Menu rozwijane

23 czerwca 2008

„Wprost“: Chce pani być politykiem?

Maria Kaczyńska: Nigdy nie miałam takich ambicji. Wystarczy, że są nimi mąż i szwagier.

A apel przeciwko zmianom w przepisach antyaborcyjnych?

Po prostu wyrażał, co na ten temat myślę. Nie trzeba być politykiem, by mieć własne poglądy.

Premier sugerował, że została pani wprowadzona w błąd.

Chyba premierowi nie do końca precyzyjnie przekazano tę informację. Nie zmieniam zdania. Uważam, że zdarzają się w życiu niezwykle trudne sytuacje, w których należy ratować życie matek czy też nie żądać, by zgwałcona przez zwyrodnialca lub, co gorsza, bandę zwyrodnialców dziewczyna musiała rodzić. Chcę tu zwrócić uwagę, że nie dopuszczam myśli, by istniała możliwość usuwania ciąży na życzenie. Spotkanie z dziennikarkami z okazji Dnia Kobiet pomyślane było jako sympatyczny happening. Rajstopy, goździk, zabawne życzenia. Pomysł zbierania podpisów pod jakimkolwiek apelem nie był planowany.

Czyli jednak zaskoczono panią?

Nie czułam się zaskoczona. Uznałam, że gorący w tamtych dniach temat spowodował ten apel.

A apel spowodował słowa o. Rydzyka o szambie i perfumerii.

Ja tych słów skierowanych pod adresem moim i obecnych tam pań nie przyjmuję. Oczywiście było mi przykro, tym bardziejże te słowa padły publicznie.

Uważa pani, że nie należy zaostrzać przepisów antyaborcyjnych?

Polskie przepisy są wystarczające. Jedynie w tych wypadkach, o których mówiłam wcześniej, można podjąć decyzję o aborcji.

Czyli obecny kompromis jest dobry?

Uważam, że tak. Został z trudem wypracowany i przegłosowany przez wszystkie ugrupowania parlamentarne w latach 90. Konstytucja wystarczająco chroni życie i godność człowieka.

Prezydent jest tego samego zdania co pani?

Sądzę, że tak. Mój mąż jest katolikiem, ale nie fundamentalistą.

Druga wnuczka to duże wydarzenie?

Ogromne. Zwłaszcza że przyszła na świat dwa miesiące wcześniej. Ewunia ma więc siostrę Martynkę. Najprawdopodobniej Martynkę, bo rodzina podsuwa córce także inne imiona. Zresztą nasza Marta tuż po urodzeniu miała być Kasią...

Skąd zmiana?

Po kilku tygodniach mąż stwierdził, że inicjały „KK“ nie najlepiej brzmią. Poza tym ja niespecjalnie lubię zdrobnienia, a wydawało mi się, że Marta to imię, którego się nie zdrabnia. Zostałam wyprowadzona z błędu już na pierwszym szczepieniu, gdy pielęgniarka zwróciła się do córki: „Marcia, pokaż rączkę!“

Ciężko przeżyła pani rozwód córki?

Tak, rozstania są zawsze trudne, zwłaszcza gdy w małżeństwie jest dziecko. Marta nie chce mówić o tym publicznie, więc i ja nie będę upubliczniać szczegółów z jej prywatnego życia. Mogę tylko powiedzieć, że spekulacje prasy na ten temat nie były do końca prawdziwe.

To znaczy?

Rozstanie nie było jej pomysłem.

Państwo zaakceptowali jej nowy związek?

Każdy człowiek ma tylko jedno życie i układa je tak, jak umie najlepiej. Dla mnie najważniejsze jest to, że Marta jest szczęśliwa i że trafiła na człowieka, który jej odpowiada. Teraz cieszymy się, że rodzina się powiększyła.

Ma pani dobry kontakt z pierwszą wnuczką?

Bardzo. Ewa ma cztery lata i kochamy się bardzo.

Przedstawiła ją nawet pani amerykańskiej parze prezydenckiej.

Tak, bo w tych dniach wnuczka była akurat pod moją opieką. Nie sądziłam, że obecność Ewy sprawi wszystkim tyle radości. Pani Laura podarowała Ewie fotografie swoich psów i kota - z dedykacją.

Pozwala pani wnuczce oglądać teletubisie?

Nie znam w ogóle teletubisiów. Nigdy ich nie oglądałam, ale cała ta afera dziwi mnie i śmieszy. Czasem czytam Ewie książki, bo Marta postanowiła wychowywać ją z minimalnym udziałem telewizora.

Ma pani czas, by samej czytać?

Mało. Choć ostatnio czytam książki dwóch młodych, zdolnych literacko kolegów córki z klasy - „Lalę“ Jacka Dehnela oraz „Reisefieber“ Mikołaja Łozińskiego.

Przed wyborami prezydenckimi w rozmowie z „Wprost“ nazwała pani siebie „eksperckim zapleczem męża“. Teraz też pełni pani taką funkcję?

To prasa mnie tak nazwała. Nie jestem aż tak zarozumiała, by mówić o sobie w ten sposób. Kiedyś rzeczywiście oglądałam „Wiadomości“ i zbierałam wycinki z gazet. Dziś robię to w mniejszym stopniu. Po pierwsze, mąż ma profesjonalne zaplecze. Po drugie, sama się zorientowałam, że Leszek i bez mojej pomocy świetnie się we wszystkim orientuje!

Jego wystąpień też już pani nie nagrywa?

Chętnie za to oglądam te, które nagrywałam na początku lat 90. To niezwykle ciekawe. Był wtedy dużo szczuplejszy. Taki brunet z czarnymi wąsami.

Jako świeżo upieczona pierwsza dama narobiła mu pani kłopotu w mediach, wnosząc na pokład samolotu reklamówkę. Jak doszło do tej wpadki?


Wpadki? Mąż leciał do Stanów Zjednoczonych i był strasznie przeziębiony. Poradzono mi, żeby na drogę miał koszulkę polo z długim rękawem. Została kupiona w ostatniej chwili i po prostu wniosłam ją do samolotu.

Mógł to zrobić oficer BOR!

Oczywiście, ale wolałam to zrobić sama. Dziś też bym tak postąpiła. Czy to grzech? Nie występowałam wtedy oficjalnie.

Ale tabloidy miały używanie. Naśmiewał się też Szymon Majewski...

...sugerując, że wniosłam mężowi kanapki i jajka na twardo! Rozśmieszył mnie trochę. Wzięłam więc taką samą reklamówkę, zapakowałam jajka na twardo i kanapki i przesłałam ją panu Szymonowi Majewskiemu, zwracając uwagę, żeby nie nakruszył przy jedzeniu. Tego samego dnia dostałam od niego kwiaty z odpowiedzią, że nie nakruszył.

Widziała pani parodię swojej osoby w tym programie?

Nie widziałam ani siebie, ani męża, ani premiera. Może i dobrze, bo nie lubię siebie oglądać. Widziałam natomiast parodię Krystyny Jandy i muszę przyznać, że aktorka, która ją naśladowała, była niezła, choć zdaję sobie sprawę, że dla parodiowanej osoby nie zawsze jest to zabawne.

Kilka tygodni temu zaangażowała się pani w obronę doliny Rospudy. Trochę wbrew premierowi, który popiera budowę autostrad. 

Kocham przyrodę i zawsze będę jej bronić. Dostałam jednak wiele listów od mieszkańców Augustowa domagających się zbudowania obwodnicy. Sprawa jest bardziej skomplikowana

Polityczna?

W pewnym sensie, tak. Łatwo popiera się działania ekologów bez szczegółowego rozeznania sytuacji, co poniekąd utrudnia budowę dróg.

Polityczne było też ostatnie pani spotkanie z Ludmiłą Putin.

Czy polityczne? Wydaje mi się, że serdeczne. Nie było moim zamiarem angażować się w działalność dyplomatyczną, bo nie taka jest moja rola, natomiast chciałabym, by nasze stosunki ze wszystkimi krajami były jak najlepsze. Pani Ludmiła Putin, żona prezydenta Rosji, jak i pani Walentyna Matwijenko, burmistrz pięknego miasta, jakim jest Sankt Petersburg, otwierały ze mną pierwszy na terenie Rosji Dom Polski i było to wielkie wydarzenie i wzruszające przeżycie, zarówno dla mnie, jak i naszych rodaków w całej Rosji.

Ludmiła Putin jest dobrze nastawiona do Polski?

Chyba tak. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Wizyta w Sankt Petersburgu była szczególnie wzruszająca. Moja mama urodziła się w tym mieście i do końca życia wspominała je z wielkim sentymentem. Z kolei Ludmiła Putin ma wspomnienia z Polski, gdzie jako studentka była na praktykach.

Powiedziała gdzie?

Sadziła róże w olsztyńskim Kortowie. Jeśli przyjedzie do Polski, na pewno zorganizujemy jej tam wizytę.