Wywiad z Szefem Kancelarii Prezydenta RP Jackiem Michałowskim ukazał się w dzienniku "Rzeczpospolita" 22 lutego 2011 roku.
Rzeczpospolita: To prawda, że w pałacu hierarchię wyznaczają gabinety? Pan zajmuje najbliższy prezydenckiego. W czasach Aleksandra Kwaśniewskiego o Marku Ungierze, który tu siedział, mówiło się „wiceprezydent”.
Jacek Michałowski: W Polsce nie ma wiceprezydenta. Jestem natomiast szefem prezydenckiej administracji, a zarazem odpowiadam za kalendarz głowy państwa. Dlatego siedzę w gabinecie najbliższym prezydenckiego. Politycy i dziennikarze tak się nawzajem podkręcają i ekscytują, że często nie zauważają istnienia jeszcze jednej kategorii ludzi, którzy nie mają ambicji sprawowania władzy. To taka pogardzana kasta, czyli urzędnicy, co w moim rozumieniu oznacza „służący państwu”. Politykami mogą być ministrowie rządu, doradcy prezydenta … A ja absolutnie nie czuję się politykiem, a jedynie, a właściwie aż, prezydenckim urzędnikiem. Zawsze walczyłem, by starannie oddzielać sferę polityczną od urzędniczej.
Między ministrami prezydenta toczą się już wojny o wpływy.
Ja ich nie zauważyłem. Na co dzień obserwuję za to wspólną pracę. W gronie ministrów i doradców podzieliliśmy się nią tak, by działać jako zespół, który się wzajemnie uzupełnia, a nie zbiorowisko niezależnych elektronów, z których każdy gra na siebie. Raz w tygodniu odbywają się wspólne odprawy. Ale proszę mi wierzyć, dyskusje, które tam się toczą, trudno nazwać wojną o wpływy, choć czasem są burzliwe.
Były pretensje do premiera, że tak późno zareagował na raport MAK. Ale prezydent zrobił to jeszcze później...
W przeciwieństwie do rządu, który ma bezpośredni dostęp do informacji z prac komisji ministra Jerzego Millera, my takiego dostępu nie mamy. Jako urzędnik nie jestem gotów ocenić, czy rząd zareagował za późno, czy w odpowiednim czasie. Wiem, że zareagował wtedy, gdy zareagował. To media mają taką presję, by wszystko komentować na gorąco. A interes państwa nie zawsze wymaga, by wszystko robić szybko. Czasem ważniejsze jest, by to robić dokładnie i uczciwie.
Oczekiwanie na dokładność też nie może trwać w nieskończoność.
Jeśli prezydent ma powiedzieć coś o polskim raporcie, musi go wcześniej przeczytać, zapytać ekspertów. Najistotniejsze jest, by prezydent był w tej sprawie jak najkompetentniej przygotowany.
Minęło dziesięć miesięcy od pana wejścia do kancelarii. Jak pan zapamiętał te chwile?
Upiornie trudny moment. Zastałem tu ogrom tragedii i bólu, z jakim wcześniej się nie zetknąłem. Znicze przy pokojach. To było bardzo trudne. Tym bardziej że przyszedłem przecież z zewnątrz, a moim głównym zadaniem było, by w tych trudnych momentach pomóc przetrwać kancelarii i zabezpieczyć jej normalne funkcjonowanie.
Oglądał pan film „Mgła”? Ze strony urzędników prezydenta Kaczyńskiego pojawiają się tam zarzuty o styl przejmowania urzędu.
Cóż mogę na to powiedzieć? Nawet logika mówi, że jeśli do kraju oficjalną drogą dociera informacja o śmierci prezydenta, nie można czekać i udawać, że się tego nie słyszy. Naszym wielkim obowiązkiem było wziąć odpowiedzialność za funkcjonowanie urzędu głowy państwa w tej strasznej sytuacji. Na początku było trudno, a potem jeszcze trudniej, bo, niestety, włączyła się w to polityka. W którymś momencie wręcz wytworzyła się atmosfera, że nie mam prawa tu być.
Żałuje pan jakichś decyzji z pierwszych tygodni urzędowania?
Zawsze jest tak, że jak się patrzy na swoje działania z przeszłości, to dochodzi się do wniosku, że pewne rzeczy można było zrobić inaczej. Przykładowo, gdybym przy pierwszej próbie przeniesienia krzyża wydał inne dyspozycje, może udałoby się wcześniej przełamać ten kryzys. Ale może doszłoby do zamieszek? To jest uprawianie historii kontrfaktycznej. Dla mnie natomiast ważniejsze jest, by iść do przodu. Z czysto urzędniczego punktu widzenia po przyjściu zastałem tu wiele biur. Działały dobrze, ale w odseparowaniu od siebie. Tak nie powinno być, bo to marnotrawstwo ludzkich sił, talentów i pieniędzy podatników.
W związku z tym próbujemy to teraz tak zorganizować, by działało jak jeden organizm. W sposób ewolucyjny chcę wprowadzić rewolucję w funkcjonowaniu tego urzędu.
Dużo pan już zwolnił osób przy okazji tej ewolucji?
Rozstaliśmy się z niektórymi osobami. Ale nie chodzi o zwolnienia, bo naprawdę zależy mi na tym, by zbudować prawdziwie apolityczny urząd. Chcę wykorzystać potencjał i kompetencje wszystkich, którzy chcą tu tylko pracować. Ale ich działania nie mogą się wzajemnie dublować. Musi być mechanizm racjonalizacji pracy. Korporacje doprowadziły to do perfekcji. Oczywiście rozumiem, że każda zmiana władzy budzi obawy, że oto teraz wszyscy zostaną wyrzuceni po to, by przyjąć swoich, ale ja nie mam takich zamiarów. Nie interesują mnie poglądy polityczne urzędników. Każdy z nas jakieś ma i, chwała Bogu, możemy mieć różne. Interesuje mnie natomiast, czy nie rzutuje to na działanie urzędu.
A rzutuje?
Przyznam, że mam pewien kłopot z kilkoma osobami, które np. będąc radnymi ugrupowania, które jawnie zwalcza urzędującego prezydenta, pozostają w jego kancelarii. Dziwię się im, bo to sytuacja, która ich samych stawia przecież w konflikcie lojalnościowym.
Tegoroczny budżet prezydenta sporo wzrósł. Dostrzega pan szanse na jakieś ograniczenie wydatków?
Prezydent to najwyższy urząd w państwie i musi działać sprawnie. A co do wzrostu budżetu, to jest on pozorny. To głównie efekt zmiany sposobu rozliczania przelotów prezydenta. Szukamy zresztą dalszych oszczędności i dążymy do optymalizacji w wielu sferach. W celu ograniczenia kosztów zamierzamy zrezygnować z części prezydenckich ośrodków.
Nie drażnią pana ciągłe oskarżenia o wpadki?
Nie zdarzają się tylko temu, kto nic nie robi. Chodzi przecież o to, by prezydent był jak najlepiej przygotowany i jest dobrze przygotowywany. A że się przy okazji poślizgnął, miał przekręcony krawat, powiedział dowcip, który się nie wszystkim spodobał, albo ktoś powiedział o jedno słowo za dużo. Takie rzeczy mogą zdarzyć się każdemu. Oczywiście staramy się ich unikać.
Prezydent rzeczywiście się nudził w Davos?
Wręcz przeciwnie, w ciągu 24 godzin odbył serię spotkań m.in. z przywódcami państw czy szefami funduszy inwestycyjnych. A prawda jest taka, że do tej pory żaden poważny błąd się nam nie przydarzył.
A jest pan zadowolony z przygotowania spotkania Trójkąta Weimarskiego? Media na całym świecie obiegły zdjęcia moknącego prezydenta Francji, nad którym nie rozłożono parasola...
Wszystko wyszło bardzo dobrze. Szkoda, że niektóre media zobaczyły tylko parasol.
Coraz częściej mówi się o iskrzeniu na linii prezydent – premier. Uważa pan, że są skazani na „szorstką przyjaźń”?
Przyjaźń w polityce podobno nie istnieje – usłyszałem to po raz pierwszy 20 lat temu od marszałka Stelmachowskiego. Premier i prezydent mają do siebie pozytywny stosunek, po prostu lubią się.
Widziałem ich razem wielokrotnie.
Jak u państwa wyglądają przygotowania do polskiej prezydencji w UE?
Ważne jest dla nas współdziałanie z Kancelarią Premiera i innymi urzędami państwowymi. Synergia to nasz cel nadrzędny.
A jak prezydent zachowa się w sprawie OFE?
Musi mieć w tej sprawie niezależne źródła wiedzy. Już rozmawiał na ten temat z wieloma specjalistami i ze strony rządowej, i z innych.
Ale nie ma wśród nich tak krytycznego prof. Leszka Balcerowicza.
Pan prezydent słucha głosu prof. Balcerowicza z dużym zainteresowaniem i wnikliwie go analizuje. Konsultacje w sprawie reformy emerytalnej na pewno będą kontynuowane, a jaki będzie ich efekt, to się okaże.
Przygotowania do obchodów rocznicy tragedii smoleńskiej też się toczą?
Nawiązano kontakt z rodzinami i na pewno będą obchody w Warszawie. Tak naprawdę, jeżeli chodzi o wydarzenia wspierane przez kancelarię, wszystko zależeć będzie od rodzin ofiar, bo przecież trudno robić cokolwiek wbrew ich woli. Czekamy więc na ich stanowisko. Po ostatniej pielgrzymce do Smoleńska pani prezydentowa zadeklarowała, że będzie rodziny wspierać. Kancelaria zaś na pewno będzie wspierać panią prezydentową.