Menu rozwijane

28 maja 2012
Wywiad Pierwszej Damy dla "Newsweeka" (1)
Wywiad Pierwszej Damy dla "Newsweeka" (2)
o2136119936.jpg
o71287517.jpg

Wywiad z Pierwszą Damą Anną Komorowską ukazał się 28 maja 2012 roku w "Newsweeku".

Newsweek: Jolanta Kwaśniewska powiedziała kiedyś w wywiadzie, że lubi w pałacu tańczyć z mężem na bosaka w łazience...

Anna Komorowska: Ja lubię zachować intymne sytuacje dla siebie.

O żadnym prywatnym zwyczaju nie porozmawiamy?

Naszym rytuałem bywa poranna kawa, wspólne śniadania, spacery...

Coś więcej?

Resztę prywatności wolałabym zachować dla siebie, dla rodziny.

A dużo jest tej prywatności?

Staram się, żeby było jej jak najwięcej.

Walczy pani o nią?

Staram się racjonalnie ją kultywować. Jest bardzo ważna. Pragnę zachować przestrzeń prywatną, co jest bardzo potrzebne dla kondycji psychicznej mojej i rodziny.

Wyznaczyła pani granice?

Mam świadomość, że czas prezydentury się skończy i w pewnym sensie wrócimy do tego, co było wcześniej.

Pracując w mediach, widzę, jak trudno mi wyznaczyć miejsce albo czas, w którym nie oglądam, nie słucham, zamykam laptop, wyciszam komórkę.

Między innymi po to, by oddzielić sferę prywatności od pracy, jako miejsce zamieszkania wybraliśmy Belweder, a nie pałac na Krakowskim Przedmieściu.

Czy pani chce o coś walczyć?


 Nie traktuję życia jako walki.

A czym jest życie?

Szansą na zrealizowanie marzeń, na współistnienie z innymi i znalezienie szczęścia. Owszem, wymaga kompromisów, rezygnacji, ale z całą pewnością nie nazwałabym tego walką.

To nie oznacza braku ambicji?

Naturalnie, że nie. Ambicje trzeba mieć. Tylko między byciem ambitnym a ambicjonerem jest granica, której nie chciałabym przekraczać.

Niektórzy się szarpią, wierząc, że mogą wszystko.

Pewnie są takie osoby.

Pani?

Żeby się szarpać? Wydaje mi się, że szarpanina jest dosyć jałowa i bardzo spalająca. Nigdy nie miałam takiej potrzeby. Nie leży to w moim charakterze. Konsekwencja i zdecydowanie tak, ale nie walka.

Jak chciałaby być pani oceniana?

Nie będę podpowiadała, jak na mnie patrzeć. Zależy mi raczej na tym, żeby dostrzeżono, że zrobiłam to, co mogłam. Nie mam chęci pokazania się. Mam chęć zrobienia czegoś.

W jakie sprawy chciałaby się pani głębiej zaangażować?

Na pewno w kulturę, promocję młodych artystów. Zamierzam kontynuować projekt „Wieczór w Belwederze”, czyli koncerty młodych, zdolnych artystów, którzy raz w miesiącu mają okazję zaprezentować się na scenie w Belwederze.


Podczas zagranicznych wizyt zawsze staram się promować polską kulturę, tradycje, sztukę. W kwietniu w Portugalii razem z małżonką prezydenta panią Marią Cavaco Silva czytałyśmy polską i portugalską wersję „Lokomotywy” Juliana Tuwima. Wspieram działania na rzecz rodziny. Ostatnio w pałacu prezydenckim zostały wręczone odznaczenia za trud wychowawczy rodziców z rodzin wielodzietnych i zastępczych. Chętnie angażuję się w akcje, które pozwalają kobietom zobaczyć ich siłę, uwierzyć w swoje możliwości.

Z ilu rzeczy musiała pani zrezygnować?

Z prywatności.

Przecież niecałkowicie
.

Jednak zrezygnowałam z bycia osobą w pełni prywatną. Mimo wielu lat funkcjonowania mego męża w polityce udawało mi się całkowicie zachować prywatność.

Ma pani potrzebę bycia kontrowersyjną?

 Czasami tak. W mniejszym stopniu publicznie. Wystarcza mi realizowanie tego na forum rodzinnym.

Zgodziłaby się pani być twarzą jakiejś kampanii?

 Jeżeli jestem przekonana do sprawy, to mogę być jej twarzą.

Kto rządził w pani domu?

U nas każdy jest szefem.

Może być dwóch szefów w organizacji?

U nas było nawet siedmiu szefów. I jakoś szło.

A kto jest nadszefem?

W różnych sprawach różnie to wygląda. Jeżeli jest ostra kontrowersja, ktoś musi podejmować decyzje, ale to nie jest zawsze ta sama osoba. Zaznaczam, że czasami to bywają dzieci. U nas każdy w rodzinie ma mocny charakter. Ale nie ma jednego przywódcy. Lider się zmienia w zależności od sytuacji.

 

W opinii publicznej funkcjonuje wizerunek rodziny Komorowskich jako rodziny patriarchalnej.

Choćby z odpowiedzi na poprzednie pytania widać, że ten wizerunek nie odpowiada rzeczywistości. Zresztą w polskiej tradycji kobiety zajmowały stosunkowo wysoką pozycję, co ma swoje źródła w naszej historii. Przecież choćby w XIX wieku niejednokrotnie zmuszone były zastąpić ojców czy mężów. Nie zapominajmy, że Polki jako jedne z pierwszych w Europie już na początku XX wieku uzyskały prawa wyborcze i to bez walki, na co Francuzki czy Szwajcarki czekały wiele lat.

A jak jest z tym w XXI wieku?

Nie ma jednego modelu, kto ma być głową, a kto szyją. Znam domy prowadzone przez mężczyzn, gdzie pieniądze zarabia kobieta i funkcjonują w harmonii.

Zauważyła pani spór po proteście Solidarności przed Sejmem? Agnieszka Pomaska z PO chciała wyjść nakarmić dziecko – szef Solidarności powiedział, że jak się ma dzieci, to się siedzi w domu.

Nie słyszałam, żeby pan przewodniczący miał taką władzę, by komukolwiek mógł narzucić styl życia rodzinnego.

Które mody wychowawcze się pani nie podobają?

Przede wszystkim ważne jest to, co z mody wynika. Czy rodzina jest miejscem harmonijnego rozwoju wszystkich jej członków, a nie jest tylko np. nastawiona na kariery rodziców, czego konsekwencją są niedogrzane emocjonalnie dzieci. Czy z kolei rodzice nie rezygnują ze wszystkiego, żeby skupić się na wychowaniu dzieci.

Czy uważa pani, że poświęcenie się pracy powoduje u dzieci niedogrzanie emocjonalne?

Nie postawiłabym takiej tezy, ale kryzys rodziny jest faktem. Liczba rozwodów i spadek dzietności to są jego przejawy. Jeżeli z takich rodzin w kryzysie wychodzą dorośli ludzie, którzy nie potrafią współistnieć z innymi, nie umieją poradzić sobie w życiu, to nie jest dobrze. Ważne jest, żeby człowiek, który wychodzi z domu, miał poczucie własnej wartości, siły i wiary w swoje możliwości.

Czy pani promuje jakiś model rodziny?

Nie ma jednego modelu dla wszystkich. Miarą funkcjonalności rodziny jest m.in. to, jak dzieci radzą sobie w dorosłym życiu.

Państwa dzieci?

Dwójka mieszka z nami, są studentami. Trójka od paru lat prowadzi samodzielne życie.

Żadne nie poszło w biznes, nie postawiło na karierę.

To były ich wybory. Córki karierę zawodową związały z organizacjami pozarządowymi, syn jest prawnikiem.

Ma pani wrażenie, że przeżywamy renesans ojcostwa czy jego kryzys?

Czytałam w „Newsweeku” artykuł o rodzącej się modzie na ojcostwo. Mam nadzieję, że ta moda stanie się rzeczywistością, a nie tylko chwilowym trendem. I mamy, i ojcowie potrzebują wsparcia.

Państwa?

Państwa, społeczności lokalnej, rodziny. Tu potrzebne jest współdziałanie. Warto więc dostrzegać, nagłaśniać i doceniać inicjatywy wspierające rodziców. Mam na myśli trwałe rozwiązania, które oznaczają rzeczywistą pomoc. A takich na szczęście jest coraz więcej. Warto np. wspomnieć wprowadzoną w Grodzisku Mazowieckim Kartę Dużej Rodziny, która dzieciom z rodzin wielodzietnych daje zniżki na korzystanie z zajęć pozalekcyjnych, wprowadzono też bezpłatne przejazdy komunikacją miejską. Ten dobry wirus się rozprzestrzenia, dołączają kolejne miasta.

Na okładce amerykańskiego „Newsweeka” pojawił się Barack Obama z tęczową aureolą. Pewnie kiedyś polski prezydent będzie się musiał zająć małżeństwami gejów.

Nie da się tego wykluczyć. Tymczasem chcę zwrócić uwagę na określenie związki partnerskie, które jest rezerwowane dla osób tej samej płci. Moim zdaniem małżeństwo rozumiane jako związek kobiety i mężczyzny może i powinno być partnerskie. Moje za takie uważam.

Wyobraża sobie pani, że w ważnej sprawie wyrazi publicznie inny pogląd niż prezydent?

Nie przekracza to mojej wyobraźni. Naturalnie, że tak.

Jest pani postrzegana przez opinię publiczną jako pierwsza dama przy mężu.

Ale skąd taki obraz w opinii publicznej?

Pani zawsze w domu, przy dzieciach, przy mężu.

Po pierwsze, nie zawsze. Jak widać choćby z naszej rozmowy, podejmuję wiele działań, odbywam spotkania i podróże, w których mój mąż nie uczestniczy. W tym roku oprócz wizyt oficjalnych, składanych razem z mężem, byłam w Katarze, Holandii, Japonii. Teraz wyjeżdżam do Pekinu, to kontynuacja grudniowej, wspólnej z mężem, wizyty w Chinach. Organizuję pokaz biżuterii polskich projektantów, spotkam się z chińskimi studentami i działaczkami Chińskiej Federacji Kobiet. A wracając do przeszłości, to rzeczywiście wiele lat zajmowałam się domem, dziećmi, co nie znaczy, że byłam przy mężu.

Co więc znaczy „przy mężu”?

 To anachroniczne określenie. Zawód kobiety: przy mężu. W naszych relacjach nigdy tak nie było. Nie musiałam się emancypować, zawsze czułam się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny.

Można więc poświęcić wiele lat życia na dom i dzieci, a jednocześnie być wyemancypowaną i nie „przy mężu”?

Oczywiście, że tak. Uważam, że rola żony, matki, zwłaszcza przy większej liczbie dzieci, to iście menedżerska praca. Warto ją doceniać. Wymaga kompromisów, ale nie musi oznaczać rezygnacji z zainteresowań i pasji, może być źródłem satysfakcji i szczęścia.

Przeczytała pani książkę Danuty Wałęsy?

 Przerzuciłam.

Żal pani tego małżeństwa?

Mam nadzieję, że jakoś się dogadają.

Bierze pani pod uwagę możliwość opisania kiedyś swojego życia?

Satysfakcji z widoku własnego nazwiska w wydrukowanej książce doświadczyłam wiele lat temu jako tłumaczka „Historii Aleksandra Wielkiego” Quintusa Curtiusa Rufusa wydanej nakładem zacnego Państwowego Wydawnictwa Naukowego (śmiech).