Menu rozwijane

22 maja 2012

Marcin Firlej: Panie Prezydencie, szczyt się zakończył, przywódcy państw uczestniczący w szczycie rozjechali się już do domów. Jest Pan chyba jednym z ostatnich prezydentów, który został tutaj, w Chicago. Wczoraj bił od Pana optymizm. Noc minęła, przespał się Pan z ustaleniami ze szczytu… Czy dzisiaj dalej Pan uważa, że to wielki sukces?

Bronisław Komorowski: Uważam, że udało się nam osiągnąć to, co zakładaliśmy, a to oczywiście jest jakaś miara sukcesu. Tymi sprawami, na których nam zależało, była zasada jednoznacznego zakończenia misji w Afganistanie z udziałem żołnierzy polskich i niepodjęcie decyzji, które by nam wiązały ręce, jeśli chodzi o przyszłość zaangażowania Sojuszu w Afganistanie, bo uważamy, że trzeba szukać rozwiązań już bardziej natury politycznej, ekonomicznej, a nie militarnej.

Udało się nam uzyskać również takie zapisy w dokumentach szczytu, które w praktycznych decyzjach potwierdzają to, na czym Polsce zawsze zależało i będzie zależeć. Udało się uzyskać potwierdzenie wagi art. 5. traktatu waszyngtońskiego, mówiącego, że Sojusz musi się przygotowywać do obrony terytoriów krajów członkowskich bez względu na to, czy są realne zagrożenia dnia dzisiejszego czy jutra. Sojusz jest po to, by być gotowym głównie na zagrożenia  kierowane w stronę krajów członkowskich Sojuszu.

Panie Prezydencie, w 2014 roku najpierw z Afganistanu trzeba się będzie wycofać. NATO ma kłopot z porozumieniem się z Pakistanem. Niepokoi to trochę Pana?

Tak, niepokoi. Są dwie drogi ewakuacji – jedna przez Pakistan, łatwiejsza, z możliwością wykorzystania szlaków morskich, transportu morskiego, i druga przez Uzbekistan. W tej chwili zadaniem dla polskiej dyplomacji, być może także i dla prezydenta, jest to, aby te dwie możliwości stały do dyspozycji polskich żołnierzy, polskiego sprzętu, w ramach kończenia misji w Afganistanie.

Panie Prezydencie, kiedy Pan przyjeżdża  do Stanów Zjednoczonych, nie da się odejść od tematu ruchu bezwizowego. Wczoraj apelował Pan do Polaków mieszkających tutaj, w Chicago, aby naciskali na amerykańskich polityków, naciskali na Kongres. Dzisiaj spotyka się Pan z politykami amerykańskimi. Są jakieś szanse?

Traktuję bardzo serio – i myślę, że się nie rozczaruję – deklarację prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy złożoną w czasie mojej wizyty dwa lata temu w Waszyngtonie o załatwieniu tej kwestii do końca kadencji.

Ale rok wyborczy jest raczej utrudnieniem niż ułatwieniem. W roku wyborczym bardzo łatwo się składa obietnice, ale trudno z nich wywiązuje.

Ale i odwrotnie. Rok wyborczy musi skłaniać polityków amerykańskich do szukania głosów także Polonii, Polaków czy Amerykanów pochodzenia polskiego.

Panie Prezydencie, kilka dni temu pytałem Pana o wypowiedź litewskiej pani prezydent dotyczącą Polaków. Jej zdaniem Polska faworyzuje Rosję kosztem Litwy. Wtedy nie znał Pan tej wypowiedzi, teraz już z pewnością Pan ją zna. Czuje się pan oburzony jako prezydent i jako Polak?

Nie wypada w relacjach między prezydentami używać jakichś ostrych słów. Mogę powiedzieć tyle, że odczuwam pewną przykrość w sytuacji, kiedy prawie że dokładnie w tym samym momencie, jeżeli nie w tym samym momencie, to tego samego dnia, polski prezydent mówi na szczycie natowskim o polskich działaniach na rzecz bezpieczeństwa w całym regionie, ze szczególnym uwzględnieniem krajów bałtyckich, a wiec także i Litwy w ramach polskiego zaangażowania, polskich pilotów, polskich samolotów w ochronę nieba nad Litwą, mówi o wspólnym interesie bezpieczeństwa, jakim jest walka o utrzymanie znaczenia i aktualizacja planów ewentualnościowych, a więc planów obrony terytoriów Polski i krajów bałtyckich, mówi o innych sprawach ważnych dla bezpieczeństwa tego regionu, takich jak ćwiczenia, jak tarcza antyrakietowa, która przecież będzie także elementem chroniącym niebo nad Litwą… To jest przykre i tyle. Wydaje mi się, że jest widoczna pewna niestosowność, przynajmniej wynikająca z faktu, że te dwa wydarzenia miały miejsce tego samego dnia.