Menu rozwijane

03 czerwca 2011

„Pani Domu”: Wydając charytatywny numer „Pani Domu”, promujemy ideę rodzicielstwa zastępczego i pomagamy finansowo rodzinie zastępczej państwa Wiśniewskich z Rumi. Zgodziła się Pani wesprzeć nas w tych działaniach…

Anna Komorowska: Oczywiście! Całym sercem popieram waszą akcję. Zwłaszcza że 30 maja przypada Dzień Rodzicielstwa Zastępczego.

Wspiera też Pani wiele innych przedsięwzięć propagujących zastępcze rodzicielstwo…

Choćby kampanię rekrutacyjną na rodziny zastępcze, organizowaną przez Ośrodek Wsparcia Rodzinnej Opieki Zastępczej PORT. Razem z mężem włączyliśmy się też w akcję „Idą Święta” organizowaną przez fundację Świętego Mikołaja i radiową „Trójkę”. Bardzo ważne jest dla mnie zaangażowanie się w akcję „Przyjaciółki” i Fundacji Przyjaciółka, dzięki której dzieci ze świetlicy socjoterapeutycznej miały okazję odwiedzić Belweder tuż przed świętami wielkanocnymi.

Dlaczego idea rodzicielstwa zastępczego jest Pani tak bardzo bliska?

Bo uważam, że każde dziecko powinno wychowywać się w otoczeniu, które jak najbardziej przypomina biologiczną rodzinę. W rodzinach zastępczych, w przeciwieństwie do domów dziecka, gdzie wiele obowiązków wykonywanych jest przez opiekunów, dzieci same robią zakupy, gotują, sprzątają. Od małego uczone są odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale i za drugiego człowieka. Relacje między dziećmi oraz ich opiekunami są z natury rzeczy cieplejsze. Taka atmosfera sprawia, że dzieci mają poczucie bezpieczeństwa i nabywają wiary we własne możliwości. To z kolei ułatwia im start w dorosłe życie.

Czy zna Pani osobiście jakąś rodzinę zastępczą?

Znam wiele takich rodzin. Niektóre z nich prowadzą osoby samotne. Tacy ludzie imponują mi, bo umieli pokochać dzieci, które nie mogły wzrastać we własnej rodzinie. Podziwiam ich determinację w walce z problemami wychowawczymi, które bywają bardzo poważne. Uważam, że fundamentalne znaczenie ma odpowiednie przygotowanie osób, które pragną pełnić rolę rodziców zastępczych, a potem zapewnienie im wsparcia.

Osoby myślące o stworzeniu rodziny zastępczej często obawiają się, że nie podołają trudom wychowania kilkorga dzieci. Ale są tacy, którzy mówią, że łatwiej wychowywać gromadkę pociech niż tylko jedno. Jakie jest Pani zdanie?

Nie da się jednoznacznie ocenić, który model rodziny: jedno- czy wielodzietnej, jest lepszy. Ważne bowiem jest nie to, ile dzieci się ma, ale czy je się kocha, szanuje, obdarza ciepłem i zaufaniem. Oczywiście, że jedynak skupia całą uwagę i zaangażowanie rodziców. Ale z drugiej strony, trudniej nauczyć go samodzielności. W wielodzietnej rodzinie ta nauka przychodzi szybciej, lecz czasu poświęconego konkretnemu dziecku jest znacznie mniej.

Ma Pani pięcioro dorosłych dzieci. Poświęciła się Pani ich wychowaniu. Co jest najpiękniejszą nagrodą za ten wysiłek?

Macierzyństwo nie było dla mnie poświęceniem. To świadomy wybór oparty na hierarchii wartości, w której rodzina zajmuje najwyższe miejsce. Najpiękniejsze w byciu matką jest móc widzieć, jak dziecko się usamodzielnia, potrafi odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Każdy rodzic odczuwa satysfakcję, kiedy widzi, że jego dziecko jest szczęśliwe, realizując swoje pasje, marzenia.

Co decyduje o tym, że dom jest miejscem, do którego chce się wracać? Rodzinne rytuały: niedzielne obiady, wieczorne rozmowy, spokój?

Dom to przede wszystkim ludzie. Dla jednych powinien być ostoją, w której panuje nienaruszony ład, innym przeciwnie: potrzeba trochę chaosu, szaleństwa, nieprzewidywalności. Dla mojej rodziny dom oznacza bycie razem. Cieszę się, że dzieci mają ze sobą dobry kontakt. Dwoje najmłodszych mieszka z nami, starsza trójka już dawno jest na swoim. Przynajmniej raz w tygodniu wszyscy się spotykamy. Dzieci pomagają sobie nawzajem, ciocie i wujkowie opiekują się półroczną Hanią, córką syna, i dwuletnim Stasiem, synkiem jednej z córek.

Co daje dziecku rodzina? Co powinno dostać od tych, którzy je wychowują, nim wejdzie w dorosły świat?

Wychowanie w rodzinie, zarówno tej naturalnej, jak i zastępczej, powinno przede wszystkim zapewniać poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, zaufania, szacunku. Relacje rodzinne oparte na miłości umacniają w dziecku poczucie własnej wartości. Młody człowiek wychowany w atmosferze ciepła, tolerancji staje się świadomy swoich zalet, ale potrafi dostrzec też swoje słabe strony. Gdy jest akceptowany przez bliskich, łatwiej mu pogodzić się z tymi ograniczeniami. Ma też życzliwy stosunek do otoczenia, jest pogodniejszy. Miłością, którą dostał w rodzinie, może obdarzyć innych.