Gościem „Poranka Radia TOK FM” jest Prezydent Rzeczypospolitej, pan Bronisław Komorowski. Dzień dobry.
Witam Panią, witam wszystkich Państwa.
Panie Prezydencie, trochę przyznam: w „Poranku” w czwartek wywołałam Pana, nie śmiem powiedzieć, że do tablicy, ale w każdym razie toczyliśmy dyskusję na temat sensu obchodów rocznicy zwycięstwa w II wojnie światowej 8 maja na Westerplatte. Ten pomysł jest przypisywany Panu jako… próba pokazania jednoczącej się Europy. I nie ukrywam, że wśród komentatorów wywołał on sporo kontrowersji, a też dla mnie nie był całkiem zrozumiały.
Po pierwsze, chcę powiedzieć, że to, co Pani mówi, jest prawdą, bo jak Pani wie – już kiedyś się do tego przyznałem – co rano słucham TOK FM-u. Może Cię zainteresować "Trzeba powtórzyć: Nie było Europy, była wojna"
Bardzo nam miło, dziękujemy.
I jak widzę, że warto zareagować albo warto coś sprostować, to wtedy to robię. I taka była sytuacja także w czwartek, bo rzeczywiście warto chyba na samym początku zgasić wszelkie wątpliwości związane z koncepcją szczególnego potraktowania daty 8 maja – nie jako dnia triumfu militarnego, ale jako dnia początku wyciągania wniosków ze świeżo zakończonej II wojny światowej. A to oznacza przede wszystkim pojawienie się koncepcji integracji europejskiej. Warto zresztą pamiętać, że 9 maja to jest data, kiedy Schuman ogłosił swoją koncepcję, więc w jakiejś mierze Dniem Europy jest także 9 maja. Natomiast reakcje… myślę, że trzeba zgasić tego rodzaju opinie jak najszybciej, między innymi dlatego, że tworzą tego rodzaju niejasności co do intencji także słowa ważnych polityków rosyjskich, bo to pan Iwanow, szef administracji kremlowskiej, który był na uroczystościach związanych z 70. rocznicą wyzwolenia obozu w Auschwitz, tego rodzaju opinie o koncepcji szczególnego obchodzenia dnia 8 maja wysunął publicznie. Warto więc polemizować z politykami rosyjskimi, ale jednocześnie nie dając im argumentu, że się chce ich tylko podrażnić. Bo czym innym są obchody, które Rosja, kiedyś Związek Radziecki organizował 9 maja – parada triumfu militarnego – a czym innym jest refleksja o tym, jakie wnioski wyciągnęła albo jakich wniosków nie wyciągnęła Europa tuż po zakończeniu II wojny światowej. Dla mnie oczywistością jest to, że Europa długo nie znalazła adresowanej do całej Europy koncepcji integracji, ale na zachodzie Europy ten proces się rozpoczął na tej zasadzie, że ludzi przekonano: nie było Europy, była wojna, jest Europa, nie ma wojny. I to trzeba powtórzyć, podkreślając to, że od pewnego czasu i my, Europejczycy wschodniej Europy, środkowej Europy, w tym wielkim procesie uczestniczymy i wiele wkładamy, wiele wnosimy. To nie ma nic wspólnego z oceną tego, kto wygrał wojnę – bo warto pamiętać, że przez wiele lat po wojnie był spór między Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi, kto pokonał Hitlera. Jedni i drudzy mieli swoje racje. Zostawmy te racje Amerykanom, zostawmy Rosjanom, zajmijmy się tym, co dla nas jest ważne.
Pan mówi: zgasić. Co by to miało być? Co oznacza w Pana ustach słowo „zgasić”, Panie Prezydencie?
Zgasić wątpliwości.
A, wątpliwości, tak?
Zgasić wątpliwości. Zgasić wątpliwości, dyskusję idącą w niedobrą stronę. Mój pomysł jest taki, żeby zagospodarować po prostu to, co i tak jest planowane od pewnego czasu. To nie jest pomysł z tych dni. Będzie międzynarodowa konferencja historyków w Gdańsku. Będzie to wydarzenie współorganizowane zarówno przez Europejskie Centrum Solidarności, przez Muzeum II Wojny Światowej, jak i przez inne instytucje tego rodzaju, gdzie będą zaproszeni ważni historycy po to, żeby dyskutować nad tym, czym było zakończenie wojny. Czy było tylko wyzwoleniem, czy było także ujawnieniem się nowych problemów? To nie tylko my, Polacy, mamy problem, żeby pogodzić z sobą punkt widzenia więźnia Auschwitz, który został wyzwolony, z punktem widzenia wielu, wielu ludzi w Polsce, którzy na przykład na Majdanek trafili, bo byli w 27. Dywizji Armii Krajowej. Te sprzeczne tradycje w Polsce wywołują takie polityczne rozedrganie. To nie jest tylko specyfika polska. Rozmawiałem z prezydentami z krajów bałkańskich. Mają dokładnie ten sam problem.
Kto by miał być na tym Westerplatte?
Oprócz tego wydarzenia, konferencji historyków, chciałbym, żeby uczestniczyli w takiej refleksji o przezwyciężaniu wojny nie poprzez to, że ktoś ją wygrał militarnie, tylko przez rozwiązania polityczne niwelujące różnice pomiędzy narodami i źródła strachu, jak między Francuzami a Niemcami. To musi być także opowieść o tym, jak likwidowano żelazną kurtynę, która podzieliła Europę. Chciałbym, żeby w tej refleksji wzięli udział także aktualni i byli politycy europejscy. Kto się na to zdecyduje? Zobaczymy, bo dzisiaj Europa i cały świat zachodni szuka jakiegoś optymalnego sposobu zachowania, kiedy alternatywą jest jazda na Kreml 9 maja po to, żeby świętować zwycięstwo militarne dawnego Związku Radzieckiego, którego spadkobiercą jest Rosja, której armia… jednak nie jest armią pokojową, co się ujawniło na Krymie i na wschodniej Ukrainie.
Ale jest spadkobiercą armii, która walnie przyczyniła się do wygrania II wojny światowej.
I tego nie możemy zamazać.
To jest w ogóle poza dyskusją. Nie warto dyskutować o tym.
Jeżeli Pan Prezydent mówi o refleksji, to rozumiem, że nie chodzi o polityczną manifestację, tylko raczej co? Rodzaj konferencji?
Rodzaj konferencji, która powinna zakończyć się jakimś wspólnym stanowiskiem w kwestiach właśnie związanych i z tymi fundamentami czy źródłami integracji europejskiej, i perspektywą integracji europejskiej jako, w moim przekonaniu, gwarancji pokoju i ładu, przynajmniej europejskiego. Jak to będzie wyglądało, zobaczymy. Ale to naprawdę nie jest zamysł, żeby Rosjanom popsuć ich święto zwycięstwa militarnego, do czego mają prawo. To nie jest nasze święto.
Te komentarze się pojawiły, że chodzi nam o ugodzenie dumy rosyjskiej.
Dlatego chciałem to dzisiaj powiedzieć – że można dochodzić swoich racji, historycznej także natury, niekoniecznie na zasadzie chęci zabrania komuś czegoś, jego dumy. My mamy prawo, a nawet obowiązek, mówienia o tym, że w warunkach polskich, ale i w warunkach wielu, wielu innych narodów tej części Europy, zakończenie wojny nie oznaczało wolności. Mamy prawo i obowiązek, ale jednocześnie musimy dostrzegać rolę, nie tylko militarną, tych, którzy zakończyli okupację niemiecką, zakończyli funkcjonowanie hitleryzmu w Polsce, którzy na przykład wyzwolili obóz w Auschwitz czy w jakichś innych miejscach.
Być może ta zbieżność nie była dobra i dlatego te interpretacje tego 8 maja się pojawiły ze względu na to, że mieliśmy wcześniej szukanie tego czołgu czy żołnierza, który pierwszy rozbił bramy Auschwitz.
Na dodatek się jeszcze okazało, że to zdaje się Ukraińcy naprawdę.
Rosjanie twierdzą coś innego. I być może, pokazało to nasz kłopot z pamięcią, a dla mnie nie ukrywam, próbę pisania innej historii.
Wie Pani, to jest ciekawe zdanie. Ja uważam, że trzeba historię pisać zawsze na nowo. Każde pokolenie to robi – byle nie zmieniać faktów. Opis faktów, znaczenia poszczególnych faktów, interpretacja faktów to jest coś, co powinno podlegać ciągłej weryfikacji. Byłoby dziwne, gdybyśmy uznali, że napisana przez Stalina historia o triumfie, który należy zawsze obchodzić 9 maja, jest historią wystarczającą do zrozumienia naszych polskich losów i losów innych narodów Europy. Więc ja się nie zgadzam z zarzutem, że nie należy pisać na nowo. Należy pisać, byle z szacunkiem dla faktów, bo inaczej byśmy byli w nocy stalinowskiej do dzisiejszego dnia.
Mam wrażenie, że czasem żeśmy trochę przekroczyli. Zresztą Pan Prezydent w swojej pierwszej wypowiedzi po wypowiedzi ministra Schetyny też się bardzo zdystansował od tego wyzwolenia Auschwitz przez Ukraińców.
Bo ja właśnie mam szacunek dla faktów. Fakty były takie, że obóz w Auschwitz został wyzwolony przez żołnierzy Frontu Ukraińskiego, który był jednak cząstką Armii Czerwonej. I próba rozstrzygania przez nas dzisiaj, czy tam było więcej Rosjan, czy więcej Ukraińców, czy więcej Kirgizów, czy Kazachów, jest po prostu nonsensem. Ja bym zostawił Rosjanom to, żeby podzielili się chwałą z innymi narodami, które wtedy – na zasadzie dobrowolności albo przymusu – wchodziły w skład Armii Czerwonej i Związku Radzieckiego. Naszą rolą jest pamiętać o wszystkich, którzy mieli zasługi.
To jest pozostawienie Rosjanom… wydaje mi się, że to jest właśnie taki punkt widzenia, niech oni zaczną się zmagać ze swoją własną historią, czego dotychczas unikają.
Dokładnie tak. Ale to nie znaczy, że my musimy przyjmować ich punkt widzenia za nasz własny. Myślę, że dobrym przykładem sukcesu w pilnowaniu, żeby polska narracja, polska opowieść historyczna, była wystarczająco słyszana, są właśnie obchody 70. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. Nikt nie negował roli Armii Czerwonej. Zostało podkreślone to, że to różne nacje współtworzyły formacje Armii Czerwonej. Ale jednocześnie film Spielberga pokazał uderzenie armii niemieckiej i rosyjskiej 17 września ’39 roku na Polskę i pokazana została trudna historia Europy, podpalonej i niszczonej – aż po zagładę! – przez totalitaryzmy. Oczywiście Rosjanie się denerwowali, bo chcieliby, żeby był tylko triumf militarny i to najlepiej ich własny, nawet bez dzielenia się z innymi nacjami, które wtedy współtworzyły tę formację.
Obchody 70-lecia wyzwolenia Auschwitz miały też tę wymowę, że tak naprawdę bohaterami tam nie byli politycy, tylko więźniowie i to…
Tak to zostało świadomie ukształtowane.
… i to jest wartość tych obchodów.
Tak, oczywiście, że tak. Rosjanie chcieli, żeby oni, żeby ich żołnierze byli numer jeden. Udało się to pokazać trochę inaczej, niż były rosyjskie oczekiwania. Że jednak numer jeden to są dawni więźniowie obozu w Auschwitz. To niekoniecznie się podobało wszystkim. Ale musi Pani wiedzieć, że to była bardzo skuteczna, trochę i polska, opowieść o historii, bo przecież sprawozdania z uroczystości wyzwolenia obozu w Auschwitz zostały obejrzane, w większym czy mniejszym wymiarze, przez kilkaset milinów. Kilkaset milionów ludzi na świecie!
Panie Prezydencie, mamy kłopot z obchodami rocznicy 1945 roku i tego, co się wówczas zdarzyło z powodu aktualnej sytuacji, prawda? Bo inaczej pewno byśmy do tego w takiej formie nie wracali, tylko byśmy się zastanawiali, czy 9 maja jechać do Moskwy, czy nie jechać do Moskwy, bo to były dylematy lat poprzednich, także kolejnych prezydentów Polski. Mamy tę sytuację na Ukrainie, która jest sytuacją zaostrzającą się w tej chwili właściwie z dnia na dzień. Jaka jest Pana ocena dzisiaj tego, co się dzieje?
To nie jest kwestia oceny, bo ona w całym świecie zachodnim jest jednakowa. To znaczy, jest połączenie obaw związanych z ujawnieniem się zjawiska niespotykanego od czasów rozpadu Związku Radzieckiego, jakim jest agresja militarna w stosunku do kraju sąsiedniego, i jednocześnie pewnej, dalej czy mniej idącej, determinacji w powstrzymaniu tego zjawiska.
Zapytam inaczej. Jak byśmy w takim razie określali dzisiaj politykę polską? Jeszcze kilka miesięcy temu mówiliśmy, że musimy być za sankcjami, ale nie możemy być w szpicy. Chyba znaleźliśmy się jednak w szpicy.
Myślę, że na szczęście polska polityka nigdy tak nie stawiała sprawy, że nie mamy być w szpicy, bo jesteśmy bezpośrednio sąsiadem Ukrainy i to, co się dzieje w relacjach rosyjsko-ukraińskich, nas w najwyższym stopniu w stosunku do innych narodów europejskich dotyczy. Tak to mogą sobie myśleć Hiszpanie: daleko – my nie musimy być w szpicy. A my od nich oczekujemy solidarności i trzymania się zasad. Przede wszystkim zasady utrzymania jednolitego stanowiska Unii Europejskiej. Polska jest w szpicy i Polska będzie w szpicy działań na rzecz zakończenia konfliktu nie poprzez triumf militarny silniejszego nad słabszym, czyli Rosji nad Ukrainą. Bo inaczej sami byśmy kręcili bat na własne plecy i, że tak powiem, zachęcali do kontynuowania tego rodzaju polityki. A więc my z jednej strony walczymy o to, aby NATO w stopniu maksymalnie możliwym uwzględniało potrzeby bezpieczeństwa flanki wschodniej, której jesteśmy cząstką, a z drugiej strony dążymy do tego, aby Ukraina uratowała swoją niepodległość, swoją integralność terytorialną. Przede wszystkim walczymy o to, aby Rosję zniechęcić do kontynuowania takiej polityki w stosunku do innych krajów, z czym się trzeba liczyć. Nie ma rady. Jesteśmy w szpicy i będziemy w szpicy.
Prezydent Obama, Amerykanie, mówią w tej chwili o dostawach broni, zwłaszcza uzbrojenia o zaawansowanej technologii, na Ukrainę. Wskazują przy tym również na Polskę, na Kanadę jako na kraje, które mogłyby w tym uczestniczyć.
Jeśli można, chciałbym skończyć jeszcze tamtą myśl. W związku z rozwojem wydarzeń my jesteśmy w szpicy, jak to Pani powiedziała, co nie znaczy, że nie chcemy i że nie powinniśmy formułować pomysłów na rzecz odbudowy choćby elementarnych odruchów poczucia bezpieczeństwa czy ładu w tej części Europy. My powinniśmy w sposób szczególny być zainteresowani tym, aby nie na zasadzie respektowania prawa silniejszego do bicia słabszego i zabierania mu jego ziemi, tylko na zasadzie właśnie powstrzymania tego silniejszego zafundować Europie i światu, sobie samym również, bezpieczeństwo na przyszłość. A więc także poprzez współpracę gospodarczą – jak się sprawa zakończy. Jak się nie zakończy cofnięciem się Rosji z agresywnej polityki, to każde ustępstwo będzie odbierane jako przyzwolenie i zachęta do kontynuowania podobnie agresywnej polityki. Polska jest krajem, który musi być w szpicy, jeśli chodzi o wspieranie Ukrainy w jej dążeniu do zachowania integralności terytorialnej i własnej niepodległości. Powinna być także w szpicy, jeśli chodzi o szukanie drogi do odbudowy zaufania między Unią Europejską a potężnym sąsiadem rosyjskim.
Natomiast, jeśli chodzi o politykę amerykańską – tak, rzeczywiście coś się dzieje w polityce amerykańskiej, ale do tej pory nie wiemy jeszcze, czy to jest efekt pewnego sporu między większością republikańską a prezydentem Obamą, czy to jest wspólna polityka. Bo pragnę przypomnieć: była uchwała, która rzeczywiście przyznawała liczące się pieniądze na wsparcie dla Ukrainy, ale zobaczymy, jak będzie z wykonaniem tego. Dla Ukrainy twardsza polityka amerykańska, wsparta także przez Kanadę i być może właśnie przez liczące się kraje Unii Europejskiej, to oczywiście ogromna szansa. Powiedziałem i jeszcze raz powtórzę: Polska jest w sposób szczególny zainteresowana, ma w tym swój własny, narodowy interes, aby podtrzymać niepodległość, integralność Ukrainy.
Czyli możemy zacząć, jeżeli Ukraina będzie chciała, dostarczać broń?
Tego rodzaju pomysły, które gdzieś tam krążyły, że w ogóle warto serio rozpatrywać wysłanie polskich żołnierzy na wojnę w Donbasie, uznajmy za nonsens. Ale już na przykład możliwość sprzedawania uzbrojenia jest rzeczą normalną, praktykowaną na całym świecie. Nikt nie ogłosił embarga na dostawy uzbrojenia czy sprzedaż uzbrojenia, ani do Rosji, ani do Ukrainy. Do Rosji niektóre asortymenty tak, bo trochę w różnych sytuacjach jest to inaczej, ale nie ma embarga, więc nie bądźmy, że tak powiem, bardziej papiescy od papieża.
Ale rozmawia Pan z prezydentem Poroszenko na przykład. Czy tego typu sugestie się ze strony ukraińskiej wobec nas pojawiały się w ogóle?
Pojawiały się sugestie, ale bardzo ściśle związane z przekonaniem, że Polska właśnie nie może być szpicą szpicy – o tak bym powiedział – tylko musi gdzieś szukać swojego sposobu na zachowywanie się. Takiego, który by nas nie wyróżniał, nie oddzielał, nie czynił odrębnym zupełnie podmiotem politycznym niż reszta świata zachodniego zorganizowanego w NATO i zorganizowanego w Unii Europejskiej. Bo siła polska, także i atrakcyjność dla Ukrainy, siła polskiego oddziaływania na rzecz Ukrainy polega na tym, że nie jesteśmy odrębnym bytem, tylko namawiamy Unię Europejską do kompromisu wewnętrznego, jak najbliżej oczekiwań Ukrainy i potrzeb Ukrainy. Jak będziemy sami prowadzili politykę w sprawach tak istotnych, jak na przykład uzbrojenie, to będziemy słabsi i nasza realna pomoc Ukrainie będzie też mniej liczącą się.
Nowy minister spraw zagranicznych Grecji mówi, że nie chce zepsucia tradycyjnie dobrych stosunków z Rosją. Być może nastąpi wyłom. Pan mówi o wspólnocie europejskiej, o wspólnym działaniu Unii Europejskiej. Wydaje się, że to wspólne działanie może być zagrożone.
Jedność i solidarność Unii Europejskiej stale jest poddawana różnego rodzaju przeciążeniom i próbom. To jest stałe zjawisko. I z różnych kierunków te zagrożenia idą.
Ale widać, że ten prorosyjski front rośnie.
Nikt nie przekreśli historii relacji grecko-rosyjskich zbudowanych na poczuciu wspólnoty, na gruncie prawosławia, antytureckości i tak dalej. Tak po prostu jest. Ale Unia Europejska to są także bardzo różne interesy, nie tylko sentymenty historycznej natury. To jest pytanie o długi greckie, o różne decyzje Unii Europejskiej ważne dla Greków. Tu jest obszar bardzo, powiedziałbym, skutecznego zabiegania o jedność polityczną Unii Europejskiej. Czy to się uda? Do tej pory się udawało, więc przypuszczam, że i w sprawach greckich, aczkolwiek tu jest pewna nowość ze względu na stosunkowo duże ryzyko nieokrzepnięcia tej władzy greckiej na różne ekstrawaganckie zachowania polityczne. Ale jestem przekonany, że świat zachodni znajdzie sposób na zachęcenie Greków do respektowania podstawowej zasady, jaką jest solidarność Unii Europejskiej w stosunku do świata zewnętrznego.
To przejdźmy do spraw krajowych. Sąd uchylił decyzje prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie nazywanej „sprawą Macierewicza”, czyli raportu WSI, na wniosek pokrzywdzonych. Sprawa toczy się od 2007 roku. To ważna decyzja?
To jest ważna decyzja, bo potwierdzająca w moim przekonaniu to, że złamanie prawa nie może liczyć w sposób prosty na schowanie tego pod dywan. A ja, niestety, decyzję prokuratury o tym, aby sprawę umorzyć ze względu na kuriozalny argument, że wiceminister obrony narodowej nie był funkcjonariuszem publicznym, czy nie jest jasne, czy jest funkcjonariuszem publicznym… takie zjawisko nastąpiło, no i dzisiaj sąd to naprawia. Ale fakt jest faktem, o wiele lat zostało opóźnione wyjaśnienie sprawy i, powiedziałbym, na wiele lat się niektórym upiekło. Upiekło coś, co nie powinno się upiec. Powinno być jednak obnażone i ukarane. Na dodatek jeszcze nie jestem pewien, czy upływ czasu nie spowodował, że cały szereg spraw może się po prostu przedawnić.
I się przedawnia. Czy Pan obciąża osobiście Prokuratora Generalnego, pana Seremeta?
Ja nie jestem od obciążania kogokolwiek. Ale nie ukrywam, że ciekawi mnie, jakie były motywacje takiego właśnie próby udowadniania, że wiceminister obrony narodowej nie jest funkcjonariuszem publicznym. To mnie bardzo interesuje.
Czy jest Pan bardzo rozczarowany tym, że Polskie Stronnictwo Ludowe nie poparło Pana – bo przecież na to się zanosiło – w wyborach prezydenckich, tylko jednak wysunęło własnego kandydata?
Polskie Stronnictwo Ludowe, według mnie, było w dosyć trudnej sytuacji trudnego wyboru. I nie zamierzam wnikać w motywację partii politycznej. Na pewno zostały zważone wszystkie racje, głównie związane z tym, co jest korzystniejsze dla PSL-u. Dla mnie jest co innego ważne. Mianowicie to, że z wszystkich badań opinii publicznej wynika w sposób jednoznaczny, że akurat w kręgu wyborców PSL-u cieszę się największym zaufaniem, bo sięgającym 96 procent.
Ale to jest paradoks tej decyzji, nie ukrywam.
Co oczywiście, mam nadzieję, że jest zobowiązujące dla obu stron, to znaczy takiego prowadzenia konkurencyjnej kampanii, żeby nie powstawały niepotrzebne rany, żeby nie powstawały niepotrzebne wątpliwości.
Czy nie żałuje Pan, że w tych wyborach przeciwko Panu właściwie nie wystąpi żaden z liderów politycznych, że ściera się Pan z kandydatami, o których się mówi czasem „zastępczy”?
Trochę by trąciło hipokryzją, gdybym powiedział, że strasznie mi zależało na tym, żeby wszyscy liderzy partyjni przeciwko mnie występowali. Ale oczywiście sam sobie…
Ale to dodaje wagi wyborom.
… zadaję pytanie, dlaczego tak się stało. Myślę, że jednak to, co mówiłem o poziomie zaufania i akceptacji dla modelu prezydentury, który realizowałem przez te lata, to był element zniechęcający liderów do stawania w szranki. To, co powiedziałem o PSL-u – 96 procent zaufania. Ale i lewicowi wyborcy – 82 procent wyborców szeroko pojętej lewicy obdarza mnie pełnym zaufaniem. Po pierwsze, serdecznie za to dziękuję, po drugie, chcę powiedzieć, że to mnie zobowiązuje do tego, żeby starać się zachowywać tak, by tego zaufania nie nadwyrężyć, bo to jest wartość nie tylko polityczna dla mnie. To jest wartość dla Polski, dla urzędu prezydenckiego. Bo prezydent powinien być trochę ponad podziałami partyjnymi i skupiać sympatie ludzkie, i współpracować z ludźmi o bardzo różnych poglądach. Taka jest funkcja prezydenta, takie jest usytuowanie w ustroju państwa. Mam świadomość, że lęk przed porażką niewątpliwie spowodował szukanie zastępczych kandydatów, którym na dodatek chyba się stawia zadania niezupełnie związane z prezydenturą. To znaczy jedni mają zastąpić prezesa, drudzy mają utorować drogę do wyborów parlamentarnych, trzeci mają przypomnieć o istnieniu jakiejś formacji. To są wszystko względy normalne w demokracji, taka taktyka wyborcza, ale niewątpliwie czymś to grozi. Wyborcy powinni wiedzieć, że wybory prezydenta to jest jakieś ukoronowanie sposobu kształtowania władz państwa polskiego. To jest dla mnie kwestia trochę szacunku dla państwa polskiego. Może byłoby nieprawdą, gdybym powiedział to w sposób taki zdecydowany, ale zastanawiam się, jak ja bym zareagował, nie mając wystarczającego doświadczenia z zakresu polityki obronnej, z zakresu polityki zagranicznej, z zakresu legislacji, jak ja bym przyjął, gdyby ktoś mi złożył propozycję: kandyduj na urząd Prezydenta RP. Jednak mam nadzieję, że bym się zastanowił, czy to może wyjść na dobre Polsce. Nie jestem pewien, czy też bym nie przykrył tego tłumaczeniami, że „a tam, nieważne, może coś wylansuję się” i tak dalej. Ale to jest pytanie i do liderów partyjnych, i do samych kandydatów, czy pomyśleli z troską o tym, czy ich kandydowanie wzmocni państwo polskie, czy nie wzmocni, czy wzmocni autorytet głowy państwa, czyli urzędu prezydenckiego, czy nie wzmocni.
Tak, wszyscy już mówią, że dziwne to będą wybory, ale to też jest taka pułapka zastawiona na Pana – bo cytował Pan poparcie w elektoratach poszczególnych partii, ale jednocześnie wszyscy wystawiają kandydatów, a lewica to już być może nawet czterech, trzech z pewnością – wepchnięcie Pana w takie partyjne tory: kandydat Platformy Obywatelskiej.
Pewnie by tak chcieli zrobić, ale będzie to trudne, właśnie między innymi dlatego, że – jeszcze raz przypomnę – 96 procent wyborców PSL-u obdarza mnie pełnym zaufaniem, 92 procent wyborców Platformy, ale i 80 procent lewicy, szeroko pojętej lewicy nawet 85 procent. A PiS-u? A PiS-u, proszę Państwa, też jest to interesujące, bo nawet wyborcy PiS-u w okolicach 50 procent obdarzają mnie zaufaniem. Ten poziom zaufania i akceptacji będzie więc przeczył takiej prymitywnej tezie o partyjności mojej kandydatury. Ona musi być, ze względu na logikę funkcjonowania państwa, poparta przez partię polityczną, za co jestem i będę bardzo wdzięczny, ale to nie przekreśla dążenia prezydenta, żeby starać się reprezentować nie interes partyjny, choćby nawet najszlachetniejszy, ale interes całego społeczeństwa.
Pana kampania startuje wraz z konwencją Platformy 7 lutego?
Nie, to nie jest tak. Termin wyznaczy pan marszałek Sikorski i zapowiedział to jego rzecznik, zdaje się, na środę. Ja będę chciał złożyć moją deklarację sprawie wyborów, a formalnie kampania rusza w momencie, kiedy jest opublikowana w Dzienniku Ustaw ta decyzja marszałka.
Ale konwencja będzie?
Oczywiście, konwencja jest bardzo istotnym elementem, bardzo ważnym, ale to nie jest fragment kampanii.
A możemy oczekiwać jakiegoś pierwszego Pana programowego wystąpienia?
No pewnie częściowo tak. Myślę, że to będzie ten moment, w którym będzie trzeba powiedzieć coś więcej niż to, że chciałbym kontynuować ten model prezydentury, który jak widać, zyskał zaufanie i zrozumienie polskiej opinii publicznej. Trzeba będzie, oczywiście w poszczególnych odsłonach, mówić o sprawach, które nas czekają. A czeka nas bardzo ciekawy okres. Bo to będzie okres – od roku 2016 – paru lat bez wyborów. Nie będzie wyborów. A wybory, z całym szacunkiem dla mechanizmu demokratycznego, to jednak jest zawsze okres gorączki politycznej…
To widzimy, choćby na drogach i w kopalniach w tej chwili.
…i zwracania uwagi na co innego, niż sprawy ważne z punktu widzenia modernizacji kraju, umocnienia kraju i tak dalej. Więc to chciałbym przedłożyć wszystkim, także moim szanownym przyszłym konkurentom, że trzeba myśleć o tym, że zbliża się czas, w którym trzeba będzie koncentrować wysiłek i uwagę Polaków na ambitnych zadaniach związanych z dalszą modernizacją naszego kraju.
Bardzo dziękuję. Gościem Poranka był pan Bronisław Komorowski, Prezydent Rzeczypospolitej. Dziękuję, Panie Prezydencie.
To ja dziękuję Pani, dziękuję Państwu.
Rozmawiała Janina Paradowska