PAP: Panie prezydencie, czy może Pan powiedzieć, że desygnuje Pan na premiera szefa zwycięskiej partii? Premier Donald Tusk zapowiada, że jeśli PO nie wygra, to on nie będzie formował rządu. Czy desygnuje Pan, w przypadku zwycięstwa PiS, Jarosława Kaczyńskiego na premiera?
Bronisław Komorowski: Uważam, że nie należy być mądrzejszym od demokracji i zapowiadać już dzisiaj, co stanie się po wyborach. Zobaczymy, jaki będzie ich wynik. Prezydent ma swoje uprawnienia zapisane w konstytucji i ma swobodę decydowania, ale także ponosi odpowiedzialność za każdą decyzję.
Pragnę przypomnieć, że za skutecznym stworzeniem w Polsce rządu powinna stać większość w parlamencie, a zatem powierzając misję jego tworzenia będę się kierował zarówno wynikiem wyborczym, jak i posiadaniem realnej zdolności koalicyjnej.
Jak ocenia Pan przebieg dotychczasowej kampanii wyborczej? Czy nie uważa Pan, że jest ona mało merytoryczna? Uważa Pan debatę liderów głównych sił politycznych za potrzebną?
Oczywiście każda partia polityczna ma prawo do stosowania taktyki wyborczej takiej, jaką uzna za najkorzystniejszą dla siebie. Niektóre unikają debaty publicznej lub debaty z konkurencją polityczną.
Ludzie jednak chcą konfrontacji poglądów, konfrontacji pomysłów na Polskę. I jestem przekonany, że do takich debat jednak dojdzie. Chciałbym, żeby służyły one przedstawieniu różnic, ale i wspólnych celów, jeśli chodzi o pomysły na Polskę.
Ta kampania rzeczywiście nie obfituje w imponującą ilość wydarzeń, które byłyby oparte o dyskusję merytoryczną, ale taki jest chyba bieżący etap rozwoju demokracji w Polsce.
Obserwuję jednak wiele sygnałów świadczących o tym, że powoli czas płytkiej debaty się kończy. W moim przekonaniu Polacy chcą być traktowani poważnie i nie należy prowadzić kampanii wyłącznie w oparciu o sztuczki PR-owskie albo o czyste emocje.
Myślę, że zbliżamy się do następnego etapu i że następna batalia polityczna będzie bardziej merytoryczna.
Do wyborów parlamentarnych zostało niewiele ponad dwa tygodnie. Zapowiadał Pan aktywne włączanie się w działania profrekwencyjne. Czy przewiduje Pan jakieś inicjatywy w tej sprawie na końcówkę kampanii?
Przywiązuję do kampanii profrekwencyjnej bardzo duże znaczenie, dlatego że to jest naturalna rola prezydenta, aby wtedy, kiedy wszyscy inni stają w szranki wyborcze, apelować o udział w wyborach.
Ważne jest to, aby zapewnić udział jak największej ilości obywateli Polski w tym procesie demokratycznym. W trosce o to wspólnie z przedstawicielami organizacji skupiających ludzi niepełnosprawnych zabiegałem o usuwanie barier utrudniających oddawanie przez nich głosów.
Moja żona - podczas Europejskiego Kongresu Kobiet - również apelowała o udział kobiet, nie tylko w głosowaniu, ale także w zachęcaniu do uczestnictwa w wyborach.
Niebawem pojawią się w środkach masowego przekazu spoty, w których ludzie znani, popularni i niezaangażowani w działalność polityczną, będą starali się przekonać Polaków do tego, że warto głosować.
Osobiście patronuję działaniom różnych organizacji pozarządowych, organizacji społecznych, które na własną rękę organizują kampanię profrekwencyjną w postaci filmów w internecie i różnego rodzaju spotkań. I staram się nie tylko zachęcać, ale pomagać tym organizacjom w tym, aby mogły skutecznie dotrzeć do jak największej ilości ludzi w Polsce.
Niedługo do mediów trafi mój list z prośbą o to, by zechciały włączyć się w działania profrekwencyjne, bo to leży w interesie systemu demokratycznego, a wolne media są jego cząstką.
Niektóre partie polityczne, także organizacje pozarządowe, apelują do Pana o weto ws. ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jakie jest Pana stanowisko, czy Pan już podjął decyzję?
Ta ustawa wpłynęła do mojej kancelarii w poniedziałek. A dzisiaj już oczekuje się ode mnie szybkiej deklaracji, niektórzy występują w roli "wujków dobra rada" i wygłaszają różne porady dla prezydenta. Dobre rady są cenne, ale wtedy, kiedy wynikają z rzeczywistych chęci udzielenia pomocy i wsparcia. Ale odnoszę wrażenie, że wysyp tych wszystkich dobrych rad to jest jednak głównie efekt kampanii wyborczej, a nie chęć znalezienia najlepszego rozwiązania.
Rozumiem, że organizacje pozarządowe mają szczególną wrażliwość co do kwestii poruszonych w ustawie, ale aktywność polityków, którzy są zaangażowani w trwającą obecnie kampanię, rodzi podejrzenie, że przynajmniej część z nich ma na celu wyłącznie własny polityczny interes.
Jest za wcześnie bym powiedział, jaką podejmę decyzję, ustawa jest badana. Mogę powiedzieć, że zwykle przy tego rodzaju trudnych ustawach, a ta jest bardzo trudna, jak zwykle argumenty zarówno jej przeciwników, jak i zwolenników są dla mnie ważne.
Nie mogę zlekceważyć argumentu, że ta ustawa miała na celu implementację przepisów unijnej dyrektywy. Ta dyrektywa powinna być wprowadzona już sześć lat temu. A o to, dlaczego tak się nie stało, należałoby pytać wszystkie poprzednie rządy sprawujące władzę w tym czasie.
Jeśli nie wprowadzimy tej dyrektywy do prawa polskiego, to Polsce będzie groził proces i wyrok skazujący na zapłacenie bardzo poważnej kary finansowej, liczonej w milionach euro. To jest problem, którego nie mogę zlekceważyć i dedykuję wszystkim teraz doradzającym mi, aby się nad tym zastanowili.
Dostrzegam natomiast, że w dotychczasowej debacie nie pojawiły się dotąd żadne opinie znanych konstytucjonalistów, które kwestionowałyby konstytucyjność rozwiązań zawartych w tej ustawie. Dostrzegam jednak i podzielam pewne zastrzeżenia związane z trybem pracy nad nią. Przypomina to trochę kłopoty związane z ustawą o nasiennictwie, gdzie tryb pracy zaowocował - w moim przekonaniu - niedobrymi rozwiązaniami.
Według mnie, Senat nie powinien występować w roli inicjatora zmiany na tym etapie prac legislacyjnych. Ja tu widzę poważny problem i zastanawiam się, jak przeciwdziałać takiej praktyce.
Szkoda, że debata nad ustawami budzącymi emocje nie odbywa się jednak na Wiejskiej, ale na Krakowskim Przedmieściu. Jako prezydent, muszę podjąć decyzję, ważąc między ryzykiem, że Polska zapłaci gigantyczną karę finansową, a chęcią utrzymania czystych zasad procedowania tego rodzaju trudnych ustaw w Sejmie. Dlatego rozważam skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej.
Czy po wyborach skieruje Pan do Sejmu ponownie projekt zmian w konstytucji regulujący relacje Polska-UE, którego nie udało się uchwalić temu Sejmowi? Wszystko wskazywało na to, że konstytucja zostanie zmieniona, wydawało się, że jest kompromis. W nieoficjalnych rozmowach niektórzy posłowie z komisji, która zajmowała się zmianami w konstytucji, mówili, że to premier "zablokował" ten projekt.
Nic mi na ten temat nie wiadomo. Ja byłem zwolennikiem poszukiwania rozwiązania kompromisowego. W związku z tym bardzo serdecznie dziękuję przede wszystkim panu posłowi Jarosławowi Gowinowi (z PO; szefowi nadzwyczajnej komisji zajmującej się zmianami w konstytucji-PAP) i wszystkim posłom z komisji, że zechcieli taki kompromis wypracować.
Żadnej zmiany w konstytucji bez kompromisu politycznego nie da się przeprowadzić.
Mój projekt zakładał również, przygotowanie konstytucji polskiej do tego, aby - jeśli państwo podejmie decyzje o wejściu do strefy euro - nie było przeszkody natury konstytucyjnej. To nie była decyzja o wejściu do strefy euro, ale jedynie uzbrojenie polskiego systemu prawnego w takie zapisy, które by oznaczały, że to nie konstytucja jest barierą.
Jeśli serio myśli się na przyszłość o jakiejkolwiek zmianie w konstytucji, to należy podtrzymywać myślenie w kategoriach kompromisu politycznego. Jestem tym zainteresowany.
Nie zamierzam wnosić do Sejmu tych samych projektów jedynie w imię zrobienia dobrego wrażenia. Zamierzam natomiast wykonać pracę sprawdzającą, czy jest klimat i wola polityczna, zbudowania wokół zmian w konstytucji choćby nawet ograniczonego pola kompromisu między partiami w parlamencie już po wyborach.
Czy rozważa Pan wobec tego jakąś formę konsultacji po wyborach w sprawie zmian w konstytucji?
Najpierw przyjrzę się, jaki będzie wynik wyborczy, a potem będę próbował namówić poszczególne ugrupowania do tego, aby kontynuować prace nad zmianami w konstytucji, bo według mnie są one Polsce bardzo potrzebne. Jeśli serio chcemy traktować nasze deklaracje, że Polska chce być liderem postępu w zakresie poszerzenia obszaru integrującej się Europy i pogłębiania procesu integracji europejskiej, zawsze warto najpierw spojrzeć na siebie.
Widzi Pan potrzebę innych zmian w konstytucji?
Widzę parę takich obszarów, a wynika to z różnych doświadczeń. Wspomnę choćby ostatnie zawirowania wokół udziału członka Rady Polityki Pieniężnej w debacie politycznej, które skłaniałyby do tego, by nie było w przyszłości pokus do naruszania zasady nieangażowania się w działania polityczne.
W środę udaje się Pan do Berlina, a następnie do Nowego Jorku. Jaki jest cel tych wizyt?
W ramach krótkiej wizyty w Niemczech, jako główny punkt, przewidziane jest otwarcie przeze mnie i prezydenta Niemiec Christiana Wulffa wystawy poświęconej 1000-leciu stosunków polsko-niemieckich, relacji trudnych, ciekawych, bardzo pożytecznych, ale też niesłychanie bolesnych. Jednocześnie będzie to dobra okazja do refleksji nie tylko natury historycznej, ale i refleksji dotyczącej procesu pojednania polsko-niemieckiego i pogłębiania współpracy z korzyścią dla obu sąsiadujących ze sobą narodów i państw.
Może ze względu na to, że następnego dnia rozpocznie się w Berlinie wizyta papieża Benedykta XVI, na którą przybędą zapewne liczni pielgrzymi z Polski, wizyta w Niemczech będzie dla mnie okazją, by przypomnieć rolę Kościoła katolickiego, episkopatu polskiego i niemieckiego w uruchomieniu procesu pojednania polsko-niemieckiego poprzez słynny list biskupów z roku 1965.
W jakiejś mierze obecni politycy polscy i niemieccy zaangażowani w budowę współpracy między naszymi państwami są beneficjentami tamtego zaangażowania Kościoła, w tym także i osobistego zaangażowania polskiego papieża Jana Pawła II i papieża Benedykta XVI, ówczesnego hierarchy Kościoła niemieckiego. To osobiste zaangażowanie obu kolejnych papieży to także zobowiązanie dla osób związanych dzisiaj z kościołem katolickim, do myślenia w kategoriach pojednania, a nie w kategoriach konfliktu i sporu.
Jak w kontekście polityki pojednania ocenia Pan ostatnie zdarzenia, takie jak zniszczenie mogił żołnierzy radzieckich w Ossowie czy pomnika w Jedwabnem?
Polska nie wyróżnia się w jakiś szczególnie dramatyczny sposób na tle innych państw. Źli i niemądrzy ludzie zdarzają się wszędzie. I oczywiście każda próba odreagowania własnych frustracji na mogiłach albo na pomnikach upamiętniających tych, którzy zginęli, zostali zamordowani, zmarli, jest czymś kompletnie niezgodnym z kulturą, obyczajem europejskim, polskim i chrześcijańskim. To jest godne napiętnowania.
Oprócz tego, że trzeba ścigać tego typu zjawiska, trzeba też chronić pomniki, które mogą być miejscem realizowania pomysłów szkodliwych dla procesu pojednania między narodami i państwami. Trzeba także kontynuować pracę edukacyjną i widzę ogromny postęp w tym zakresie. Ale ten postęp prawdopodobnie denerwuje jakieś środowiska, grupy, które w ostatnim czasie rzeczywiście zrobiły bardzo wiele, aby popsuć opinię o Polsce na świecie.
Podczas sesji Zgromadzenia Ogólnego NZ w Nowym Jorku planuje Pan jakieś spotkania dwustronne. Czy także z prezydentem USA Barackiem Obamą?
Udaję się do Nowego Jorku na sesję ogólną Narodów Zjednoczonych, która ma swój rytuał i utarty schemat. Będę miał wystąpienie przed Zgromadzeniem Ogólnym. I oczywiście to będzie też okazja do spotkań z głowami różnych państw. Jest przygotowywany scenariusz tych spotkań, jest także planowana kolacja z prezydentem USA Barackiem Obamą. Dla mnie, jako przedstawiciela Rzeczypospolitej jest to także okazja do spotkania głów państw często z odległych części świata, gdzie mamy trochę mniej bieżących interesów. Natomiast z władzami Stanów Zjednoczonych spotykamy się dosyć regularnie i z prezydentem, i administracją amerykańską Polska ma ciągły kontakt.
Dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały Agata Jabłońska-Andrzejczuk i Elwira Krzyżanowska (PAP)