Menu rozwijane

21 marca 2014
Wywiad prezydenta dla "Polski the Times" (1)
Wywiad prezydenta dla "Polski the Times" (2)
Wywiad prezydenta dla "Polski the Times" (3)
o1607853541.jpg
o2079484142.jpg
o954216708.jpg

Wywiad ukazał się w "Polsce the Times" 21 marca 2014 r.

Staram się właśnie z żoną zapisać synka do przedszkola. W tym wymarzonym - słyną­cym ze świetnej opieki kreatywności, jakości kadr - przedszkolu na Mokotowie przy Sando­mierskiej jest dokładnie 19 miejsc. l około stu chętnych - już teraz, w połowie procesu rekru­tacji. Szansę marne. Tak właśnie-z perspektywy przeciętnego rodzica-wyglądają polskie zderzenia z polityką rodzinną w praktyce. Czy muszą jeszcze minąć dekady albo długie lata zanim do­czekamy się polityki rodzinnej z prawdziwego zdarzenia?

Nie, to nie jest kwestia dekad. Mam oczy­wiście nadzieję, że znajdzie pan - i setki ty­sięcy rodziców w podobnej sytuacji - miejsce w przedszkolu. Może niekoniecznie w tym wymarzonym. Może w tym nieco dalszym. Ale przecież już teraz jest to znacznie prost­sze niż choćby kilka lat temu. Chcielibyśmy oczywiście, żeby docelowo nie było żadnych problemów ze znalezieniem przedszkola bli­sko domu czy z dogodnym dojazdem. Do­brze pana rozumiem, bo moja córka też za­pisywała dziecko do przedszkola. I nie uda­ło się jej znaleźć miejsca w tym wymarzo­nym. Przedszkole jest nieco dalej. Takie ma­my realia. Ale przecież już się zmieniło na lepsze. I nie w ciągu dziesięcioleci. O po­stępie najlepiej świadczą liczby - w ciągu ostatnich lat opieką przedszkolną zostało ob­jętych już 70 proc. dzieci. A niespełna kilka lat temu było to 30-40 proc. Ten postęp jest gigantyczny. Do pełnego sukcesu oczywiś­cie wciąż sporo brakuje. Aspiracje i oczeki­wania rosną, wciąż nie ma możliwości wy­bierania przedszkoli. Ale poprawy nie spo­sób nie dostrzec! Za to pojawiają się pytania o większą elastyczność w proponowaniu opieki przedszkolnej ze strony samorządów. Bywa tak, że szeroka oferta przedszkoli jest tam, gdzie zaczyna brakować dzieci. A z ko­lei brakuje ich tam, gdzie dzieci jest wiele. Ale i to się zmienia.

Mija 10 miesięcy od momentu, w którym ogłosił Pan program polityki rodzinnej „Dobry klimat dla rodziny". Jak Pan ocenia postęp od tego momentu?

Uważam, że dokonał się ogromny postęp. Po pierwsze - właśnie w klimacie wokół po­lityki rodzinnej. Dzisiaj już nikt nie kwestio­nuje tego, że zwiększony wysiłek na rzecz dobrego funkcjonowania rodzin, wzmocnie­nia dla nich wsparcia, ułatwienia godzenia funkcji pracowniczych i rodzicielskich, a zwłaszcza na rzecz przełamania kryzysu demograficznego to strategiczne wyzwania dla państwa polskiego. Tego już nikt nie ne­guje. Za to wykonywane są coraz częściej działania, które mają realnie poprawiać sytu­ację rodzin, ułatwić wychowanie dzieci. Ta­kim przykładem są samorządowe Karty Du­żej Rodziny. Ten projekt rozwija się w bły­skawicznym tempie. Jeszcze w maju, czyli przed ogłoszeniem programu, było ich w ca­łej Polsce około 60. Teraz jest ponad 200. To lawinowy wzrost. Co ważniejsze, ogromna liczba kart jest w przygotowaniu. Trwają też prace nad kartami regionalnymi. Zatwier­dzona została na razie jedna - w wojewódz­twie łódzkim. Ale i inne regiony przygoto­wują swoje rozwiązania na poziomie woje­wódzkim. Wykształca się nawet coś w ro­dzaju zdrowej konkurencji między gmina­mi i regionami w zakresie polityki rodzinnej. Mam nadzieję, że zbliżające się wybory sa­morządowe jeszcze ożywią tę konkurencję. Liczę na to, że wyborcy będą wypytywali kandydatów na radnych czy prezydentów o Karty Dużej Rodziny. W ten sposób sami przyśpieszą proces ich wprowadzania. Wie­le zależy od relacji miedzy obywatelami a samorządem.

A co z rozwiązaniami ponadregionalnymi?

Rząd prowadzi zaawansowane prace nad ogólnopolską Kartą Dużej Rodziny, któ­rą od początku postulowaliśmy w programie jako ukoronowanie całego samorządowego systemu wsparcia dla większych rodzin. Nie chodzi tu zastąpienie propozycji samorzą­dów. Chodzi o kwestie, które wymagają de­cyzji na poziomie centralnym - przede wszystkim o placówki podległe Ministerstwu Kultury i o komunikację. Choć oczywiście już teraz istnieje system ulgowych przejazdów dla dzieci i młodzieży szkolnej, to możliwe jest jeszcze wprowadzenie rozwiązań będą­cych wsparciem dla rodzin mających więcej niż dwoje dzieci. Dokonał się także ogromny postęp w zakresie realizowania potrzeb ro­dzicielskich. Roczny urlop rodzicielski to jest naprawdę wielkie osiągnięcie. To duży koszt, ale będący inwestycją w naszą przyszłość.

Według ZUS z rocznego urlopu skorzystało już 100 tys. rodziców. Ale ponad 98 proc. z tej licz­by to kobiety. Czy Kancelaria Prezydenta będzie dalej działać na rzecz rozwiązań nieco bar­dziej zachęcających do udziału w urlopie także mężczyzn? Takie rekomendacje znalazły się w programie.

Rolą państwa jest tworzenie mechani­zmów umożliwiających partycypację w wy­chowaniu dzieci zarówno przez młodą ma­mę, jak i młodego tatę. Ale to do nich należy kwestia wyboru modelu wychowywania dzieci i wzajemnych relacji. Ja z zazdrością i podziwem patrzę na moje dzieci czy moich młodych współpracowników z kancelarii, którzy świadomie korzystają z tej możliwoś­ci i uczestniczą w wychowaniu dzieci. War­to to propagować, bo ma to same dobre skut­ki - zarówno jeśli chodzi o relacje między oj­cami a dziećmi, jak i możliwość łączenia obo­wiązków domowych i zawodowych. Ale mu­si to być kwestia świadomego wyboru. Nato­miast to, że z tej możliwości skorzystało już 100 tyś. osób, to dowód na to, że program jest trafiony i odpowiada realnemu zapotrzebo­waniu społecznemu. Za jakiś czas będziemy mogli ocenić, czy służy on realizacji zasadni­czego celu - czyli przełamaniu kryzysu de­mograficznego. Jedno jest pewne - nie wy­starczy do tego żadne pojedyncze działanie, nawet najbardziej spektakularne. To musi być całościowy system, na który składają się i ur­lopy, i ułatwienia w dostępie do opieki nad dzieckiem. Ułatwienia w łączeniu funk­cji rodzicielskich i pracowniczych. Na to mu­si się też złożyć Karta Dużej Rodziny, a prze­de wszystkim zmiany w systemie ulg podat­kowych, o które intensywnie zabiegamy.

Propozycje podatkowe to jeden z najciekaw­szych punktów programu.

W tej sprawie na pewno pojawi się jesz­cze inicjatywa Kancelarii Prezydenta. Mecha­nizm, który pozwalałby na rodzinne opodat­kowanie się, uważam za niezbędny. Powi­nien to być oczywiście mechanizm na miarę możliwości naszego budżetu. Ale taką możliwość widzę. I z taką inicjatywą - oczywiście uzgodnioną z klubami parlamentarnymi i z rządem - wyjdziemy.

W programie pojawiły się też ciekawe propozycje związane z kwestią mieszkaniową.

U nas młode małżeństwa, w stopniu niespotykanym w świecie, wskazują kwestie bezpieczeństwa mieszkaniowego jako te, które bezpośrednio wpływają na decyzję o posiadaniu dzieci. W wielu innych społeczeństwach i krajach nie jest to aż tak istotny element - bo tam panuje przyzwyczajenie do wynajmowania mieszkań. Tymczasem Polacy zakładający rodziny chcą mieć mieszkania własne.

Może trochę z braku alternatywy. W Polsce nie ma w zasadzie prawdziwego rynku mieszkań na wynajem.

Na to składają się doświadczenia poprzednich pokoleń. Ale około 60 proc. młodych ludzi nie ma zdolności kredytowej, by kupić mieszkanie. Tym mniej zamożnym trzeba zaproponować alternatywę: mieszkania na wynajem o umiarkowanym czynszu. I dlatego projekty dotyczące polityki mieszkaniowej powinny być elementem strategii polityki rodzinnej służącej przełamaniu kryzysu demograficznego.

Czy resort rozwoju regionalnego i infrastruktury rzeczywiście współpracuje tu z Kancelarią Pre­zydenta na rzecz budowy takiego programu mieszkaniowego?

Tak - ministerstwo zobowiązało się przed­stawić całościowy program budownictwa czynszowego. Z kolei w Kancelarii Prezyden­ta uzgodniliśmy, co należy zrobić, by we­sprzeć budownictwo mieszkaniowe pod wy­najem na zasadzie partnerstwa publiczno--prywatnego na poziomie gmin. Chodzi o zmiany legislacyjne - które już zostały za­akceptowane - usprawniające rozliczanie takich środków. Ta propozycja ma zresztą związek z prowadzonym przez nas konkur­sem dla samorządów. Jednym z laureatów ostatniej jego edycji są Siedlce - gdzie zna­leziono chyba optymalne rozwiązania na rzecz budowy mieszkań pod wynajem. Dokonali tego wspólnie samorząd i przed­siębiorcy. Uwzględniono to, że poziomy za­możności młodych ludzi są bardzo różne, a na dodatek stworzono odpowiednie wa­runki do inwestowania pieniędzy prywat­nych. To sprzyja kontrolowaniu racjonal­ności wydatków i rozsądnemu doborowi lo­katorów takich mieszkań.

Wprowadzenie takich rozwiązań w skali kraju to chyba ogromne koszty?

Przeciwnie. Na razie nie ma wręcz żad­nych kosztów. Konieczna jest nowelizacja ustawy, by stworzyć korzystne warunki dla mieszkaniowego partnerstwa publiczno-prywatnego. To dość istotne zmiany w do­tychczasowym prawie, w zasadach rozlicza­nia kosztów, tak by nie obciążały one w ca­łości bieżącego budżetu samorządów, lecz mogły zostać zaksięgowane jako wydatki majątkowe. Teraz już tylko czekamy na tę nowelizację.

Czy ona wpłynie na koszty wynajmu mieszkań w Polsce?

Sama nowelizacja nie. Ale kiedy za jej sprawą i za sprawą programów wpierających budownictwo na wynajem, przygotowywa­nych przez Ministerstwo Infrastruktury i Roz­woju, na rynek trafi odpowiednio wiele mieszkań o umiarkowanym czynszu, wów­czas i ceny rynkowe staną się znacznie bar­dziej konkurencyjne. Cudownych rozwiązań wszystkich problemów mieszkaniowych w Polsce nie ma, ale na szczęście są progra­my, które dają nadzieję na poprawę sytuacji młodych rodzin.

A nie obawia się Pan ryzyka związanego z PPP w budownictwie mieszkaniowym? Tego, że np. wielka firma deweloperska może się okazać bardzo silnym partnerem w porównaniu np. z samorządem kilkudziesięciotysięcznego miasta?

Partnerstwo ma wtedy sens, gdy ryzyko jest odpowiednio rozłożone pomiędzy part­nerów. Nie chodzi o to, by wybudować co­kolwiek. To nie jest wielka sztuka. Nato­miast bywa sztuką sprawienie, by inwesty­cja się zwróciła. Partnerstwo publiczno-prywatne daje większe szansę na zapewnienie ekonomicznego bezpieczeństwa takich przedsięwzięć.

Opowiada się Pan za prorodzinną ulgą podatko­wą opartą na kwocie wolnej od podatku. Pańscy eksperci przedstawi dwa rozwiązania. Pierw­sze, dające dodatkową premię podatkową za drugie dziecko. Drugie-w którym zwiększa się ta premia od dziecka trzeciego? Jaka będzie tu ostateczna propozycja?

Wciąż trwa dyskusja. Chodzi i o to, któ­re rozwiązanie będzie bardziej kosztowne dla budżetu i - przede wszystkim - o efek­tywność takiego wsparcia z punktu widze­nia priorytetów państwa. Czyli o zwiększe­nie liczby decyzji o powołaniu na świat dziecka. Nie pierwszego, lecz tego następ­nego. I tu trwa dyskusja socjologów i demografów - część ekspertów przychyla się do tezy, że najważniejsze jest przekroczenie bariery drugiego dziecka, na zasadzie „jak drugie się urodzi, to i trzecie ma dużą szan­sę". Ale może przy ograniczonych możli­wościach należy raczej pomyśleć o wyrów­naniu szans tych, którzy już zdecydowali się na trzecie dziecko. A od tego momentu mo­im zdaniem zaczyna się rodzicielski hero­izm. (śmiech)

Kto więc na razie wygrywa w tym sporze?

Przede wszystkim chodzi o to, by obecna ulga o charakterze potencjalnym zamieniła się w rzeczywistą. W tej chwili ok. 30 proc. rodziców nie może skorzystać z ulgi na dziec­ko z powodu zbyt niskich dochodów. Wśród rodzin wielodzietnych 70 proc. nie może wy­korzystać tej ulgi w części lub całości. To trze­ba jak najszybciej zmienić.

Dobrze, ze upadł też mit tego francuskiego rozwiązania jako panaceum.

No nie do końca, Francuzi jednak mają re­alne osiągnięcia...

Tylko że w naszym systemie owo rozwiązanie premiowałoby tych najzamożniejszych, rodzi­ny o dochodach przekraczających 85OO zł.

Dlatego też chcemy, by te podatki były rozliczane rodzinnie przez wielkość kwoty wolnej od podatku zależnej od liczby dzieci. Dzięki temu z ulgi podatkowej będą mogli ko­rzystać wszyscy, a nie tylko bardziej zamoż­ni z mniejszą liczbą dzieci. Warto pomagać rodzinom na starcie życiowym, które mimo to zdecydowały się na dzieci. Trzeba bardzo uważać, żeby znaleźć ścieżkę pomiędzy po­trzebą wyrównywania dochodów z tytułu te­go, że ktoś ma dużo dzieci, a potrzebą stero­wania procesem rodzenia się dzieci. Z tego, co panowie mówią o francuskim systemie, który wspiera także rodziny zamożniejsze, nie muszą wcale wynikać złe skutki, jeśli cho­dzi choćby o perspektywę wychowania tych dzieci. A my staramy się uwzględnić to, że w Polsce mamy społeczeństwo biedniejsze. U nas sprawą zasadniczą jest wsparcie dla ro­dzin, które i tak dźwigają ciężar wychowy­wania dzieci. Tylko że mogą robić to z mniej­szym lub większym nakładem heroizmu. My ten nakład chcemy zmniejszyć. Ten system podatkowy będzie adresowany do rodzin, które pracują, które płacą podatki. A które jednocześnie wychowują dzieci. I takie mał­żeństwa moim zdaniem będą bardziej skore do podjęcia decyzji o posiadaniu kolejnego dziecka. Jestem również pewien, że włożą też dużo wysiłku w ukształtowanie tego dziecka, wychowanie go na obywatela, któ­ry też w przyszłości będzie płacił podatki.

Jesienią ubiegłego roku rząd wystąpił z szumnie zapowiadaną tzw. ofensywą prorodzinną. Również opozycja, choćby w postaci PiS, nie tak dawno głośniej zaczęła podnosić ten temat Czuje się Pan w pewnym sensie inspiratorem takich działań?

Do pewnego stopnia na pewno tak. Z sa­tysfakcją obserwuję, jak ugrupowania poli­tyczne prześcigają się na kolejne pomysły dotyczące polityki prorodzinnej. To jest do­wód skuteczności tworzenia przez nas „do­brego klimatu dla rodziny". O to właśnie chodzi. Żeby w poszukiwaniu optymalnych rozwiązań ścigały się ze sobą i partie, i sa­morządy. Ważne jest jednak, by budować spójny, całościowy program polityki proro­dzinnej, wykraczający poza aktywność przedwyborczą. Bo mamy w Polsce rozwią­zania niespójne, kosztowne, pochłaniające wiele pieniędzy, wydawanych w imię poli­tyki prorodzinnej, które nie tworzą wcale mechanizmu rozwiązań systemowych. A to jest właśnie efekt zgłaszania różnych pro­jektów wynikających z postulatów i obiet­nic z kampanii wyborczych.

Ma Pan tu na myśli np. becikowe?

Chociażby. Albo obecny system ulg po­datkowych.

W nowym programie PiS znajdują się propozycje dodatków miesięcznych w wysokości pięciuset złotych za dziecko...

Panowie, życzę każdemu, by znalazł te pieniądze. To około 20 mld zł. Wydaje mi się, że na tym polega właśnie ryzyko two­rzenia pięknie prezentujących się progra­mów, opartych w dużej mierze na klimacie przedwyborczym. Dlatego mniej więcej rok temu proponowałem partiom politycznym taką fazę wspólnej dyskusji, by wszyscy mo­gli zgłosić swoje projekty. Byłem i jestem w dalszym ciągu otwarty na to, że któreś ugrupowanie polityczne może mieć lepszy pomysł. Albo po prostu pomysł bardzo do­bry. Ale pomysł bardzo dobry to taki, który oparty jest też na racjonalnych przesłankach finansowych. Bo okazało się, że najbardziej realne są te projekty, które nie wymagają wielkich pieniędzy. Mam tu na myśli oczy­wiście Kartę Dużej Rodziny. Chciałbym w tym miejscu podkreślić, iż życzyłbym so­bie, by na wypracowanie dużej, spójnej stra­tegii rozwoju polityki prorodzinnej składa­ły się projekty różnych partii. I lewicy, i pra­wicy. Niestety nie wszyscy chcieli brać w tym udział.

Które segmenty polityki prorodzinnej prowa­dzonej przez rząd ocenia Pan jako te. które mogły być dotąd realizowane skuteczniej, szybciej?

Jestem wdzięczny za to, co zostało zrobio­ne. Uważam, że zostało zrobione sporo. Rząd musi zadbać teraz o zmiany w systemie po­datkowym, a także zatroszczyć się o polity­kę mieszkaniową. Ale jest też trzeci segment, który nie wymaga szczególnej aktywności rządu. Mam tu na myśli tworzenie klimatu dla przedsiębiorców, by ci z kolei wspierali klimat dla rozwoju polityki prorodzinnej. Pra­codawcy, niezależni przecież w większości od rządu, są istotnym elementem tej polity­ki. Wśród pracodawców dostrzegamy całą masę osób życzliwych wobec naszych pomy­słów. Oni muszą poczuć, że stwarzanie ko­rzystnych warunków dla pracowników przy­nosi korzyści także im samym.

Mówi Pan o niskich kosztach. Czyli na razie nie grozi nam ta że staniemy przed dylematem, że - mówiąc trochę pół żartem - zaczniemy przeliczać koszt ulg prorodzinnych np. na to, ile możemy miecza to baterii patriotów, biorąc pod uwagę obecną sytuację geopolityczną w naszym regionie?

Rozumiem, o co panom chodzi, ale nie można myśleć o tym w kategoriach: albo- al­bo. Na bezpieczeństwo państwa polskiego składa się i siła polskiej gospodarki, i wielkość populacji, i sposób zorganizowania państwa. Nie należy wykonywać takich prostych przeliczeń. Choć uważam, że w kraju realizuje się sporo wydatków niepotrzebnych. Bieżący monitoring takich wydatków jest potrzebny. Na ulgi podatkowe wydaje się w tej chwi­li około 8 mld zł. I tych 8 mld idzie w dużej mierze w powietrze. Więc dołożenie 1,5 mld wraz z racjonalną korektą systemu nie wy­daje się za dużym kosztem. To jest po prostu potrzebne.

Jak wygląda monitorowanie tego, co dotychczas udało się zrobić w ramach realizacji kolejnych etapów programu?

Oczywiście będziemy monitorowali dzia­łania w obszarze polityki prorodzinnej na każ­dym poziomie. I centralnym, i samorządo­wym. Pani minister Irena Wóycicka tworzy system zbierający odpowiednie dane po­trzebne do tego, by na bieżąco analizować ko­lejne działania. Chcemy oceniać, czy jest po­stęp, czy go nie ma. W ramach „Dobrego kli­matu dla rodziny" mechanizmy kontroli zo­stały także podjęte przez ważne instytucje państwowe, które są do tego powołane, jak np. Najwyższa Izba Kontroli. NIK kontroluje wdrażanie programu od strony nie tylko rze­telności, ale też efektywności. Podobne dzia­łania podjął minister sprawiedliwości, za co jestem mu wdzięczny.

Czy na skutek tych działań monitorujących moż­na wskazać wyraźnie jakieś najdotkliwsze przeszkody we wdrażaniu inicjatywy Karty Du­żej Rodziny?

Pierwszy raport opisujący te problemy bę­dzie opublikowany we wrześniu.

A nie jest problemem to, że - jak wynika ze sta­tystyk przygotowanych przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej - ledwie co druga rodzina spełniająca kryteria Karty Dużej Ro­dziny się o te karty ubiega? To jest oczywiście średnia ogólna - w niektórych gminach odse­tek rodzin starających się o kartę wynosi 9O proc., w innych kilkanaście-ale czy nie jest ona zbyt niska?

To na pewno zależy od wielu czynników. Być może faktycznie świadczy to o tym, że za­lety kart w niektórych miejscach w kraju są niedostatecznie rozpropagowane. Może też chodzić o jakość samych kart w poszczegól­nych gminach, ale także o specyfikę poszcze­gólnych gmin. Wiadomo, że gminy różnią się pod względem atrakcyjności przedstawia­nych przez nie ofert, np. infrastrukturalnych. Ale mam nadzieję, że w przypadku kart za­działa mechanizm konkurowania na pozio­mie samorządowym, między gminami. Zbliżają się wybory samorządowe, a więc rodzi­ny wielodzietne będą w centrum zaintereso­wań polityków. To doskonała okazja, by - po pierwsze - zadbać o lepsze działania in­formacyjne a propos Kart Dużej Rodziny, a po drugie, by wzbogacić oferty samych kart.

A co dzieje się w tym momencie z ustawą ro­dzinną?

Inicjatywa ustawodawcza jest w przy­gotowaniu. Jesteśmy na wstępnym etapie dyskusji z zespołem pracodawców, który współpracuje z Kancelarią Prezydenta w tej sprawie.

Projekt tej ustawy ma mieć ponoć spory roz­mach, jeśli idzie o zasięg…

Tak, projekt tej ustawy ma dotyczyć prze­de wszystkim urlopów rodzicielskich, więk­szego uelastycznienia czasu pracy, wspiera­nia półetatowości. Będzie również dotyczyć różnych zmian w Kodeksie pracy. Oczywiś­cie projekt będzie konsultowany z klubami parlamentarnymi. Być może paradoksalnie okres przedwyborczy stanie się odpowied­nią okazją do poważnej debaty nad prezydenckimi propozycjami. Bardzo na to liczę, bo polityka rodzinna jest jednym z prioryte­tów mojej prezydentury.