Menu rozwijane

23 października 2008
23 października 2008 r. w Pałacu Prezydenckim odbyła się debata na temat edukacji z udziałem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego. Podczas spotkania strony przedstawiły swoje stanowisko w sprawie projektowanych reform w zakresie oświaty.

W debacie uczestniczyli m.in.: Krzysztof Stanowski, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej, Jolanta Fedak, Minister Pracy i Polityki Społecznej, Krystyna Łybacka z Klubu Poselskiego Lewica, Sławomir Kłosowski z Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości, Andrzej Smirnow, Przewodniczący sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, Marek Olszewski, Wiceprzewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP, Sławomir Broniarz, Przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego, Stefan Kubowicz, Przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ Solidarność, Sławomir Wittkowicz, Przewodniczący Branży Nauki, Oświaty i Kultury Forum Związków Zawodowych, Wojciech Starzyński, Prezes Społecznego Towarzystwa Oświatowego oraz Karolina i Tomasz Elbanowscy z Ruchu „Ratuj maluchy”.

Prezydent RP powiedział:

To jedna z inicjatyw, które mają pomóc w rozwiązaniu poważnych problemów, stojących dzisiaj przed Polską. Nie kryję, że choćby z tego powodu, że z zawodu jestem nauczycielem akademickim, interesuje mnie to i mam swoje przekonania w tym zakresie. Nie wchodzę teraz w to, czy reforma dokonana w okresie rządów AWSu, czyli zmiana podziału szkół z dwóch: podstawowej i szkoły średniej, na trzy: podstawową, gimnazjum, liceum, była zmianą trafioną, czy nie. Wtedy, nie kryję, wydawała mi się zmianą celną, odpowiadającą mniej więcej reformie braci Jędrzejewiczów z początku lat trzydziestych ubiegłego stulecia, przy czym wtedy gimnazjum trwało cztery lata, a liceum dwa. Na tym polega różnica. Była jeszcze siódma klasa dla tych, którzy dalej już swojej nauki nie kontynuowali. Może z sentymentu dla tamtych czasów wydawało mi się, że to nie najgorszy pomysł. Dzisiaj mam wątpliwości, ze względu na to, że gimnazjum gromadzi dzieci, a później młodzież, w niezwykle trudnym wieku. Może jestem więc w mniejszym stopniu entuzjastą, ale z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że nie można tutaj co chwilę wprowadzać zasadniczych zmian. Dla mnie są dwa podstawowe problemy, wziąwszy pod uwagę planowane reformy. Po pierwsze jest to sprawa jednolitego kanonu, a po drugie to jest sprawa statusu stanu nauczycielskiego. To są dwie sprawy, na które w kilku słowach chciałbym zwrócić uwagę. Z niemałym zdziwieniem patrzę na plany, zgodnie z którymi każdy dyrektor szkoły będzie mógł ustalać jej program. Dlaczego? Wierzę, że samorządy dbają o szkoły. Sam mam samorządowe doświadczenie, chociaż muszę powiedzieć, że z chwilą kiedy zostałem prezydentem miasta stołecznego Warszawy, już jako jednolitego organizmu, to szkoły prowadzone przez poszczególne gminy były w nienajgorszym stanie, ale prawie połowa szkół tak zwanych powiatowych, ponieważ istniało coś takiego jak powiat warszawsk, była w stanie opłakanym. A to było czterysta jednostek na osiemset sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt, czyli blisko pięćdziesiąt procent. Wyrównanie tego stanu rzeczy to ciężka praca lat 2002-2005. To się udało. Więc nie jest takie zupełnie oczywiste, że jak szkoła jest w ręku samorządu, to będzie dobrze prowadzona. Choćby od strony dbałości o sytuację związaną z jej stanem, także z wynagrodzeniami nauczycieli. Problem subwencji oświatowej jest problemem bardzo trudnym, bo o ile miasto stołeczne Warszawa potrafiło do tej subwencji dokładać drugie tyle, o tyle są gminy, w których korzysta się z subwencji także dla innych celów niż oświatowe. Oczywiście to nie jest zgodne z prawem, ale tak się w rzeczywistości czyni. Gminy też są w takiej sytuacji i to już jest poważny problem. Po trzecie, istnieje problem związany z relacją między rodzicami a szkołą. Czy rodzice są zainteresowani szkołą na jak najwyższym poziomie? To wydawałoby się naturalne. Czy bywa inaczej? Bywa. Ci rodzice są wyborcami. I w końcu jest problem jednolitego kanonu. Co mi się w reformie podobało? Wyjęcie pewnych form sprawdzania wiedzy uczniów poza szkołę. Nie chodzi o oceny bieżące, jest oczywiste, że tutaj ocenia nauczyciel. Ale ocena poszczególnych szkół ocena kompetencyjna, matura oceniana z zewnątrz to jedyny sposób na wyrównywanie poziomu między szkołami. Tego nigdy się nie osiągnie w stu procentach, ja sobie świetnie zdaję sprawę, ale trzeba do tego dążyć, zdając sobie sprawę, że ideał jest nierealizowalny.

 Mam tu też osobiste doświadczenia, niejednokrotnie w życiu, choć odlegle to już lata, siedziałem po stronie tych, którzy pytali na egzaminach wstępnych i różnica poziomu między szkołami była taka, że uczeń o ocenach dostatecznych z jednej strony przewyższał ucznia o ocenach bardzo dobrych z innej. Można było mniej więcej, jeśli chodzi o ten sam region, odpowiedzieć sobie na pytanie, w której szkole jak uczą. To jest bardzo zasadnicza sprawa i tylko zewnętrzną dbałością, w moim przekonaniu dbałością władzy rządowej, ja nie mam zwyczaju przeciwstawiać państwa i samorządu. Samorząd to też państwo, ale to forma rządzenia państwem. To władza publiczna, ale tylko władza rządowa może o to w sposób odpowiedni zadbać. I jeszcze sprawa jednolitego kanonu. Otóż szczególnie w najszerzej pojętej humanistyce, wiedzy o naszej literaturze, wiedzy o naszej historii, potrzebny jest pewien jednolity kanon nauczania. Można przyjąć, że praca każdego nauczyciela jest pracą twórczą. Taka jest dzisiaj moda, żeby także w wielu innych dziedzinach działalności ludzkiej uważać tego, kto wykonuje te bądź inne zadania za twórcę, na tej zasadzie wszyscy jesteśmy artystami. Jeżeli komuś to się podoba, to ja z tym językiem nie będę polemizował. Natomiast wiem na pewno, że ludzi trzeba uczyć historii tak, żeby ją znali i przede wszystkim musi to być historia naszego kraju. Nie neguje konieczności tego, aby uczniowie znali historię innych państw i narodów, szczególnie w Europie, ale w pierwszym rzędzie swojego własnego. Po drugie trzeba ich uczyć że Polska jest jedna. Ni mam nic przeciwko tej czy innej lekcji dotyczącej historii danej ziemi, ale przede wszystkim chodzi o historię Polski. To samo z naszą literaturę. Zdaję sobie sprawę z odmienności gustów literackich nauczycieli języka polskiego. Zdaję sobie sprawę, że jeden porównując rzeczy nieporównywalne może preferować typ literatury, którą tworzył Gombrowicz, a ktoś inny woli Sienkiewicza. Zdaję sobie sprawę że to są rzeczy nie do porównania. Ci dwaj twórcy byli wybitni, jeden i drugi, ale każdy w innej zupełnie kategorii. Ale samo porównanie preferencji może być całkowicie zasadne. Nie zmienia to faktu że polska literatura jest jedna i że ma określone osiągnięcia zbyt mało znane na świecie, że podstawowy kanon jest ten sam dla wszystkich. Jest sprawa wychowania patriotycznego, też nie ukrywam, że dzisiaj znam przypadki, to nie dotyczy szkół, tylko muzeów powiatowych na ziemiach zachodnich Rzeczpospolitej, których dyrektor nie bardzo jest w stanie urządzić wystawę związaną z dziewięćdziesięcioleciem odzyskania przez Polskę niepodległości, ponieważ miejscowe władze powiatowe wolą historię tego regionu, a region leży na terenach, które w drugiej połowie dwunastego wieku odpadły od Polski. Więc wiemy czyja to jest historia w miażdżącej większości. I temu mówię nie w sposób bardzo zdecydowany, takie są moje podstawowe przekonania.

Co do sprawy stanu nauczycielskiego, zdaję sobie sprawę, że nauczyciel nie pracuje czterdziestu jeden i pół godziny w tygodniu, jeżeli chodzi o ilość lekcji. Zdaję sobie sprawę, że nauczyciel w praktyce często miewa dwa w miarę swobodne miesiące w lecie. Jeszce przerwy w zimie i na wiosnę, tylko czy to źle? Otóż ja mówię, że dobrze. Mogę tu państwa zdziwić, ale mówię, że dobrze. W tej chwili nie wchodzę w kwestię pensum, dobrze wiem co to jest, czy ono jest godzinę mniejsze czy większe, tylko w pewną zasadę, która trzyma w tym zawodzie wielu cennych ludzi. Po pierwsze każdy kto w życiu uczył, a ja uczyłem, uczyli moi rodzice, uczył mój brat, pod tym względem jestem z rodziny, w której nie ma nikogo, kto by się nauczycielstwem w życiu nie zajmował. Wiem, że czterdzieści lekcji tygodniowo jest niewykonalne, jeżeli ktoś miałby uczyć rzeczywiście dobrze. Praca nauczyciela to przecież nie tylko same lekcje. Jeżeli dobrze wykonuje swoje zadania, to dochodzi przygotowanie do nich, sprawdzanie prac, wiele jeszcze innych czynności, choćby związanych z tym, że nauczyciel jest również wychowawcą. Czy Polska jest w stanie płacić nauczycielom więcej? Tak, moim zdaniem powinna być w stanie i powinniśmy iść zdecydowanie w tym kierunku, ale czy Polska jest w stanie płacić tyle nauczycielom, co menadżerom niższego szczebla czy specjalistom od marketingu? Nie, nie jest w stanie. I dlatego te tak zwane przywileje są czymś, co trzyma w zawodzie i moim zdaniem ich naruszenie generalne da efekty całkowicie odwrotne od zamierzonych. Oczywiście to, że nauczyciele należeli do klasycznej, jak to się kiedyś mówiło, sfery pragmatycznej, czyli sfery w której oprócz zwyczajnej umowy o pracę występowały inne źródła, w szczególności nominacja, źródło stosunków. Nawet nie wiem dokładnie jak jest dzisiaj, niestety ze swojego zawodu wypadłem przed laty. Ta nominacja dawała pewną stabilizację w zawodzie, to jest też rozwiązanie, które co do zasady nie jest złe. Oczywiście nie twierdzę, że czasami nie było nadużywane, że osoby, które się do zawodu nie nadają, zbyt długo w nim nie funkcjonowały. Było nadużywane i to jest rzecz oczywista, ale przyjęcie, że dyrektor jest normalną osobą działającą w imieniu pracodawcy i może daną osobę zwolnić, nie wiem jak to jest dokładnie uregulowane, pewnie z terminem na koniec roku szkolnego, to jest to rozwiązanie wysoce wręcz niecelne. Stanem nazywam sędziów, sensu stricte to jest stan. Nauczyciele może nie w tym stopniu, jednak to też jest pewien rodzaj powołania, z punktu widzenia społecznego niezwykle istotnego. Jeżeli wpisuję w rubryce zawód nauczyciel, czy nauczyciel akademicki, to czynię to z dumą, uważam że to jest zawód, który wybrałem i wybrałem bardzo dobrze, to dobra praca. Życie potoczyło się tak, że zajmuję także innymi sprawami, ale swego nauczycielskiego zawodu się nigdy nie wypieram.

To są moje podstawowe wątpliwości, pewnie są inne, nie twierdzę, że dzisiaj jestem znawcą tej problematyki, ponieważ to jest przede wszystkim moja praktyka, to są poglądy na państwo. Nigdy problemami oświaty jako powiedzmy minister akurat tego resortu się nie zajmowałem. Ale wiem, czego bym chciał. Chciałbym szkół, które są pod nadzorem państwa, gdzie państwo, rząd dba o to, żeby ich poziom się wyrównywał, żeby także sposób traktowania uczniów, wyposażenie było odpowiednie, chociaż szkoły mogą być prowadzone przez samorząd i tego absolutnie nie kwestionuję. Po drugie chciałbym, żeby był jeden podstawowy, przynajmniej w najszerzej pojętej humanistyce, łącznie z przedmiotem związanym z wiedzą elementarną na temat współczesnego życia, w tym życia politycznego, także filozofii. Filozofia to typowa część humanistyki, jestem zdecydowanym zwolennikiem uczenia filozofii w liceach. W tym wszystkim mogą być drobne różnice, zawsze są one związane z kreatywnością nauczyciela. Nawet jak byśmy ich zakazali to i tak by były. Ale nikt zakazywać nie zamierza. Ale pod tym względem powinno być podobnie. W końcu jestem głęboko przekonany, że sprowadzenie nauczyciela do roli normalnego pracownika, ja mówię o nauczycielu szkoły publicznej, szkoła prywatna to jest inna sprawa, jest głębokim nieporozumieniem.”