Menu rozwijane

14 kwietnia 2011
Pierwsza Dama Anna Komorowska z dziećmi przygotowywała dekoracje wielkanocne
Pierwsza Dama Anna Komorowska z dziećmi przygotowywała dekoracje wielkanocne

Wywiad ukazał się 14 kwietnia 2011 r. w "Przyjaciółce"

W tym roku po raz pierwszy spędzą Państwo Wielkanoc w Belwederze. Będzie inaczej niż w domu na Powiślu?

Dom jest tam, gdzie ludzie, i zwyczaje są tam, gdzie ludzie. Na pewno poproszę bliskich o pomoc w przygotowaniu niektórych świątecznych potraw, bo niestety, nie będę miała na wszystko czasu. Jak zwykle część dań przygotują również nasze dzieci, wspólnie ugotujemy też coś tutaj, na miejscu.

Co znajdzie się u Pani na wielkanocnym stole?

Oczywiście jajka. I tradycyjne potrawy: wędliny, pieczenie, żurek. Ale największym przysmakiem będą szpekuchy, czyli bułeczki drożdżowe z farszem z boczku i cebulki. To nasz flagowy przysmak wielkanocny, rodem z dawnych północno-wschodnich kresów, z Kurlandii. W jego przygotowanie angażuje się cała rodzina. Robimy ich bardzo dużo, bo każdy je uwielbia, poza tym obdarowujemy nimi znajomych. Bywa więc, że na ciasto zużywamy aż 7–8 kilogramów mąki. Wyrabiamy je partiami – najczęściej robimy to ja albo któryś z chłopców, bo do tego trzeba dużo siły. Za to przygotowanie farszu to zadanie córek. Potem wszyscy lepimy bułeczki. Mam nadzieję, że i w tym roku uda nam się podtrzymać tę miłą tradycję.

A co będzie ze świątecznym koszyczkiem?

Do tej pory zawsze chodziliśmy ze święconką razem, myślę, że teraz również pójdziemy całą rodziną albo przynajmniej większą delegacją. Później, jak mamy w zwyczaju, będziemy odwiedzać groby w kościołach Warszawy. Następnego dnia po rezurekcji zbierzemy się przy śniadaniu wielkanocnym. I będziemy świętować!

Zadomowili się już Państwo w nowym miejscu?

Całkowicie. Nawet nasze młodsze dzieci – Piotr i Elżbieta, które z nami mieszkają, pomimo wcześniejszych obaw, są zadowolone. Okazało się, że nie mają tu zbyt wielu ograniczeń. Kiedy chcą, mogą zaprosić do siebie kolegów i koleżanki. Czujemy się tu dobrze także dlatego, że mieszkamy wśród znanych i bliskich sercu przedmiotów. Przeprowadzając się do Belwederu, zabraliśmy bowiem ze sobą większą część naszych domowych mebli, a także rzeczy ważne dla nas z powodów sentymentalnych, czyli obrazy, portrety przodków, bibeloty.

Czy znalazł się wśród nich pewien słynny serwis?...

Oczywiście. Ta piękna, rodzinna, śniadaniowa zastawa z XIX wieku stoi w witrynie w naszym prywatnym apartamencie. Dostałam ją w prezencie od teściowej, gdy urodził się nasz najstarszy syn, Tadeusz. W rodzinie męża jest bowiem taka tradycja, że kiedy synowa urodzi pierwszego wnuka, kolejnego Komorowskiego, otrzymuje serwis. Ten przechodził już z rąk do rąk od sześciu pokoleń. Teraz czeka, kiedy w rodzinie któregoś z naszych synów przyjdzie na świat chłopiec... Ale żeby córkom nie było przykro, postanowiłam trochę unowocześnić ten zwyczaj i też ufundowałam serwis. Zamierzam podarować go córce, która pierwsza uszczęśliwi naszą rodzinę dziewczynką. Ona przekaże go potem swojej córce i... tak dalej. Żeby było sprawiedliwie! (śmiech)

Rodzina jest dla Pani ważna. A polityka? Jako Pierwsza Dama jest Pani bardzo blisko niej.

W politykę się nie angażuję, ale jest wiele innych istotnych spraw, na które mogę mieć realny wpływ. Często zgłaszają się do mnie fundacje czy instytucje z prośbą o to, abym objęła patronatem ich działania. Jeśli cel jest szczytny, a moje wsparcie może pomóc, chętnie się przyłączam. Całym sercem wspieram na przykład ideę rodzicielstwa zastępczego, którą propaguje m.in. Fundacja Przyjaciółka. Moim zdaniem miejsce dziecka jest w domu. Jeżeli to niemożliwe, by dorastało w rodzinie biologicznej, dobrze by było, aby mogło wychowywać się w zastępczej, która zapewni mu domowe ciepło.

Ostatnio zaangażowała się Pani również w promocję transplantologii.

Uważam, że liczy się każdy gest i każde działanie służące promocji zdrowia i rodzinie – dlatego niedawno patronowałam odbywającemu się w Wiśle biegowi propagującemu transplantologię. Wystartowali w nim zarówno ci, którzy byli biorcami narządów, jak i ci, którzy je ofiarowali. Ten bieg pokazał, że dając komuś szansę na życie, nie trzeba rezygnować z aktywności, że można normalnie funkcjonować, a nawet uprawiać sport. Odwiedzam też szpitale dziecięce i bardzo przeżywam te wizyty. Na niejednym kosztownym urządzeniu widzę naklejone serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, której działalność bardzo mi imponuje. Jeszcze milej jest spotykać dzieci, które z tego kupionego przez Orkiestrę sprzętu skorzystały i wyzdrowiały. Cieszę się, że razem z mężem objęliśmy patronat nad następną edycją akcji Orkiestry.

Wspomniała Pani o wspieraniu rodziny. Co to oznacza w Pani wypadku?

Oprócz propagowania rodzicielstwa zastępczego zależy mi na wspieraniu działań aktywizujących zawodowo młode mamy. Jedna z moich córek sama jest mamą i pracuje. Obserwuję też panie z mojego zespołu, które łączą pracę z życiem rodzinnym, i widzę, że czasami bardzo ciężko im pogodzić wszystkie obowiązki. Zdarza się, że kobiety rezygnują z macierzyństwa lub odkładają je w nieskończoność, obawiając się, że konieczność opieki nad dzieckiem pozbawi je możliwości realizowania się w pracy. Uważam więc, że trzeba szukać rozwiązań sprzyjających łączeniu macierzyństwa z karierą. Dlatego na przykład tak ważne jest to, by powszechnie dostępne były żłobki, by rodzice mieli możliwość skorzystania z różnych form opieki nad dzieckiem.

Sama jest Pani mamą piątki dzieci, więc zna Pani ten problem od podszewki... 

Przy piątce trudno o aktywność zawodową. W 1979 roku, gdy byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem – Zosią – zrezygnowałam z pracy w liceum, gdzie uczyłam łaciny, i zajęłam się rodziną i domem. Dopiero po 16 latach, kiedy moja najmłodsza córka Elżbieta skończyła sześć lat i poszła do szkoły, znów zaczęłam starać się o pracę. Nie wróciłam jednak do szkoły, zatrudniłam się w towarzystwie ubezpieczeniowym. W tej firmie wytrwałam pięć lat. Doskonale rozumiem więc, jak to jest biegać między pracą, sklepem a domem  i na nic nie mieć czasu.

Co, Pani zdaniem, jest najważniejsze w wychowaniu dzieci?

Przede wszystkim trzeba je kochać i one powinny czuć, że są kochane. Ale też ta miłość nie może być bezgraniczna i bezrefleksyjna. Od dzieci trzeba również wymagać. Muszą znać granice, w obrębie których mogą się poruszać – uczą się w ten sposób odpowiedzialności. A im wcześniej zaczną radzić sobie w życiu same, tym lepiej. W rodzinie wielodzietnej trzeba dzielić swój czas i energię racjonalnie, więc dzieci muszą szybciej dorastać, zaczynając od samodzielnego jedzenia, siadania na nocnik czy wiązania bucików. Ale również trzeba patrzeć, ile tych umiejętności maluch może udźwignąć, bo każde dziecko jest inne i inaczej się rozwija. To nie jest matematyka, gdzie podstawienie tych samych wartości daje ten sam wynik.

Państwa dzieci szybko stały się samodzielne?

Bardzo szybko. Choć Piotr i Elżbieta jeszcze studiują, to trójka starszych: Zosia, Tadeusz i Maria, już pracuje. Założyli swoje rodziny: Marysia ma niespełna 2-letniego syna Stasia, Tadeusz 5-miesięczną córeczkę Hanię. Są w pełni niezależni i dobrze sobie radzą. Trzeba przyznać, że dużą rolę w ich wychowaniu i nawiązywaniu relacji społecznych, oprócz naszego, rodzicielskiego wpływu, odegrała przynależność do Przymierza Rodzin. To taki rodzaj harcerstwa, tylko bez munduru, a także szansa na ukształtowanie dzieci w duchu tolerancyjnego, otwartego katolicyzmu. Starsi opiekują się młodszymi i organizują im różne zajęcia; pomagają potrzebującym na zasadzie wolontariatu, chodzą na wycieczki, do muzeum. Są też wyjazdy uczące funkcjonowania w grupie – gdy na przykład trzeba przygotować śniadanie czy obiad dla całego obozu. Nasze dzieci najpierw były uczestnikami, którym ktoś organizował czas, a potem sami stali się wychowawcami i animatorami zajęć dla młodszych.

Czy teraz, kiedy dzieci są dorosłe, często Państwa odwiedzają?

Gdy tylko im i nam pozwala na to czas... One mają mnóstwo swoich zajęć, kalendarz mojego męża i mój również jest napięty, często towarzyszę mężowi w podróżach zagranicznych lub podczas oficjalnych wizyt głów państw w Polsce. Ale dla dzieci zawsze znajdzie się czas...

Kiedy kończy się pracowity dzień, mają Państwo chwilę, żeby wieczorem porozmawiać?

Staramy się i zazwyczaj nam się to udaje. Nie zawsze jest to jednak wieczorem, bo czasami dzień pracy kończy się bardzo późno w nocy. Bywa też, że przychodzimy z mężem do domu i od razu kładziemy się spać.

Jak Państwo odpoczywają?

Dobrym odpoczynkiem jest ruch. Ja staram się, gdy tylko mogę, chodzić na basen. Jeżdżę na rowerze, czasami uprawiam nordic walking i chodzimy również na spacery do Łazienek. Bywamy także w kinie, teatrze, filharmonii. A czasami imprezy kulturalne organizujemy tutaj, w Belwederze. Raz w miesiącu odbywa się tu koncert muzyki klasycznej, ale zdarzają się też lżejsze formy kabaretowo-muzyczne. Zapraszamy wtedy gości, czasami nawet i sto osób.

Bywają Państwo jeszcze w swojej wiejskiej posiadłości w Budzie Ruskiej?

Tak. Zdarzają się wolne weekendy, a czasami i obowiązki sprowadzają nas w pobliże naszego siedliska, bo posiadłość w tym wypadku to termin mocno na wyrost. Już myślę o roślinach, którymi trzeba się tam zająć. Bardzo lubię pielęgnować kwiaty. Niestety, mój ogród jest 300 km od domu, trudno więc o niego zadbać. Ale nabrałam już doświadczenia – wiem, które rośliny potrafią przetrwać w chłodzie Suwalszczyzny i takie uprawiam. Mam nadzieję, że teraz uda mi się przyjechać w momencie, kiedy zakwitną krokusy posadzone jesienią i nie będzie tak jak rok temu, że wszystkie zostały zjedzone przez sarny... (śmiech)

A jakie jeszcze inne kwiaty Pani uprawia?

Mam głównie byliny, np. rudbekie, irysy, lilie, orliki, pysznogłówki, ale są też i ozdobne krzewy, np. azalie i lawendy. Największy problem tkwi jednak w tym, że zawsze brakuje mi czasu, by zrobić wszystko, co sobie zaplanuję. Zdarzało mi się nawet sadzić niektóre kwiaty przy latarce, bo dzień znów był dla mnie za krótki! (śmiech) Mimo to uwielbiamy z mężem przebywać w Ruskiej Budzie i oboje tam doskonale wypoczywamy. Od tej wiosny będę podziwiać kwiaty w ogrodzie belwederskim. Też się na to cieszę.

My słyszeliśmy też o cudownym wpływie wnukoterapii, zwłaszcza na Pana Prezydenta...

No tak... (śmiech) Gdy mąż jest zmęczony, odpoczywa, bawiąc się z wnukami, za którymi oboje przepadamy. Staś ma w Belwederze swojego konia na biegunach, swoją szafkę na zabawki i książeczki. Uwielbia je przeglądać z dziadkiem lub ze mną. Jest jeszcze trochę za mały na czytanie, ale doskonale rozpoznaje na rysunkach i zdjęciach zwierzątka i przedmioty. Ostatnio jednak, przyznaję się, spędzamy ze Stasiem za mało czasu...

Zbliżają się święta, będzie więc okazja, aby to nadrobić.

Na pewno! Wspólne spędzanie czasu z dziećmi jest niezwykle ważne. Od dzieci trzeba nie tylko wymagać, ale też umieć się wspólnie bawić. Na przykład w śmigus-dyngus. Pamiętam kilka Wielkanocy, które spędziliśmy w Budzie Ruskiej. To był prawdziwy, wiejski śmigus, woda lała się wiadrami, dziewczyny piszczały. Teraz, kiedy dzieci są dorosłe, ten zwyczaj trochę odszedł w zapomnienie. Wkrótce jednak nowe pokolenie będzie podtrzymywać tę tradycję. Mamy już dwoje wnuków i – tyle mogę zdradzić – jesteśmy w tej kwestii rozwojowi. (śmiech)

Jakie życzenia składają sobie Państwo, dzieląc się jajkiem?

Podchodzimy do życzeń indywidualnie, bo każdy wie, czego komu życzyć. Są to radosne święta, a zmartwychwstanie Pana Jezusa niesie ze sobą pozytywne, pełne nadziei przesłanie, i w tym duchu składamy sobie życzenia.

A czego życzyłaby Pani Czytelniczkom „Przyjaciółki”?

Przede wszystkim radości. Nadziei i wiary w to, że ludzie są dobrzy, że można sobie wzajemnie pomagać. Życzę Czytelniczkom „Przyjaciółki”, aby znalazły w swoim życiu dużo powodów do uśmiechu.

Rozmawiała Monika Wilczyńska