Menu rozwijane

08 listopada 2013
Pierwsza Dama Anna Komorowska

NHE: Czy polska rodzina nie uwalnia się od obowiązku wychowania, zbyt szybko przekazując wiele własnych zobowiązań na szkołę i cały system edukacyjny?

Anna Komorowska: Warto zastano­wić się, czy rodzina uwalnia się od tego obowiązku sama, czy też jest uwalnia­nia przez zachodzące przemiany cywili­zacyjne, ekonomiczne i społeczne, bądź przez politykę państwa. To rzeczywiście jest problem. Wielu rodziców zajętych jest pracą, a jednocześnie chcąc dać dziecku to, co najlepsze, wysyłają je na dodatkowe kursy i zajęcia. Myślę, że dla dziecka naj­ważniejsza jest rozmowa, chwila wspólnej zabawy, wspólne przeżywanie. Czasem warto zrezygnować z dodatkowej lekcji angielskiego i wyjść z dzieckiem na spa­cer, znaleźć chwilę na dłuższą rozmowę.

Czy da się zbudować właściwą relację współpracy nauczycieli z rodzicami? W oczach opinii społecznej następuje wyraźna deprecjacja tego zawodu, a to nie ułatwia wspólnych relacji.

Rodzice i nauczyciele powinni stać się partnerami, którzy dążą do osiągnięcia jednego celu - właściwego rozwoju ich wspólnego podopiecznego dziecka. Ja­kość ich relacji ma kluczowe znaczenie dla sukcesu tego przedsięwzięcia.

Nie do końca zgadzam się z opinią, że następuje deprecjacja zawodu nauczy­ciela. Tu warto wspomnieć chociażby o podwyżkach płac, które miały miejsce w ostatnich latach. Obecnie trwająca dys­kusja dotyczy raczej zasadności stosowa­nia przepisów zawartych w Karcie Na­uczyciela, sporo też mówi się o jakości edukacji. Myślę, że jest to dyskusja trud­na, ale konieczna. Współczesne oczeki­wania ulegają przemianie i wymagają mo­dernizacji systemu oświaty.

Natomiast zawód nauczyciela wciąż cieszy się uznaniem. Myślę, że na ogół rodzice bez większych obaw oddają swo­je dzieci w ręce pedagogów, bo o ile wy­tyczne dotyczące programu nauczania są ustalane odgórnie, na poziomie ogólno­krajowym, to relacje w szkole mają wy­miar lokalny. Szkoły, w szczególności podstawowe, mają znaczenie integrują­ce dla lokalnych środowisk, gdzie wszy­scy się znają. Tak naprawdę to, jaka rela­cja się wytworzy pomiędzy rodzicem i na­uczycielem, w dużej mierze będzie miało wpływ na rozwój i edukację dziecka.

Z pewnością rodzice przysłuchują się debacie społecznej na temat problemów współczesnego systemu edukacji, któ­rą mogą śledzić przede wszystkim za po­średnictwem mediów. Mają wiele obaw przed posłaniem swoich pociech do szko­ły, jednak gdy już się zetkną z konkretną szkołą i z wychowawcą swojego dziecka, ich ocena bardzo często się zmienia. War­to zatem zwrócić uwagę na rolę mediów w procesie kształtowania klimatu wokół kadry szkolnej. Debatę należy toczyć, a także o niej informować, ale nie w at­mosferze sensacji i wojny.

Czy w świetle Pani doświadczeń oso­bistych i obserwacji, istnieje jakiś opty­malny model wielkości rodziny, który daje większe szanse zaspokojenia indy­widualnych potrzeb dziecka?

Rodzice mają rozmaite powody, dla których decydują się na taką, a nie inną liczbę dzieci. Z badań wynika, że Polacy generalnie posiadają mniej dzieci, niż by chcieli - i tu właśnie dostrzegam problem. Ludzie powinni mieć możliwość reali­zowania wymarzonego modelu rodziny i posiadania upragnionej liczby dzieci.

Z punktu widzenia samego dziecka ważne jest, aby wychowywało się w peł­nej, stabilnej i szczęśliwej rodzinie. Jestem przekonana, że większa rodzina w natu­ralny sposób lepiej przygotuje dzieci do życia społecznego.

Zastanówmy się również nad proble­mem wielkości klasy szkolnej. Od kiedy gminy przejęły prowadzenie szkół, górę wzięły względy finansowe. I tu jest tragiczne nieporozumienie z punk­tu widzenia procesu wychowania. Klasy, zamiast maleć wraz z niżem de­mograficznym, często zwiększają swoją liczebność.

 

Rzeczywiście, wydaje się, że nauczy­ciele opiekujący się mniejszymi klasami, zwłaszcza na początkowym etapie eduka­cji, będą w stanie lepiej sprostać potrze­bom dzieci. Praca z mniejszą grupą sprzy­ja bardziej indywidualnemu podejściu. Łatwiej wtedy uchwycić problemy, z któ­rymi borykają się dzieci, czy też wspierać uzdolnione jednostki.

Trzeba też wspomnieć o zanikających szkołach, gdzie z kolei jest za mało dzie­ci i trzeba łączyć sąsiednie roczniki, by na lekcji był więcej niż jeden uczeń. To nie jest korzystne, ani z ekonomicznego, ani z pedagogicznego punktu widzenia. To do samorządu, jako organu prowadzącego szkołę, należy trudny wybór optymalne­go dla każdej społeczności rozwiązania. To radni wiedzą, jaka jest sytuacja na ich terenie i jakie są lokalne prognozy demo­graficzne.

Jaka jest Pani ocena funkcjonowania żłobków w Polsce? Może nie są one właściwym rozwiązaniem dla opieki na małym dzieckiem i wskazany byłby raczej jakiś system świadczeń socjal­nych, który stworzyłby rodzinie lepsze warunki dla wychowania?

Poruszone tutaj zostały dwa problemy - opieka nad małymi dziećmi oraz wspar­cie dla rodzin. Każdą z tych kwestii warto omówić oddzielnie.

Współcześnie rodziny coraz częściej poszukują wsparcia w opiece nad dziećmi, nawet tymi najmłodszymi. Wiele mło­dych kobiet pragnie mieć dzieci i jedno­cześnie chce - czy też musi - kontynu­ować aktywność zawodową. Myślę, że rolą państwa jest odpowiadać na te po­trzeby i wspierać możliwości rodzin w za­kresie godzenia obowiązków zawodo­wych i opieki nad dziećmi.

Bardzo podoba mi się program MA­LUCH, który jest realizowany w Mi­nisterstwie Pracy i Polityki Społecznej. W ramach tego programu można tworzyć różne formy opieki - nie tylko żłobki, ale też kluby malucha, można zatrudniać dziennych opiekunów. Według mnie tak zróżnicowana oferta stwarza rodzicom możliwość wyboru najwłaściwszej insty­tucji opiekuńczej dla ich dzieci. Mam nadzieję, że idziemy w dobrym kierunku i że polskie rodziny odczują rzeczywiste wsparcie.

System świadczeń socjalnych dla ro­dzin to istotny, ale nie najważniejszy ele­ment wsparcia państwa. Przede wszyst­kim powinniśmy umożliwiać rodzicom powrót do pracy, tak aby mogli samo­dzielnie zarabiać na utrzymanie swoich rodzin. Ważnym aspektem są tu właśnie różne formy opieki nad dziećmi. Oczy­wiście, dodatkowe wsparcie material­ne jest istotne, gdyż sytuacja rodzin jest bardzo zróżnicowana. W ramach poli­tyki społecznej muszą istnieć świadcze­nia socjalne, aby rodzice mieli możliwość zapewnienia swoim dzieciom odpowiednich warunków do wychowania. Do­brą formą wsparcia samodzielności eko­nomicznej rodzin są ulgi podatkowe na dzieci. Kłopot w tym, że wiele rodzin nie może w pełni z nich skorzystać. Stąd po­mysł ich modyfikacji, zawarty w stwo­rzonej w Kancelarii Prezydenta RP Stra­tegii Polityki Rodzinnej „Dobry Klimat dla Rodziny".

Zarówno kwestia wsparcia finansowe­go, jak również godzenia pracy z wycho­wywaniem dzieci, zostały uznane za klu­czowe. Serdecznie zapraszam do zapo­znania się z zaproponowanymi tam roz­wiązaniami.

Jeśli chodzi o realną pomoc w proce­sach wychowawczych i edukacyjnych, to duże nadzieje wiążę z Kartą Dużych Ro­dzin, przyjmowaną przez kolejne samo­rządy. Karta ta przynosi poważne ulgi lub całkowite zwolnienia z opłat za różne usługi w dziedzinie edukacji, kultury czy sportu dla dzieci i młodzieży.

Co Pani sądzi o problemach obecnie występujących w edukacji - od poru­szającego opinię społeczną tematu ob­niżenia wieku wejścia w system szkolny, poprzez krytykę gimnazjów i matury, aż po powszechnie komentowany kryzys jakości szkolnictwa wyższego?

Wszystkie wymienione zagadnienia do­tyczą tych elementów edukacji, które są w Polsce jeszcze nowe. Nawet jeśli mówi­my o szkolnictwie wyższym, nowością jest to, że jest ono obecnie powszechne jak ni­gdy dotąd. Dlatego wydaje mi się, że dys­kutując o tych problemach trzeba pamię­tać, że wciąż jeszcze jesteśmy na etapie przyswajania i adaptacji nowych elemen­tów w systemie edukacji. Tocząca się de­bata o obniżeniu wieku dzieci rozpoczy­nających edukację szkolną budzi ogromne emocje. Niepokoi mnie temperatura dys­kusji pod hasłem „Ratuj Maluchy". Może to wywoływać u dzieci, które przecież od­bierają sygnały zarówno od rodziców, jak i z mediów, niepotrzebny niepokój, czy wręcz strach przed szkołą jako miejscem opresji, a przecież nie o to dyskutantom chodzi.

Obniżenie wieku posyłania dzieci do szkoły oraz utworzenie gimnazjów wy­nikają ze światowych trendów edukacyj­nych. Wiele badań wskazuje na korzyści wynikające ze wcześniejszego posyłania dzieci do szkoły. Myślę, że w Polsce pro­blemem jest przede wszystkim mental­ność rodziców, którzy chcieliby przedłu­żyć dzieciństwo swoim pociechom. Jeste­śmy bardzo opiekuńczy i chcemy prze­dłużyć moment beztroski, gdyż wejście w system szkolny oznacza wiele obowiąz­ków. Do kolejnego, trudnego przełomu dochodzi, gdy dzieci kończą podstawów­kę. Egzaminy szóstoklasistów, zmiana szkoły - to stresujące momenty. Musimy jednak pamiętać, że to dla młodych lu­dzi również szkoła życia. Poza tym dzie­ciaki dużo szybciej niż dorośli adaptu­ją się do nowych warunków. To, co mo­żemy natomiast zrobić - i co jest bardzo ważne - to zapewnić jak najłagodniejsze przejście pomiędzy poszczególnymi eta­pami edukacji, nie straszyć młodych lu­dzi zmianą szkolnego środowiska, dać im wsparcie. Możemy też sprawić, aby szko­ła była miejscem lubianym i przyjaznym dzieciom.

Matura jest swego rodzaju egzaminem dla całego systemu edukacji. Ostatnie lata pokazały, że jeszcze wiele musimy popra­wić, aby uczniowie, którzy kończą szko­ły średnie, byli dobrze przygotowani do kontynuowania edukacji, czy też do pod­jęcia pracy.

Zmiany, jakie nastąpiły w ostatnich la­tach w szkolnictwie wyższym, są dowo­dem na to, że młodzi Polacy mają wyso­kie aspiracje. Chcą kończyć studia, robić karierę. Zastanawiam się, czy nie rozbu­dziliśmy nadmiernie tych ambicji, gdyż rynek pracy dotkliwie weryfikuje znacze­nie wykształcenia wyższego. Mamy coraz więcej bezrobotnych magistrów, którzy nie umieją znaleźć sobie miejsca na ryn­ku pracy. Z pewnością warto tu przywo­łać kwestię jakości kształcenia wyższe­go, gdyż kompetentny młody człowiek na pewno lepiej sobie poradzi w życiu, tak zawodowym, jak i osobistym.

Z racji pełnionych obowiązków, odby­wa Pani wiele zagranicznych podróży. Jak wypada nasza edukacja na tle in­nych systemów na świecie?

W badaniach międzynarodowych pol­ski system edukacji postrzegany jest coraz lepiej. Nie oznacza to jednak, że nie nale­ży dyskutować o tym, jak można go po­prawić. Wiele uwag odnosi się do tego, że zbyt mały nacisk położony jest w szkole na kreatywność i samodzielność uczniów, na ich umiejętności pracy zespołowej, a nadmierny na wyniki testów.

Jakie wartościowe praktyki z innych krajów można by zaadoptować polski grunt?

Systemy edukacji są wrośnięte w kul­turę krajów i ich potrzeby, więc nie da się ich tak łatwo przenosić. Mnie zafa­scynowała Finlandia, a zwłaszcza podej­ście w tym kraju do edukacji i opieki nad dziećmi w wieku przedszkolnym. Podoba mi się tam wrażliwość na potrzeby i moż­liwości dziecka, ciągła i systematyczna współpraca pomiędzy rodzicami i wycho­wawcami we wszystkich sprawach doty­czących dzieci. Nie da się przecież udzie­lać dziecku wsparcia bez wiedzy o pro­blemach rodziny.

Podoba mi się podej­ście skoncentrowane na dziecku, łączące trzy wymiary: opiekę, wychowanie i edu­kację. Dobrym przykładem jest uczenie przez zabawę, z wykorzystaniem pro­stych przedmiotów, jak kartonowe pudeł­ka, które można w różny sposób wykorzy­stywać i przekształcać. To uczy kreatyw­ności i twórczego stosunku do otoczenia. Cieszy mnie, że i w Polsce powoli powsta­ją podobne inicjatywy.

Jakie jest miejsce edukacji w Pani sercu i rodzinie?

 

Oboje z mężem w pewnym momencie życia byliśmy nauczycielami. Uważam, że jest to zawód wymagający, ale kiedy go wykonywałam, przynosił mi wiele satys­fakcji.