wtedy byśmy mogli tylko i wyłącznie pić herbatę. Trzeba się spierać czasami.

Przy całej wierze w sens i absolutną wagę kwestii katyńskiej mam wrażenie, że dzisiaj w stosunkach między Polską a Rosją zupełnie inne sprawy zaczynają ważyć najbardziej. Właśnie katastrofa smoleńska, kwestia Nord Streamu – to są kluczowe kwestie.

Ja uważam, że jest inaczej. Kwestia Katynia, zbrodni katyńskiej, jest sprawą fundamentalną dla relacji polsko-rosyjskich. To jest także fundament Polski niepodległej po ’89 roku – zadanie, jakim jest rozwikłanie kłamstwa katyńskiego. I jesteśmy bardzo blisko pełnego sukcesu w tym zakresie. Natomiast katastrofa smoleńska jest katastrofą, jest dramatem, ale w moim przekonaniu to nie jest problem, który w sposób fundamentalny zaciąży na relacjach polsko-rosyjskich na parę pokoleń.

Pytanie, kto będzie rządził w Polsce. Bo mam wrażenie, że dla części polityków to jest niebywale istotna sprawa w stosunkach polsko-rosyjskich.

Mam oczywiście nadzieję na to, że nigdy do władzy nie dojdą ci politycy, którzy będą stawiali na to, żeby jeszcze bardziej  zaminowywać relacje polsko-rosyjskie, czy też już od razu wysadzać je w powietrze.

O tej nadziei za sekundę. Chciałem jeszcze wrócić do sprawy, oczywiście z perspektywy wielkiej historii stosunków polsko-rosyjskich drobnej, która jednak zaciążyła nad tym, co działo się w poniedziałek, czyli sprawy tablicy na miejscu katastrofy. Powiedział Pan, że to jest sprawa wstydliwa dla obu stron. Dlaczego w Polsce ma ona budzić wstyd?

Dlatego, że trzeba szanować państwo sąsiada, szanować jego przepisy, jego prawa, bo występuje się na pozycji gościa. Uważam, że to nie było fortunne – zlekceważenie państwa rosyjskiego i jednostronne podjęcie decyzji przez osoby prywatne w Polsce.

Gest serca.

Ale gest serca ma wtedy sens, jeżeli jednocześnie respektuje przepisy prawa w państwie sąsiada. Jakby do Pana  przyszedł ktoś na podwórko i chciał tam po swojemu urządzać żałobę, to pewnie Pan by się trochę zdziwił. Myślę, że tak się zdziwili także Rosjanie. Natomiast strona rosyjska oczywiście nie wykazała się wrażliwością i – powiedziałbym – takim wyczuciem sytuacji, doprowadzając do zmiany tych tablic tuż przed samym spotkaniem obu prezydentów. To groziło impasem albo wprost jakimś wysadzeniem w powietrze tej wizyty. Szczęśliwie udało się to w pełni ominąć albo rozładować, bo przecież efektem mojej rozmowy z prezydentem Miedwiediewem było nie tylko takie dopięcie scenariusza spotkania, że obaj złożyliśmy wieńce pod brzozą, a kamień został z boku, ale też jednocześnie ogłosiliśmy, że zostanie zbudowany, w wyniku starania polskiego i rosyjskiego, trwały pomnik na miejscu katastrofy. I że tablice tam umieszczone, które pewnie będą w obu językach, i po rosyjski, i po polsku, że będą miały treści uzgodnione…

Sformułowanie o ludobójstwie się znajdzie w tej uzgodnionej wersji?

…bo przecież chodzi nie o to, żeby kogoś drażnić, tylko żeby w tym miejscu katastrofy mogły mieć miejsce dobre wydarzenia w relacjach polsko-rosyjskich. Wie Pan, tam byli mieszkańcy i Polacy ze Smoleńska, tam było wielu Rosjan autentycznie głęboko przeżywających katastrofę i pamięć o tej katastrofie. Na tych uczuciach, dobrych uczuciach ludzkich, należy budować, a nie im przeciwdziałać, jątrząc, drażniąc czy lekceważąc. Jak ktoś chce, to zawsze znajdzie sposób, żeby popsuć relacje – i tam w Smoleńsku, i ogólnie polsko-rosyjskie. Ja nie chcę psuć, chcę budować. Zbudujemy razem pomnik, trwałe upamiętnienie na lotnisku w Smoleńsku.

A ma pan żal do polskiego MSZ, że nie potrafiło rozbroić tej miny, którą była ta tablica?

Rzeczywiście, jechałem w sytuacji zdecydowanie niejasnej i bardzo trudnej, z ogromnym ryzykiem porażki. Poradziłem sobie, udało się uzyskać to, co założyłem, także dzięki zrozumieniu sytuacji przez prezydenta Miedwiediewa. To były jego osobiste decyzje. A oprócz tego, muszę powiedzieć, że także w wyniku starań przedstawicieli MSZ-u, którzy w trudnych negocjacjach z protokołem rosyjskim jednak doprowadzili do jakiegoś rozładowania tego kłopotu.

 

Mówi Pan: „osobiste decyzje Miedwiediewa”. Rozumiem, że chodziło o to, że on zdecydował się w ostatniej chwili nie jechać pod tablicę, tylko złożyć wieniec pod brzozą.

Zdecydowanie wyszedł naprzeciw moim oczekiwaniom. I jestem przekonany że między prezydentem Miedwiediewem a mną jest absolutna, niepisana zasada, że staramy się nie szkodzić sobie nawzajem, nie utrudniać, nie tworzyć problemów, tylko je rozwiązywać. To stwarza jakąś perspektywę na przyszłość.

Ostatnie pytanie: nie ma Pan żalu do MSZ-u ?

Słowo „żal” w polityce jest rzeczą trochę małą poważną …

To jakiego by Pan użył sformułowania, żeby opisać Pana stosunek do MSZ-u po tym, co działo się pod tablicą?

Uważam, że zostały tutaj popełnione błędy, ale one zostały w ogromnej mierze naprawione, także w wyniku starań pana wiceministra Litwina, jego osobistego zaangażowania w trudne rozmowy z protokołem rosyjskim. Tak więc pewnie tyle samo trzeba by by rozdzielać nagan, ile nagród.

To teraz porozmawiajmy o tych nadziejach związanych z tym, kto będzie rządził Polską. Czy sondaże, w których PiS coraz bardziej zbliża się do Platformy to jest coś, co budzi pańską troskę i żywsze bicie serca?

Oczywiście byłbym hipokrytą, gdybym uważał, że jest mi wszystko jedno – bo nie jest. I nie jest obojętne także dla Polski. Nie jest też obojętne dla atmosfery w naszym kraju to, czy będzie ona bliższa tym złym emocjom, takim czarnym, niedobrym, czy też będzie bliżej jakichś bardziej radosnych nastrojów. Sondaże, na szczęście, są bardzo różne…

Są niezłe dla Platformy.

GfK Polonia w dalszym ciągu pokazuje gigantyczną przewagę Platformy… Muszę panu powiedzieć, że z jednego się cieszę, uważam bowiem, że polityce polskiej służy konkurencja, i niewątpliwie te sondaże dla niektórych będą stanowiły źródło nadziei, dla innych to musi być bardzo poważne ostrzeżenie i źródło motywacji do lepszego funkcjonowania.

Mówi Pan tym samym swojej partii matce: panowie, do roboty!

Ja jestem poza partią.

Dlatego powiedziałem: partii matce. Albo byłej partii, jak Pan woli.

Ale oczywiście nie będę udawał. Mam tam masę przyjaciół i kawał własnego serca zostawiony.

Powinni się wziąć do roboty ci przyjaciele?

Według mnie, okres przedwyborczy jest okresem trudnym. Platforma generalnie dobrze sobie radzi w sytuacji głębokiego kryzysu gospodarczego w Europie. Ma w tej chwili problem z drożyzną, który nie jest wywołany przez działania rządu, tylko przez zjawiska zachodzące w skali gospodarki świata i Europy, ale ten problem ludzie postrzegają jako związany z tym, czy ktoś sprawuje władzę, czy nie. Wilczym prawem opozycji jest eksploatować nawet niezawinione winy rządzących.

A czy była pańska partia nie ma problemu z reformatorskim zapałem?

Staram się zachęcać do większej odwagi modernizacyjnej i według mnie są tego efekty. Ale oczywiście trzeba stosować zasadę mądrości etapu. Mądrość etapu w tym wypadku podpowiada, że nie należy przed wyborami oczekiwać czy żądać jakichś szaleństw reformatorskich, tylko należy przygotowywać opinię publiczną, także trochę narzędzia oddziaływania na środowisko polityczne, na okres powyborczy w kwestiach przyspieszenia tempa modernizacji naszego kraju. Myślę, że trudna kwestia OFE spowodowała na przykład postawienie całego szeregu trudnych pytań przed przedstawicielami całej sceny politycznej, nie tylko przed jedną partią – pytań o stosunek do reformy systemu emerytalnego.

Sprawa OFE już za nami, przed nami kolejne wyzwania…

Przed nami, mam nadzieję, wielka batalia – pewnie po wyborach – w kwestii istotnej, jaką jest stworzenie mechanizmów, które by zwiększały szansę na wzrost poziomu emerytur i obroniły przed ryzykiem zapaści.

Kwestie wieku emerytalnego i zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn – te dyskusje są przed nami.

Różne pytania się za tym kryją. Być może Leszek Balcerowicz ma tutaj zasługę w postawieniu albo nawet przerysowaniu niektórych pytań.

A jeszcze à propos wyborów: dwudniowe? Już Pan zdecydował?

Nie podjąłem jeszcze decyzji. Będę się kierował zarówno własną oceną tego, co jest lepsze, jak też trochę tym, jak sobie życzą Polacy, bo w końcu to oni mają oddać głos.

Ale 23 października – ta data jest już przesądzona?

Odbyłem konsultacje z partiami politycznymi, ale jeszcze raz chciałem powiedzieć: dla mnie będą ważne moje własne przekonania o tym, co jest korzystniejsze dla Polski, ale także co jest korzystniejsze dla wyborców, bo to o nich tutaj chodzi, a nie o partie polityczne. A jeśli chodzi o datę, to nie, jeszcze do sierpnia mam czas na podjęcie tej decyzji.

I wciąż się Pan waha.

Nie, nie waham się. Mam pewien plan i pewien zamysł w tym zakresie. Ujawnię go w odpowiednim momencie.

I dzisiaj Pan nie powie, że to będzie 23 października, chociaż jest to tajemnicą poliszynela.

Choćby Pan mnie pokroił, nie powiem.

Nie będę kroił prezydenta. Dziękuję bardzo.

Dziękuję bardzo.

Bronisław Komorowski prosto z Belwederu w programie „Piaskiem po oczach”. Dziękuję serdecznie, do zobaczenia.

Dziękuję bardzo.