Gościem Radia ZET jest Bronisław Komorowski, prezydent Polski, dzień dobry.
Dzień dobry, witam Panią, witam słuchaczy.
Panie Prezydencie, czy Pan chce wprowadzić Polskę po cichu do euro w 2016 roku? To sugeruje pana konkurent Andrzej Duda – mówi, że Pan chce zubożyć Polaków.
Już pomijając fakt, że to dosyć oryginalne, że w ten sposób wypowiada się człowiek, który zarabia w euro – podczas gdy większość Polaków zarabia, i to prawie wszyscy, w złotówkach, widać, że mu to nie przeszkadza – to przecież jest jasne, to są rzeczy oczywiste, przecież ja zapowiedziałem właśnie odsunięcie debaty o kwestiach euro na czas po wyborach parlamentarnych, dlatego że szkoda, że tak powiem, bić pianę. Nie ma możliwości wejścia przez Polskę do strefy euro w tej chwili, dopóki Polska w ogóle nie spełni kryteriów.
Kryteria wejścia do strefy euro, bez względu na to, jaką decyzję Polska podejmie w przyszłości, są korzystne dla polskiej gospodarki, więc dzisiaj trzeba mówić o spełnieniu kryteriów po to, aby polska gospodarka jak najlepiej funkcjonowała. A o tym, czy wejdziemy do strefy euro, czy nie zadecyduje przyszły parlament, między innymi dlatego, że jest blokada w Konstytucji. Konstytucji się nie da zmienić, nie dysponując dwoma trzecimi głosów w Sejmie. To jest w ogóle fantazja, czysto wyborcze zagranie po to, aby zrobić wrażenie, że jakaś gwałtowna decyzja w Polsce się szykuje. Nic takiego nie ma, więc to są czysto wyborcze zagrania, niemające nic wspólnego z rzeczywistością.
Nawet powstał „Bronkomarket”, w którym są ceny w euro, które właśnie będą, jeżeli Pan Prezydent tak szybko zadecyduje.
Słyszałem, że dziwnie przeliczane, więc to jest inna kwestia, żeby zobaczyć, że kraje sąsiednie – bo przecież Polska jest na całym wschodzie jedynym krajem Unii Europejskiej, gdzie nie ma euro, bo przyjęła Litwa, przyjęła Słowacja i chyba tam takich wzrostów cen nie było. Natomiast chciałem powiedzieć, mam nadzieję, że mój kontrkandydat, który zarabia w euro, jednak przynajmniej te euro zamienia na złotówki, zanim wpłaci do banku. Bo inaczej byłoby trochę nie fair wobec społeczeństwa polskiego.
Czyli obala Pan tezę, że jest Pan za szybkim wejściem do strefy euro.
Nie, bo takiej możliwości nie ma. To jest w ogóle fantazja, bo nie ma takiej możliwości. Zadanie, które przed nami dzisiaj stoi, to jest zadanie spełnienia kryteriów z Maastricht. To są kryteria, które są ważne także z punktu widzenia jakości polskiej gospodarki.
Andrzej Duda mówi: jak ja zostanę prezydentem, to nigdy nie wejdziemy do strefy euro.
No to nie wiem, jak jego zaplecze polityczne, PiS, głosowało. Mam nadzieję, że – o ile Pani się nie myli – głosowało za członkostwem Polski w Unii, a tam w traktacie jest zapisane także wejście do strefy euro, więc to jakaś niepowaga, powiedziałbym, jakaś ucieczka od własnych wcześniejszych decyzji, środowiska w tym wypadku.
Panie Prezydencie, jest Pan oskarżany o związki ze SKOK-ami, ze SKOK-ami Wołomin. Okazuje się, że według Pana przeciwników to właściwie Pan wyprowadzał ze SKOK-ów, Pan ma związki z panem P., który był oficerem WSI, a o tych związkach świadczy zdjęcie, które jest noszone przez polityków PiS-u do różnych studiów telewizyjnych. Jest Pan na zdjęciu razem z dwoma panami, który są właśnie oskarżani o wyprowadzenie pieniędzy ze SKOK-u Wołomin.
No tak, tylko ci panowie, którzy takie bzdury wymyślają, oczywiście już nie informują opinii publicznej, że zdjęcie jest zrobione w czasie premiery filmu „Bitwa Warszawska 1920 rok”, gdzie reżyser tego filmu, pan Hofman, przedstawiał mi sponsorów, którzy łożyli pieniądze na ten film i wszystkich po kolei. Próba zrobienia z tego jakiegoś stopnia zażyłości i znajomości jest nonsensem, jest głupotą.
Ja dziennie robię pewnie czasami i setki zdjęć z różnymi osobami. I mam nadzieję, że nie wszyscy się czują moimi znajomymi, więc ja też uprzedzałem panów z PiS-u, że gdyby się zdarzyło, że na schodach w Sejmie albo w kinie właśnie zrobią sobie ze mną zdjęcie, to wcale nie będzie oznaczało, że zostali moimi znajomymi.
Ale czy Pan znał w ogóle pana P.?
Nie, w ogóle nie znałem, więc właśnie na tym polega śmieszność, ale jednocześnie, powiedziałbym, niesmaczność tej całej próby wmontowania mnie w kwestię SKOK-ów. W kwestii SKOK-ów musi się tłumaczyć Prawo i Sprawiedliwość, bo oni byli głównymi jakby tutaj motorami funkcjonowania tego systemu. Musi się tłumaczyć pan senator PiS, pan Bierecki, i tak dalej. I niech się tłumaczą. Ja w jakimkolwiek SKOK-u ani złotówki nie trzymałem, ani kredytów nie brałem, ani nikogo nie znałem, więc to jest tak absurdalne, że nie sposób się tłumaczyć. Ale przecież nie chodzi tutaj o tłumaczenie się. Panom z PiS chodzi o to, żeby stawiać tego rodzaju nonsensowne pytania. Oni nie czekają na odpowiedź, tylko chodzi o pytanie, bo pytanie też może mieć formę zniesławienia albo oplucia, albo oskarżenia.
Bo pytanie jest takie: niech się Bronisław Komorowski wytłumaczy z tego, dlaczego pan P. przychodził do niego do Belwederu, dlaczego mu przynosił wino – tak twierdzi Jacek Kurski – dlaczego Bronisław Komorowski...
Mimo że doskonale wiedzą, że to wszystko jest nieprawda, kompletna nieprawda, ale pytania zadają. Dlaczego pytania? No bo w trybie wyborczym mógłbym natychmiast do sądu skierować sprawę, ale jak pytają, za to sąd ich nie skarze. Gdyby oskarżyli wprost, proszę panów – natychmiast do sądu. Tylko chciałbym wiedzieć, że nie będziecie się tchórzliwie chowali za pytania, tylko postawicie oskarżenia wprost, a wtedy sąd rozstrzygnie. A ja do sądu sprawę podam.
Jest Pan oskarżany o to, że ci właśnie panowie są z WSI, a Pan był jedynym obrońcą WSI w Sejmie, a WSI to wiadomo: filia wywiadu rosyjskiego.
Takie rzeczy trzeba udowodnić, a pewnie Pani pamięta, że nawet pan prezydent Lech Kaczyński tego rodzaju nonsensownym pomówieniom sformułowanym przez Antoniego Macierewicza nie dał wiary. Nie dał wiary, nie ujawnił materiałów przygotowanych przez komisję weryfikacyjną.
Czyli chodzi Panu o aneks, tak?
Tak. Więc może to by dało coś do myślenia. WSI była, tak jak każda służba może mieć różne mankamenty, ale to był polski wywiad i kontrwywiad wojskowy. I hańbą było, i zbrodnią było zniszczenie wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, tak jak to zrobił PiS działaniami ustawowymi. Ja, jako były minister obrony narodowej, nigdy nie mogę przyłożyć ręki do niszczenia polskich aktywów wywiadowczych i kontrwywiadowczych. Tu moje związki z WSI polegały na tym, że WSI mi podlegało jako ministrowi, ale tak samo podlegało i innym ministrom, a nawet Antoniemu Macierewiczowi, tylko tyle, różnica polega na tym, że on te WSI zniszczył. I to jest według mnie hańba. A to, że głosowałem w Platformie jako jedyny – bo przecież wielu posłów z innych środowisk było również przeciwko likwidacji WSI – to jest odrębna kwestia. Ale ja uważam, że ja miałem rację i ja miałem odwagę, bo w takich sprawach trzeba się zachowywać pryncypialnie.
Pan czytał aneks, Panie Prezydencie, ten aneks dotyczył tylko Pana?
Nie, nie dotyczył. Ale jest tajnym dokumentem, więc nie będziemy o tym rozmawiali.
Ale czy Pan czytał go?
To też objęte jest tajemnicą. Ale może się Pani domyślić.
Kto przyjedzie 8 maja na Westerplatte?
Po pierwsze – 7 maja. Od paru miesięcy jest przygotowywana konferencja z udziałem bardzo wybitnych historyków z całego świata, w tym także są zaproszeni historycy rosyjscy, aby przeprowadzić debatę na temat skutków II wojny światowej, także skutków zwycięstwa – takiego, jakie ono było. To będzie okazja do powiedzenia wprost, że nie cała Europa mogła wyciągnąć dobre wnioski z wojny, bo Europa Zachodnia wyciągnęła wnioski w postaci rozpoczęcia procesu integracji, właśnie w imię hasła, że nie było Europy, była wojna. A wschodnia Europa, ta część, która była po złej stronie żelaznej kurtyny, takich wniosków nie mogła wyciągnąć. Nadganiamy to od roku ’90.
Ale którzy przywódcy?
A potem do tej konferencji historycznej będzie domontowany taki, jak byśmy powiedzieli, element politycznej refleksji nad tym samym zagadnieniem z udziałem przedstawicieli państw, głów państw. A 8 maja będzie już tylko i wyłącznie sama uroczystość, pewnie właśnie na Westerplatte, gdzie będziemy świętować.
A czy Pan już wie, którzy przywódcy przyjadą?
Jestem w trakcie rozmów, więc część wiem, a część się dowiem, ale nie będę mówił w tej chwili. Dowiedzą się Państwo w odpowiednim momencie.
Pan, Panie Prezydencie jest racjonalny. A kto jest radykalny w tej kampanii?
Ja staram się być racjonalny w moich decyzjach i w sposobie uprawiania polityki, to znaczy, szukam kompromisu politycznego tam, gdzie on może służyć Polsce. Bo Polska jest zróżnicowana. Ten, kto nie chce kompromisu, jest nieracjonalny, bo racjonalność polityczna oznacza, że trzeba szukać zgody wewnętrznej w stopniu maksymalnie możliwym. Nie jest to w stu procentach możliwe, ale w jakiejś mierze tak, i to nawet w najtrudniejszych sprawach, takich jak in vitro, takich jak kwestia konwencji przeciw przemocy – tam też jest potrzebny kompromis politycznej natury, szanujący w jak największym stopniu różne wrażliwości ludzi. I to jest racjonalne podejście do spraw nawet bardzo trudnych i emocjonalnych.
Natomiast radykalizm, takie uskrajnienie, przejawia się tym w polityce, że słyszy się tylko swoje własne racje i nie chce się kompromisu z innymi. Podkreśla się wszystkie różnice, próbuje się zaostrzać podziały. Przykładem jest słynna ustawa, w której Prawo i Sprawoedliwość chciało karać dwoma latami, do dwóch lat więzienia za stosowanie metody in vitro. To jest nieracjonalne, to jest radykalne, to jest niemądre.
Ale są zarzuty wobec Pana, że w Pana racjonalizmie nie bierze Pan pod uwagę głosów tych, którzy są związani z Kościołem: głosów biskupów czy też społeczności kościelnej, bo jest Pan za ratyfikacją konwencji przeciw przemocy, który burzy ład moralny w Polsce.
Właściwie jest odwrotnie – staram się brać pod uwagę w stopniu maksymalnie możliwym, jak mówiłem, wszystkie wrażliwości, także i tego typu, o których Pani wspomniała. Zresztą ten podział na Polskę radykalną i racjonalną jest, według mnie, nie w społeczeństwie, bo ludzie w Polsce są bardzo racjonalni, tak głosują, tak się zachowują. To chodzi o scenę polityczną – tu jest ten podział, wynikający głównie z logiki walki wyborczej czy walki politycznej. Ludzie oczekują racjonalnych decyzji w sprawie nawet tak najtrudniejszej. Jeżeli Pani zerknie w badania opinii publicznej, to widać, że absolutna większość Polaków stawia na kompromis w tych kwestiach. Kompromis w polityce jest rzeczą normalną. To nie musi być kompromis moralny, bo o kwestiach moralnych każdy decyduje we własnym sumieniu, zgodnie z własnym systemem wartości i światopoglądem, więc jeżeli są wrażliwości na przykład dla kwestii losu zarodków, to ja uważam, że trzeba szukać takiego rozwiązania, które by w stopniu maksymalnie możliwym szanowało te wątpliwości. Nie wszystko da się załatwić kompromisem, ale przykładem dobrym, dobrze działającym, takiej samej sprawy, była na przykład ustawa antyaborcyjna – kompromis polityczny, ale działający bardzo dobrze i szanujący wrażliwości i katolicką, i niekatolicką.
Jeszcze niedawno Pan mówił, że nie wie Pan, kim jest Andrzej Duda, a tymczasem Andrzej Duda zebrał milion sześćset podpisów…
Nie, nigdy nie mówiłem. Mówiłem tylko tyle, że...
Pytał się pan, który to Duda. Czy to Piotr Duda, czy Andrzej Duda?
Bo miałem pana Piotra Dudę akurat w pałacu, był moim gościem dokładnie w tym momencie.
A Andrzej Duda zebrał milion sześćset podpisów, a Pana sztab tylko dwieście pięćdziesiąt tysięcy.
Bo my się nie ścigamy na ilość podpisów, złożyliśmy dużo wcześniej.
Ale ścigali się Państwo na pierwszeństwo, kto pierwszy złoży.
Też nie, ktoś tam złożył wcześniej. Nie przywiązuję do tego większej wagi. Ani na pierwszeństwo, ani na ilość głosów się nie ścigaliśmy, chodziło o to żeby w miarę przyzwoicie, to znaczy z bezpieczną „górką” złożyć te podpisy, bo ścigać się trzeba na programy, na stanowiska polityczne, na dokonania dla Polski, a nie na ilość podpisów ani tym bardziej na to, kto i kiedy złożył podpisy. Wie Pani, można politykę uprawiać w sposób poważny albo niepoważny. Ja staram się mówić o sprawach ważnych dla Polski, a nie ścigać się na happeningi, nie ścigać się na bezpodstawne oskarżenia. Staram się nie ścigać na ilość podpisów czy na datę złożenia tych podpisów.
A zaskakuje Pana to, że zmniejszają się proporcje między Panem a Andrzejem Dudą i że prawdopodobnie będzie druga tura wyborów?
Nie, nie widzę w tym żadnej tragedii. To jest normalne, że jeżeli występuje duża liczba kandydatów, kontrkandydatów z różnymi barwami partyjnymi, to ilość poparcia dla obecnego prezydenta, ta suma poparcia musi się dzielić. No i się dzieli. I to jest rzecz absolutnie normalna. Tylko proszę zwrócić uwagę, że ilość osób, które mówią, że na mnie będą głosowały, rzeczywiście się zmniejszyła w stosunku do momentu startu kampanii, ale z drugiej strony poziom zaufania – 74 procent zaufania – znaczy, że ufają mi nawet ci, którzy chcą głosować na kogoś innego. No i dobrze. I to jest bardzo piękne.
A nie obawia się Pan, że tak naprawdę to 10 kwietnia ruszy prawdziwa kampania, bo wtedy znowu będzie o tym, że to Pan ma krew na rękach, że Tusk ma krew na rękach?
Wie pani, różne absurdalne scenariusze można rozważać i pewnie takie absurdalne pomysły się pojawią, ale ja robię swoje. Ja wystąpiłem z propozycją – czy zareagowałem na propozycję rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej – i wystąpiłem do rady miasta stołecznego Warszawy o możliwość przyznania miejsca na zbudowanie pomnika. Jedni będą agresję uprawiali, a ja robię swoje. Ja postaram się ten problem przyzwoicie załatwić.
Dziękuję, Panie Prezydencie.
Dziękuję bardzo.
Rozmawiała Monika Olejnik