Chciałbym przedstawić problemy, które wiążą się z moją częścią Europy – z Europą Środkową i Wschodnią. Nawet w trakcie bardzo obszernego wystąpienia nie sposób omówić wszystkie bardzo skomplikowane kwestie. Chciałbym zacząć od tego, że reprezentuję kraj, który jest – jak na Europę, bo normy kontynentu amerykańskiego są inne – stosunkowo duży. Kiedy w roku 2004 do Unii Europejskiej przystępowało dziesięć nowych państw, to połowę ich mieszkańców stanowili obywatele Polski, a jej obszar wynosił ok. 40 proc. łącznej powierzchni nowych krajów członkowskich. Polska zajmuje szóste miejsce w Unii pod względem liczby ludności, zaraz po Hiszpanii i ze znacznym dystansem do następnego państwa – Rumunii, która liczy blisko dwukrotnie mniej obywateli. Również tegoroczny poziom PKB sytuuje Polskę na szóstym miejscu w Unii. Oczywiście PKB niektórych o wiele mniejszych krajów, np. Holandii, znacznie przekracza PKB Polski. Ale ponieważ w naszym kraju w dalszym ciągu utrzymuje się wzrost gospodarczy, a Holandia, której życzymy jak najlepiej, jest w okresie lekkiej recesji, to w tym roku polski PKB będzie już na pewno wyższy od holenderskiego. Choć nie zmienia to faktu, że daleko nam jeszcze do przeciętnego dochodu na głowę w Unii Europejskiej.
Z innych sukcesów Polski w ostatnich 20 latach można wskazać, że w naszym kraju dokonał się największy rozwój w stosunku do stanu początkowego. Polska jest dziś ponad dwukrotnie bogatsza niż w roku 1990. W stosunku do rozwoju w Europie z lat 50. lub 60. postęp ten dokonuje się u nas wolniej, ale biorąc pod uwagę warunki panujące obecnie na Starym Kontynencie, jest to wzrost podobny. Osobiście należę jednak do tej części Polaków i polskich środowisk politycznych, które uważają, że wyniki mogłyby być istotnie lepsze.
Fakt, że Polska jest jedynym krajem i w swoim regionie, i w całej Unii, który w tym roku będzie miał przyrost gospodarczy, choć bardzo niewielki, przypisuję następującym czynnikom:
1) trudne doświadczenia lat 90. spowodowały, że banki nie miały skłonności do ryzyka;
2) w ostatnim czasie, szczególnie w latach 2005-2007, mieliśmy bardzo wysoki popyt wewnętrzny;
3) polska bankowość nie uległa nadmiernemu skomplikowaniu – o ile na świecie oferowano podobno kilkanaście tysięcy produktów bankowych, o tyle w Polsce kilkaset, dzięki czemu nie nastąpiło oderwanie sektora finansowego od gospodarki realnej;
4) udział eksportu w naszym PKB jest stosunkowo niski, wynosi tylko ok. 40 proc., co normalnie należałoby uznać za wadę – dowód niezbyt wielkiej ekspansywności, ale w momencie kryzysu okazało się to bardzo korzystne, bo mimo spadku eksportu o 23 proc. PKB i tak rośnie.
Nowa administracja prezydencka w Stanach Zjednoczonych przyniosła istotne zmiany w polityce międzynarodowej i co za tym idzie – w sytuacji Polski. Ostatnie decyzje z 17 września odnośnie do instalacji elementów amerykańskiego systemu bezpieczeństwa w krajach Europy Środkowej oraz niedawne przemówienie prezydenta Barracka Obamy na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych mają doniosłe znaczenie. Niewątpliwie zawierają one nową ofertę w skali globalnej, opartą na zasadach, które określiłbym jako „powszechne negocjacje”. Ponieważ, co podkreślam, pokój i porozumienie są zawsze lepsze od otwartego konfliktu, od wojny, oczywiście należy temu projektowi życzyć powodzenia, co nie oznacza jednak, że nie budzi on określonych wątpliwości. Najbliższe lata pokażą, czy ta oferta jest możliwa do zrealizowania. Ma ona bardzo wiele aspektów; funkcjonuje, można powiedzieć, w ramach wielostronnego militarnego świata. Dlatego skupię się na jej znaczeniu dla naszego regionu.
Europę Środkową, a w szczególności Polskę, w ostatnich latach łączyły ze Stanami Zjednoczonymi bliskie stosunki o charakterze głównie polityczno-militarnym. Obroty gospodarcze między naszymi krajami są nikłe nawet z perspektywy polskiego handlu zagranicznego, a z punktu widzenia USA praktycznie niezauważalne; wynoszą obecnie 3-4 mld dol. rocznie. Jestem zwolennikiem ich rozwijania, ale to nie kontakty gospodarcze, tylko geopolityka będzie decydować o relacjach polsko-amerykańskich.
Na czym ta geopolityka polega? Widać to na przykładzie sprawy wojny w Iraku w roku 2003. Była ona efektem tego, co stało się 11 września 2001 roku, można powiedzieć: drugim krokiem. Stany Zjednoczone podjęły wówczas odpowiednie decyzje, które spotkały się z kontestacją wpływowych członków NATO, m.in. Niemiec i Francji. Polska znajdowała się wtedy o pół kroku od wstąpienia do Unii Europejskiej, co ostatecznie nastąpiło 1 maja 2004 roku. Kiedy wybuchł ów spór, toczyliśmy jeszcze negocjacje z UE, w której Niemcy i Francja odgrywają olbrzymią rolę. Mimo wszystko nasz kraj zdecydował się poprzeć USA i silnie zaangażować w Iraku, obejmując nawet odpowiedzialność nad pewnym jego obszarem. Podkreślam, że wtedy w Polsce rządziła lewica postkomunistyczna, ale w tej sprawie korzystała z pełnego poparcia miażdżącej większości sceny politycznej, w tym też opozycji antykomunistycznej. Początkowo nasze zaangażowanie miało trwać dwa lata, wtedy jednak w wyniku wyborów władzę objęły ugrupowania prawicowe, a ja zostałem prezydentem. Jedną z pierwszych moich decyzji, podjętych na wniosek rządu, bo tak wynika z polskiej Konstytucji, było przedłużenie misji w Iraku. Później uczyniłem to po raz drugi.
Polska w miarę swoich sił i możliwości angażuje się również w Afganistanie i w wielu innych miejscach na świecie. Należymy do większych krajów wysyłających ekspedycje za granicę. W imię czego to robimy? Oczywiście w imię solidarności, w imię obrony najwyższych wartości. O ile jeszcze w Iraku miała Polska swoje autonomiczne interesy, o tyle w Afganistanie już nie. Ale działamy też we własnym interesie, starając się być aktywnym członkiem NATO i produktywnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych.
W roku 2007 władzę w Polsce przejęła inna partia. Jeszcze za poprzedniego rządu nasz kraj uzyskał szansę współpracy w zakresie obrony antyrakietowej przeciwko ewentualnym terrorystycznym atakom. Chciałbym powiedzieć jasno, dlaczego dla Polski to jest istotne: nie z powodu zagrożenia ze strony Iranu lub Korei Północnej, lecz dlatego, że Polska chce obecności Stanów Zjednoczonych na swoim terytorium. Natomiast obecność USA utrudnia powrót do sytuacji, której wcześniej nie przewidywaliśmy, sądząc, że przynależność do NATO spowoduje ustanie raz na zawsze pewnego zagrożenia, z którym mieliśmy do czynienia przez 50 lat. Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Polska po zmianie decyzji amerykańskiej z 17 września nie obawia się ataku rosyjskiego, ale osłabienia swojej pozycji wobec polityki rosyjskiej, która polega już nie na politycznej dominacji, jak to było dawniej, lecz na zdobywaniu olbrzymich wpływów wewnętrznych. Czujemy, że znaleźliśmy się teraz w gorszej sytuacji właśnie wobec powrotu do polityki sfer wpływów, choć oczywiście nie ma ona nic wspólnego z sytuacją z lat 80. i wcześniej.
Przy tej okazji trzeba też zwrócić uwagę na kraje leżące na południowy wschód od Polski: 47-milionową Ukrainę, o terytorium większym niż Francja; Gruzję po drugiej stronie Morza Czarnego, niedużą, ale o olbrzymiej roli tranzytowej; Azerbejdżan, z wielkimi zasobami gazu i ropy naftowej, a także jeszcze dalsze – Turkmenistan i ogromny Kazachstan, o jeszcze większych zasobach. Jestem przekonany, że klucz do siły w skali globalnej stanowi nie to, kto będzie w tych państwach dominował, bo one pragną niezawisłości, ale kto będzie z nimi współpracował i gdzie będą one poszukiwały swojego bezpieczeństwa: we współpracy z Zachodem, w członkostwie w NATO – tu mówię szczególnie o Gruzji i Ukrainie – czy gdzie indziej.
Tradycją mojego narodu jest walka za wolność waszą i naszą. Ta tradycja jest mi niezmiernie bliska, ale przywiązanie do niej to – wbrew krytykom – niejedyna przesłanka mojej polityki. Odrzucając wszelkie sentymenty, przesłankę najważniejszą stanowią interesy mojego kraju, Europy i świata. Stąd też pragnę bardzo, aby ziściła się wizja autentycznie lepszego świata, którą przedstawił pan prezydent Obama. Ale jednocześnie chciałbym, żeby ceną za wciąganie do współpracy poszczególnych państw, nie było porzucenie najwyższych wartości: prawa narodów do niepodległości i demokracji, która w niejednym miejscu kształtuje się i krzepnie powoli, na którą trzeba niekiedy trochę poczekać; także prawa Europy do suwerenności w sferze energetyki. Podkreślam, że nie idzie tutaj tylko o Polskę, lecz o wszystkie kraje Unii Europejskiej i do niej aspirujące – o cały krąg cywilizacyjny, do którego należymy. Nie dlatego warto go bronić, że jest to cywilizacja jedyna, są wszak inne; ani dlatego, że to cywilizacja nasza; lecz dlatego, że właśnie ta cywilizacja jest szczególnie przychylna człowiekowi.
Jestem więc zwolennikiem ponownej próby ułożenia świata na zasadach nie tyle jednego, co całego systemu porozumień. Na tej drodze należy postępować w sposób realistyczny i nie ustępować w sferze wartości, które zwyciężyły przecież w starciu z komunizmem, pozwalając uzyskać niepodległość wielu narodom. Moja ojczyzna, Polska – duży kraj europejski, który w istocie powinien należeć do grupy G20, bo dysponuje dwudziestą gospodarką świata – w miarę swoich sił chciałby się do tego przyczynić.