„Fakty po Faktach” goszczą dzisiaj w Belwederze u prezydenta Bronisława Komorowskiego. Dobry wieczór, Panie Prezydencie.
Dobry wieczór, witam Państwa.
Pan Prezydent dzisiaj otrzymał poparcie od Platformy Obywatelskiej w swojej walce o reelekcję, ale zanim przejdziemy do spraw kampanii wyborczej, chciałam Pana zapytać o ratyfikację konwencji do spraw przemocy. Dzisiaj ta sprawa wywołała ogromne emocje w Sejmie. Sejm zgodził się na ratyfikację, ale teraz decyzja, po Senacie, należy do Pana.
Jeszcze jest właśnie Senat. Ja oczywiście będę starał się sprawę bardzo dokładnie rozpoznać, bo pewnie jest tego warta, aczkolwiek z niepokojem obserwuję to, że rzeczywiście została wywołana burza – bardziej chyba trochę wyborcza i ideologiczna. Dla mnie najważniejszą kwestią, którą będę musiał rozpatrywać, jeśli chodzi o konwencję, jest jej konstytucyjność.
Bo Pan ma taką możliwość, żeby do Trybunału Konstytucyjnego skierować i konwencję, i ustawę?
Mam taką możliwość.
I rozważa Pan taką możliwość?
Będę rozważał wszystkie warianty, ale jak dostanę to na biurko. Na razie dostanę pewnie samą ustawę, która zezwala na ratyfikację. To jest zezwolenie polskiego parlamentu wobec polskiego prezydenta. Wydaje mi się, to jest ustawa, która jest jednozdaniowa, więc tutaj ryzyka niekonstytucyjności nie ma. I nie przewiduję jakichś problemów z podpisaniem tej ustawy…
Ale konwencja? Teraz chodzi o ratyfikację konwencji.
…natomiast konwencja wymaga, według mnie, ze względu na emocje, które zostały wokół niej uruchomione, na pewno bardzo dokładnego przyjrzenia się argumentom, ale głównie od strony konstytucyjności.
Pan nie ma terminu, w którym Pan musi ratyfikować konwencję?
Nie, nie mam.
W związku z tym to może się ciągnąć jeszcze miesiącami?
Nie wiem, nie znam tego. Kiedy się zapoznam, wtedy będę mógł odpowiedzieć, czy jest jakiś poważny delikt, czy nie. Ale wydaje mi się, że trzeba bardzo ostrożnie postępować w tej kwestii – z dwóch powodów. Po pierwsze, trudno sobie wyobrazić, żeby Polska zarobiła na opinię kraju, który w jakiejś mierze – powiem z pewnym uproszczeniem – nie chce przeciwdziałać przemocy skierowanej przeciwko kobietom. To byłoby hańbiące Polskę, prawda? Z drugiej strony, trzeba uszanować różne wrażliwości…
Także Kościoła, episkopatu.
…jeśli chodzi o język, o pewien system pojęciowy, którym operuje ta konwencja.
A Pan podziela obawy polskiego Kościoła, że to jest zły dzień dla małżeństwa, rodziny, dla przyszłości Polski?
Słyszę, że osoba, do której mam duże zaufanie i szacunek, pan profesor Zoll, mówi, że ma zastrzeżenia, którym warto się po prostu przyjrzeć. Jednocześnie wydaje mi się, że jednak ogromna większość społeczeństwa jest przeciwko przemocy skierowanej przeciwko kobietom, więc przeciwko słabszym. I wydaje mi się, że nawet przy różnego rodzaju mankamentach, które mogą wynikać z nie najlepiej zastosowanego języka, który być może bardziej przystaje do innych krajów, innych kultur, innych religii, na przykład islamu, to jednak trudno sobie wyobrazić, aby z tych powodów, pewnych odmienności kulturowych… W Polsce na przykład źródłem agresji bardzo często jest alkohol, którego w tej konwencji nie ma. Trzeba bardzo uważać, żebyśmy nie zarobili w świecie na opinię kraju czy społeczeństwa, które na jakiejkolwiek bądź zasadzie toleruje albo po prostu nie chce się przeciwstawić w ramach jednego frontu hańbiącemu procederowi bicia, maltretowania kobiet w bardzo różnych sytuacjach życiowych.
Episkopat dzisiaj w wydanym oświadczeniu mówi: zawiedliśmy się na posłach. Czy episkopat zawiedzie się na prezydencie, czy nie?
O to proszę pytać episkopat, co znaczy zawieść się na kimś i dlaczego. Dla mnie rzecz najważniejsza, aby się nie zawiodła Konstytucja.
Czyli decyzja jeszcze nie zapadła. Dzisiaj Pana kontrkandydat, pan Andrzej Duda, zwrócił się do Pana z listem – nie wiem, czy Pan już go otrzymał – żeby Pan tej konwencji nie podpisał.
To jest jakieś dziwne zjawisko. Środowisko polityczne, które, jak rozumiem, reprezentuje, które ma swojego kandydata w wyborach prezydenckich, w zasadzie nigdy nie reagowało na żadne zaproszenia na rozmowy, na debaty w Pałacu Prezydenckim, do Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Teraz jest jakieś ADHD, które powoduje, że ciągle coś ode mnie chcą, ciągle chcą dyskutować, ciągle apelują …
Jest kampania.
Ale kampania, żeby była logiczna, powinna wynikać z jakiejś praktyki działania wcześniej. To nie może być tak, że normalnie się nie rozmawia, a potem raptem chce się nawiązywać kontakt, dialog, w interesach oczywiście tylko i wyłącznie wyborczych.
Rozumiem, więc, że gdyby przyszła prośba o debatę przed pierwszą turą, to Pan nie wyrazi zgody na jakiekolwiek debaty z konkurentami?
To właśnie jest ta dziwna sytuacja. Przez pięć lat z Prawa i Sprawiedliwości prawie nikt nie przychodził na żadną debatę do Pałacu Prezydenckiego. Szef Prawa i Sprawiedliwości nigdy nie uczestniczył, poza drobnym epizodem, w posiedzeniach Rady Bezpieczeństwa Narodowego, która rozważa kwestie ważne, fundamentalne dla bezpieczeństwa narodowego. A tutaj raptem jest taka potrzeba nawiązania kontaktu, debaty?
Bo kampania wyborcza kieruje się trochę inną logiką.
To sobie powiedzmy: kieruje się logiką interesu wyborczego.
Oczywiście.
A nie troski o Polskę.
Ale i Pana interesu, i interesu konkurenta.
A więc czekam. Może panowie czy panie wymyślą także inny sposób debatowania, na przykład między sobą.
Pana konkurenci będą między sobą debatowali, a Pan będzie się przyglądał?
Ja nie wiem, oczekuję.
To byłaby trochę dziwna formuła.
Dlaczego? Ja wiem jedno: do tej pory żaden z urzędujących prezydentów, jeśli kandydował drugi raz, nigdy nie uczestniczył w tego rodzaju debatach w pierwszej turze.
Mieliśmy tylko jeden taki przypadek, czyli Aleksandra Kwaśniewskiego.
No nie, bez przesady. I Lech Kaczyński, i Lech Wałęsa również.
To też były inne czasy.
Zawsze są inne czasy.
Rozumiem, że debata z konkurentami przed pierwszą turą nie wchodzi w grę?
Do tej pory nie było takiego zwyczaju. A zwyczaje szanuję.
Rozumiem. Panie Prezydencie, dlaczego chce Pan być prezydentem na kolejną kadencję?
Wyłuszczyłem te powody w czasie konferencji, ogłaszając moją gotowość kandydowania i wolę kandydowania. Pierwszy i najważniejszy to jest chęć dokończenia czy rozwinięcia realizacji celów strategicznych dla Polski, takich jak zapewnienie bezpieczeństwa w sytuacji niebezpiecznej. To jest problem modernizacji polskich Sił Zbrojnych, umocnienia systemu obronności, umocnienia systemu finansowania procesu modernizacji. To jest kwestia dokończenia czy wdrożenia w życie zobowiązań z Newport, na gruncie NATO-wskim. Ale to są także sprawy, o których mówiłem 4 czerwca w polskim Sejmie. To jest potrzeba działania w ramach planu – który jest realizowany, trzeba to dokończyć – przełamania kryzysu demograficznego w Polsce. Na to się składa polityka prorodzinna, która przecież ma ewidentne, bardzo poważne sukcesy. To jest kwestia działania na rzecz przynajmniej utrzymania poziomu konkurencyjności polskiej gospodarki, bo bez tego nie mamy szansy na dogonienie krajów wyżej od nas rozwiniętych w Europie i świecie. To jest także kwestia ugruntowania tego, co nazwałem nowoczesnym patriotyzmem polskim, czyli patriotyzmem nie tylko opartym o przeżywanie historii – aczkolwiek jest to mi bardzo bliskie – ale także patriotyzmem dnia codziennego, codziennej pracy, nauki. Z tym się wiąże również potrzeba rozbudowania programu adresowanego właśnie do tego młodego pokolenia, które wyrosło już w Polsce niepodległej, czyli program startu młodych ludzi, zarówno w wymiarze ich aktywności społecznej, jak i przede wszystkim zawodowej.
Wczoraj wśród tych priorytetów wymienił Pan wsparcie dla młodego pokolenia. I chciałam zapytać, co w tych ostatnich pięciu latach Pan zrobił dla tych młodych?
To jest to wszystko, co się mieści w polityce prorodzinnej. Przecież to dzięki zmianom ustawowym młodzi ludzie w Polsce – to jest około miliona rodzin – będą mogli korzystać z ulg z tytułu posiadania dzieci. Dotychczasowe prawo było takie, że mogli z tego korzystać tylko zamożniejsi, a więc na ogół trochę starsi.
Ale to jest rządowy projekt.
Nie, to jest mój projekt.
Ten tak. I to jeszcze Karta Dużej Rodziny?
I Karta Dużej Rodziny. I to są i [karty] samorządowe i [karta] ogólnopolska. To wszystko się mieści w ramach mojego projektu, programu „Dobry Klimat dla Rodziny”. To trzeba rozwinąć także o kwestie związane ze zwiększeniem szans na mieszkanie, pierwsze mieszkanie, pierwszą pracę. To są kwestie także jednak głębszej reformy systemu szkolnictwa, głównie wyższego, tak aby zwiększać – a nie zmniejszać – szansę na zatrudnienie, a nie tylko i wyłącznie na poszukiwanie pracy.
Panie Prezydencie, jest takie słynne zdanie Rolanda Regana, które wygłosił w czasie debaty z Jimmym Carterem, co zresztą pozwoliło mu, w pewnym sensie, wygrać. Ono już przeszło do historii debat kampanijnych. Regan zwrócił się do wyborców i zapytał się: czy żyje się wam lepiej teraz, niż żyło się wam cztery lata temu, pod rządami Jimiego Cartera? Czy Pan, gdyby zwrócono się do Pana z takim pytaniem, mógłby powiedzieć wyborcom, dlaczego żyje im się lepiej? Czy żyje im się lepiej, po pięciu latach Pana prezydentury?
Wie Pani, trzeba pamiętać jednak o różnicy ustroju Stanów Zjednoczonych i Polski.
Oczywiście.
Bo tam pyta o to prezydent, który jest szefem rządu.
I ma władzę wykonawczą.
I ma pełną odpowiedzialność, ale i pełną decyzję w wielu kwestiach właśnie ekonomicznych. W Polsce jest inaczej. Ale z wszystkich badań opinii publicznej wynika, że warto pytać Polaków o to, czy im się żyje lepiej. I Polacy odpowiadają, dostrzegają to, że na gruncie życia rodzinnego, na gruncie nawet pracy zawodowej, na gruncie życia w gminie, czyli w społeczności lokalnej, żyje się o wiele lepiej. A to nie znaczy…
Uważa Pan, że to jest zasługa Pana prezydentury?
…że to się przenosi w pełni na ocenę całego państwa. Choć absolutna większość Polaków mówi: moje życie, mojej rodziny, moja praca zawodowa – znakomicie; moja społeczność lokalna, moja gmina, moje miasto ma absolutnie coraz lepiej. I warto o tym pamiętać. Oczywiście to nie oznacza, że się żyje wspaniale i beztrosko. Jest wiele rzeczy, które trzeba podjąć i trzeba będzie załatwiać, ale warto nie gasić takiego poczucia, że przypadł nam, Polakom, w sumie dobry los, który staramy się zagospodarowywać. I mamy na tej drodze sukcesy. Mamy także bardzo poważne bariery i mamy wielkie wyzwania. Ale nie warto gasić w nas przekonania, że polską pracą osiągnęliśmy bardzo wiele i przez te cztery lata – pięć lat – i przez te dwadzieścia pięć lat, bo to może jest ta miara najbardziej czytelna.
Opozycja zarzuca Panu – oczywiście to jest wpisane w logikę kampanii wyborczej, nie ma wątpliwości – że Pana prezydentura była nieaktywna, że jest Pan wyłącznie strażnikiem żyrandola.
I co można powiedzieć na takie nonsensy? Mogę powiedzieć, że przedstawię statystykę, z której będzie wynikało, że mam o wiele więcej inicjatyw ustawodawczych, o wiele więcej ustaw wygrałem w procesach w Trybunale Konstytucyjnym, jeśli chodzi o procentowy udział tych wygranych spraw, że miałem o wiele więcej wizyt lokalnych od niektórych prezydentów, że miałem o wiele więcej wizyt zagranicznych, że zgromadziłem parę razy największy zestaw reprezentantów całego świata, jak 4 czerwca poprzedniego roku, od prezydenta Stanów Zjednoczonych począwszy. Ale jak ktoś chce, to oczywiście może używać tego rodzaju języka. Wydaje mi się jednak, że tego rodzaju marudzenie polityczne powoduje, że ci politycy rozmijają się nie tylko z prawdą, ze zdrowym rozsądkiem, ale również z odczuciami własnych wyborców. Bo na końcu to nie konkurenci politycy są od tego, żeby oceniać. Oczywiście mogą oceniać, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że 50 procent wyborców Prawa i Sprawiedliwości, osiemdziesiąt parę procent wyborców lewicy ma do mnie zaufanie i ocenia moją pracę bardzo dobrze.
Panie Prezydencie, związkowcy zapowiadają wielkie akcje protestacyjne. I pojawiły się takie głosy, że Pan w te mediacje społeczne nie wchodzi, że jak była sprawa górników, to Pan dystansował się od tego. A może Pana rolą jest właśnie to, żeby być mediatorem w konfliktach społecznych?
Opozycja bardzo by chciała, żebym koniecznie wchodził wszędzie, gdzie mogę sobie poparzyć palce. To jest marzenie opozycji. Tylko pytanie, czy ta opozycja…
Czyli Pan wybiera takie momenty, żeby nie poparzyć sobie palców?
… cokolwiek załatwiła w zakresie pomocy w rozwiązaniu problemów między rządem a związkami zawodowymi. Nie. I nie próbuje nawet. Rolą prezydenta jest to, aby po pierwsze nie przyczyniać się do poszerzania obszaru konfliktu. Po drugie, jeśli obie strony – ale podkreślam: obie strony – uważają, że prezydent może pomóc, a to wtedy tak, wtedy to ma sens. Póki toczy się dyskusja między stronami, które jakoś sobie z tym radzą, to rola prezydenta byłaby albo rolą natręta, albo rolą trochę pozbawioną logiki funkcjonowania. A na koniec powiem tak: najważniejsze zadanie prezydenta to sprzyjać dialogowi. Tak się akurat złożyło, że przed wybuchem problemów na Śląsku byli u mnie przedstawiciele i pracodawców, i związków zawodowych, pan Piotr Duda, pan Guz i inni, z którymi rozmawialiśmy o rzeczy najważniejszej, jaką jest odbudowanie dialogu społecznego, z udziałem ministra Kosiniak-Kamysza – bo dzisiaj ten dialog jest przerwany, nie ma dialogu trójstronnego. Nad tym pracuje Kancelaria Prezydenta. I tu już byliśmy o krok od tego, żeby ten dialog uruchomić na nowo. Niestety, nastąpił swoisty kryzys w relacjach między rządem a związkami zawodowymi, ale do sprawy trzeba będzie wrócić. To jest, w moim przekonaniu, zadanie i naturalna rola prezydenta – a nie zastępowanie rządu czy związków zawodowych.
Kiedy wczoraj ogłaszał Pan swoją decyzję o kandydowaniu, nie wymienił Pan Platformy Obywatelskiej ani jednym słowem. Dzisiaj dostał Pan poparcie od Platformy i równocześnie powiedział Pan, że pragnie być „kandydatem obywatelskim z waszym poparciem”. Mam wrażenie, że Pan się lekko od Platformy dystansuje.
To nie jest kwestia dystansowania się.
Bo Platforma ciągnie Pana w dół?
Nie.
Słabe notowania rządu ciągną Pana w dół?
Rząd ma dobre notowania i Platforma ma zupełnie dobre. Jest liderem poparcia społecznego, jeśli chodzi o partie.
To zależy od sondażu.
Oczywiście, można szukać w różnych miejscach. Ale jak się patrzy na sondaże – a warto patrzeć – to jednak widać, że Platforma jest liderem, więc o „ciągnięciu w dół” nie ma mowy. Natomiast oczywiście jest pytanie o to, jak wykorzystać to, że mam zaufanie ogromnej większości wyborców – PSL-u, lewicy, PiS-u.
Ale PSL wystawił swojego kandydata.
To znaczy, jestem faktycznie osobą postrzeganą jako kandydat obywatelski. I dzisiaj z największą przyjemnością odnotowałem to, że i Platforma Obywatelska – której jestem bardzo wdzięczny za udzielenie mi poparcia, za to, że chce de facto organizować ogromną część mojej kampanii na zasadzie poczucia wspólnoty dotychczasowej drogi, ale też wspólnoty celu – mnie poparła, jednocześnie akceptując to, że nie jestem człowiekiem adresującym swoją działalność do jednej formacji politycznej. Nie wszystkim siłom politycznym to się udaje. Wszystkie na ogół mają taką chęć zawłaszczenia i uczynienia wszystkiego partyjnym działaniem. Jestem bardzo wdzięczny kolegom i koleżankom z Platformy, że takiego stosunku do mojej kandydatury nie mają. Jest świadomość tego, że jestem kandydatem obywatelskim z poparciem Platformy Obywatelskiej, za co jeszcze raz bardzo, bardzo serdecznie dziękuję.
Panie Prezydencie, chciałam zapytać o uroczystości na Westerplatte 8 maja w kontekście międzynarodowym, już nie w kontekście kampanijnym. Jaki jest cel tego pomysłu i czy to nie jest błąd, że ten pomysł został ujawniony już teraz, kiedy właściwie nie mamy pewności, czy któryś z wielkich przywódców przyjedzie? Chyba, że Pan ma i może potwierdzić, kto będzie na Westerplatte 8 maja…
A dlaczego mają przyjechać wielcy przywódcy?
Przywódcy europejscy.
Mogą przyjechać.
Tak zrozumiałam z Pana wywiadu dla „Gazety Wyborczej” – że mają przyjechać przywódcy europejscy, żeby to miało sens.
Nie. Chodzi o to, żeby to miało wymiar europejski, a wymiar europejski to jest przede wszystkim wspólna europejska refleksja nad tym, co zakończenie wojny oznaczało dla Europy wtedy, w 1945 roku, i co oznacza dzisiaj. Bo przecież wiemy doskonale, że Europa po wojnie była Europą dramatycznie podzieloną, której wschodnia część, gdzie przyszło nam żyć, była w dalszym ciągu pozbawiona wolności. Przezwyciężanie tego podziału zaczęło się od integracji europejskiej, od słynnego stwierdzenia, że nie było Europy, była wojna i uruchomienia procesu, który spowodował, że postęp integracji europejskiej zmniejsza szanse na powtórzenie się konfliktu wojennego. To szczególnie w kontekście dramatu na granicy rosyjsko-ukraińskiej, w kontekście dążeń Ukrainy do odnalezienia swojego miejsca w integrującym się świecie zachodnim nabiera szczególnej aktualności. Zobaczymy, jak będzie. Ja jestem optymistą.
Jest Pan dobrej myśli, że przyjedzie tutaj…
Tak. Wie Pani, nie mówi się o takich rzeczach ze szczegółami. Przy okazji 70. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz dziennikarze spekulowali, a politycy dopytywali, chcieli atakować, że się zaprasza, że się nie zaprasza na przykład prezydenta Rosji. Bardzo późno była udzielona informacja, kto będzie – i wyszło dobrze. Wyszło świetnie. Nikogo nie pominięto dlatego, że nikogo nie zapraszano. Przyjechał ten, kto chciał zareagować pozytywnie na informację, że są obchody 70. rocznicy. Nikt się też nie mógł obrazić.
Rosja bardzo nerwowo zareagowała na te Pana plany związane z Westerplatte, tłumacząc, że to jest rewizja historii.
Niepotrzebnie. W jakiejś mierze historia powinna być zrewidowana, bo inaczej cały czas używalibyśmy sloganów z czasów Stalina związanych z oceną zakończenia II wojny światowej. Ja chcę trochę oderwać się od tej prostej dyskusji na temat tego, kto wojnę wygrał. Przecież kilkadziesiąt lat toczył się spór między Stanami Zjednoczonymi a Rosją, kto wygrał, kto pokonał Hitlera. Ale co nam z tego sporu? Nam z tego sporu nic. Nam potrzebna jest refleksja o tym, co oznaczało zakończenie wojny dla Polski w Europie. My byliśmy po innej stronie żelaznej kurtyny, po gorszej stronie, po złej stronie, z wszystkimi tego konsekwencjami, ale to przezwyciężyliśmy. Tak więc ta refleksja europejska może być dla wszystkich interesująca i ważna. Oprócz tego to może być też jakieś rozwiązanie sytuacji, jak w ogóle przypomnieć zakończenie wojny: czy uczestnicząc w defiladzie na Placu Czerwonym, czy właśnie w jakiejkolwiek innej formie? Różne państwa znajdują różne odpowiedzi. Jak ktoś by chciał jechać na Westerplatte 8 maja, na Plac Czerwony może zdąży, bo tam będą uroczystości 9 maja. Jest oczywiście pewien wybór, czy chcemy świętować zwycięstwo militarne Stalina, czy niekoniecznie świętować, tylko dzielić się refleksją o tym, co oznaczało dla ówczesnej Europy zakończenie II wojny światowej. A warto to robić na Westerplatte, bo tam wojna się zaczęła. I gdzieś tam słyszę, że Polska nie powinna eksponować siebie na tym tle. Mnie to nie przekonuje, bo Polska jest jedynym krajem, który toczył wojnę od 1 września 1939 roku do właśnie 8 maja 1945. Inni przez wiele lat kolaborowali, tak jak Stalin z Hitlerem. Inni podpalali razem świat. My mamy szczególne moralne prawo do mówienia o skutkach – i dobrych, i złych skutkach, które wiązały się z zakończeniem dramatu wojennego.
Panie Prezydencie, kiedy my tutaj rozmawiamy, w tym samym czasie na Kremlu trwają rozmowy Angeli Merkel, Francois Hollande’a i Władimira Putina na temat przyszłości wojny na Ukrainie. Czy nie jest źle, że nas nie ma przy tym stole? Myślę o Panu, czy o pani premier, czy o naszym ministrze. Czy my nie liczymy się w tej grze? I jak Pan myśli, czy z tych dzisiejszych rozmów cokolwiek będzie wynikać, czy to tylko taka desperacka próba?
Zacznijmy od tej sprawy. Te rozmowy w jakiejś mierze – bo to też już troszkę się zmieniło – są efektem przyjęcia tak zwanego formatu normandzkiego. To był format przyjęty w wyniku wspólnego myślenia i dążenia także strony ukraińskiej. Nie należy oczekiwać, że to my będziemy mówili więcej i mocniej niż Ukraińcy o tym, co im jest potrzebne. Ukraińcy wybrali taki format, gdzie w rozmowach na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego uczestniczy Ukraina, Francja, Niemcy i Rosja. Zobaczmy, jak się ten format sprawdzi.
Na razie się nie sprawdza.
On się trochę sprawdzał, ale widać, że ma kłopoty. Co dzisiaj będzie? Ci, którzy w tym formacie uczestniczą, niewątpliwie mają większe możliwości, ale i większą odpowiedzialność za to, czym się to wszystko skończy. To jest pierwsza kwestia.
A Pan przewiduje, czym się to może dzisiaj skończyć?
Wydaje mi się, że dzisiaj jest nowa okoliczność jakby zachęty dla prezydenta Putina do wycofania się z agresywnej polityki. To są deklaracje Stanów Zjednoczonych, które sugerują, że rozważana jest także wersja pomocy w zakresie uzbrojenia obronnego dla Ukrainy.
Właśnie, tylko podobno prezydent Obama nie chce.
To jest nowa okoliczność, która może powodować, że niewątpliwie inny punkt widzenia prezydenta Francji i pani kanclerz Niemiec, szukania rozwiązania czysto pokojowego poprzez negocjacje, może uzyskać takie dodatkowe, mocne wsparcie. To jest pytanie przede wszystkim o to, czego sobie życzą dzisiaj Ukraińcy, jakiej formy wsparcia i jak daleko mogą uwzględnić oczekiwania partnerów zachodnioeuropejskich, Niemiec i Francji, jeśli chodzi o spolegliwość w tak dramatycznym momencie, w jakim jest trwający konflikt.
Bardzo dziękuje Panie Prezydencie.
Dziękuję bardzo.
To były „Fakty po Faktach” z Belwederu. Dziękuję bardzo, Panie Prezydencie, dziękuję Państwu. Do zobaczenia.
Rozmawiała Katarzyna Kolenda-Zaleska