Menu rozwijane

30 września 2009

Wywiad z Podsekretarzem Stanu Bożeną Borys-Szopą ukazał się w "Gazecie Polskiej" 30 września 2009 roku.

Została pani powołana na ministra przez prezydenta w tragicznych okolicznościach - po śmiertelnej katastrofie w kopalni „Wujek Śląsk".

Tak. Z tym że prezydent już wcześniej dostrzegał rosnące znaczenie problemów społecznych, szczególnie pracowniczych, i kwestii Śląska. Dał temu wyraz w czasie tegorocznych uroczystości w rocznicę podpisania porozumienia w Jastrzębiu 3 września. Jako podsekretarz stanu będę się zajmować właśnie tymi sprawami. Jestem Ślązaczką, mam rodzinne powiązania ze Śląskiem, z górnictwem. W kopalni na dole pracowali mój ojciec i mąż. Sama też długi czas pracowałam w kopalni jako specjalista ds. bezpieczeństwa pracy.

Pani ojciec był ofiarą wypadku w górnictwie? W1968 r. w dzisiejszej kopalni , Wesoła". Byłam wtedy małą dziewczynką i mama ukrywała przede mną przez dwa dni to, co się stało z tatą. Wrócił ze złamanym kręgosłupem, ale żył i to wtedy było najważniejsze. Prezydent wie, co czują w takiej chwili najbliżsi, dlatego zadeklarował pomoc górniczym rodzinom.

W polskim górnictwie co jakiś czas dochodzi do tragicznych katastrof w kopalniach. Dlaczego tak się dzieje?

Trzeba pamiętać, że górnictwo mimo postępu techniki to jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów. Ofiary śmiertelne w kopalniach są niemal codziennością w Rosji, Chinach czy na Ukrainie. Polskie górnictwo pod względem bezpieczeństwa jest na poziomie europejskim. Choć niestety i u nas zdarzają się katastrofy i wypadki śmiertelne. W bieżącym roku było ich w górnictwie wyjątkowo dużo. Faktem jest, że wydobycie w polskich kopalniach odbywa się na coraz niższych pokładach, na dużych głębokościach, często poniżej 1000 m. W ogromnej większości z nich oprócz wielu innych niebezpieczeństw występuje zagrożenie metanowe. Katastrofy w „Halembie" w 2006 r. i ostatnia w KWK „Wujek-Śląsk" były właśnie spowodowane wybuchem metanu. W górnictwie człowiek na co dzień styka się z wyzwaniami przyrody. Żeby się z nią zmierzyć - musi być perfekcyjnie przygotowany, mieć stosowną wiedzę i odpowiednie urządzenia. Zawód górnika nie może być wykonywany przez ludzi przypadkowych. Szkoda, że mówi się o tym tylko w obliczu takich wielkich katastrof, a nie wtedy, gdy uchwala się ustawy, jak np. o swobodzie działalności gospodarczej. Wtedy nie słuchano ekspertów z Wyższego Urzędu Górniczego czy Państwowej Inspekcji Pracy, organów, które konstytucyjnie mają sprawować nadzór nad bezpieczną pracą.

A jak wygląda w praktyce ten nadzór i jego ograniczenia?

Nie jest z tym najlepiej. W nowelizacji ustawy o swobodzie działalności gospodarczej z marca br. stępiono zęby organom kontroli, takim jak np. Urząd Górniczy i Państwowa Inspekcja Pracy. Chodzi o różne jej ograniczenia, choć formalnie utrzymano zasadę natychmiastowej kontroli, gdy występuje zagrożenie życia i zdrowia pracowników. Ale np. wprowadzono przepis ograniczający liczbę kontroli w danym zakładzie pracy w ciągu roku. I jeśli się zdarzy, że taki limit zostanie wyczerpany, to kontroli przeprowadzić nie można. Państwowej Inspekcji Pracy zabrano w tegorocznym budżecie ponad 50 min zł. Rząd zapowiedział cięcia w administracji, redukcję zatrudnienia, podobno o 30 proc, może to dotknąć również PIP i WUG. Wszystko to z pewnością spowoduje osłabienie tych instytucji.


Co jeszcze ogranicza możliwości działania inspektorów?

Polska jest jedynym krajem w UE, gdzie kontrolujący warunki pracy muszą przedstawić pracodawcy upoważnienie do kontroli, określające m. in., ile dni będzie ona trwać i jaki będzie jej zakres. Jeśli w toku prac okaże się, że jej prowadzenie trzeba przedłużyć choćby 0 jeden dzień albo poszerzyć zakres - potrzebne jest nowe upoważnienie. To jest zasadniczo sprzeczne z podpisaną przez Polskę Konwencją Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 81, która stanowi, że inspekcja pracy ma prawo wejść do firmy o każdej porze dnia i nocy bez uprzedniego poinformowania pracodawcy. Tyle że konwencja dotyczy jedynie PIP i tylko przemysłu 1 handlu, usług już nie. Więc firmy świadczące usługi na rzecz budownictwa i górnictwa - sektorów o największych zagrożeniach dla życia i zdrowia pracowników - mogą być kontrolowane w bardzo ograniczonym zakresie i po siedmiodniowym uprzedzeniu o takim zamiarze.

 

W informacjach o katastrofie górniczej w kopalni „Wujek-Śląsk" część mediów obciążała odpowiedzialnością górnicze związki zawodowe, które rzekomo godzą się np. na fałszowanie danych o obecności metanu. Co pani o tym sądzi?

To nie jest pierwszy atak na związki zawodowe. A przecież to właśnie ich przedstawiciele najczęściej i najgłośniej upominają się o prawo do godności, do bezpiecznej pracy i do godziwego wynagrodzenia. Sygnalizują nieprawidłowości i obawy podczas prac nad planowanymi zmianami w prawie, w komisjach sejmowych, w Komisji Dialogu Społecznego. Szkoda tylko, że ich głos tak rzadko brany jest pod uwagę. Nie zapominajmy jednak, że za bezpieczeństwo w kopalni -jak w każdej innej firmie - zgodnie z prawem odpowiada pracodawca. Związki zawodowe ustawowo zostały wyeliminowane z nadzoru nad warunkami pracy, to należy do społecznych inspektorów pracy wybieranych przez załogę. Obarczanie odpowiedzialnością związkowców jest nadużyciem. Za to bardzo często zdarza się, że pracownik, społeczny inspektor pracy czy działacz związkowy zostaje zwolniony, gdy upomina się o bezpieczne warunki pracy i przestrzeganie przepisów. Donoszą o tym również media. Przede wszystkim świadczy o tym fakt, że górnicy wypowiadający się o ostatniej katastrofie stoją tyłem do kamery lub mają zasłonięte twarze i zmieniony głos. Boją się, że stracą pracę.

To by jednak znaczyło, że w katastrofie w kopalni „Wujek-Śląsk" zawinił człowiek, a nie przyroda?

Mimo różnych niejasności przekazywanych przez media nie można tak powiedzieć. Mogło się zdarzyć, że wybuch i zapłon metanu nastąpiły nagle, bez żadnego wcześniejszego sygnału i nie dało się tego przewidzieć. Mogło także dojść do zlekceważenia zagrożenia w pogoni za zwiększeniem wydobycia. Przypomnę, że w systemie komunistycznym, aby maksymalizować wydobycie, zmuszano górników na dole do pracy na tzw. rolkach -jak górnik zjechał na dół, to wracał po kilku "dniach. Mam nadzieję, że takie metody już nigdy nie wrócą. Przed ostatnią katastrofą mogły być na różne sposoby fałszowane wyniki czujników metanu, ale nawet jeśli tak było, to należy wyjaśnić nie tylko kto, ale przede wszystkim dlaczego? Wszystkie podejrzenia muszą być przedmiotem dochodzenia prokuratorskiego i fachowej kontroli WUG. To niestety trwa, ale tylko ta procedura daje szansę odkrycia prawdy ó tej katastrofie.

W „Halembie" mówiło się, że w dużej mierze odpowiedzialność za katastrofę i ofiary w ludziach obciąża prywatną spółkę okołokopalnianą.

Niewątpliwie. Takie spółki prowadzące prace na dole dopiero od niedawna, właśnie po katastrofie w „Halembie", podlegają tym samym rygorom co kopalnie. Tamta spółka zatrudniała np. ludzi kompletnie nieprzygotowanych, nieprzeszkolonych. Do pracy na dole w warunkach zagrożenia metanem kierowano np. 21-letniego lakiernika samochodowego, który nigdy nawet nie widział kopalni. Spółki okołokopalniane powstały w wyniku popularnej tendencji do eliminowania całych działów firm i przekazywania ich funkcji podmiotom zewnętrznym, co miało zmniejszać koszty, zatrudnienie itp. Były w tym kierunku naciski w ramach kolejnych reform w górnictwie. Spółka zewnętrzna prowadząca stołówkę raczej nie będzie dla bezpieczeństwa w kopalni zagrożeniem, ale prowadząca prace dołowe to inna sprawa.

Premier Tusk powiedział w związku z ostatnią katastrofą górniczą, że „nie musimy wydobywać węgla, nie musimy wszędzie go wydobywać". Może w tym kryje się zamiar, aby zlikwidować w Polsce górnictwo w ogóle?

W mediach pojawiają się głosy, że dąży do tego niezwykle potężne lobby paliwowo-gazowe. Ale jest to bardzo szkodliwe dla Polski i dla naszej gospodarki. Kurek z gazem i ropą z Rosji można bardzo łatwo zakręcić. Skroplony gaz z Kataru nie załatwia wszystkich potrzeb, zresztą trzeba jeszcze na ten gaz poczekać. Węgiel jest dla Polski podstawowym surowcem dla energetyki i niczym go przez dłuższy czas nie zastąpimy. Jak wskazują opracowania Międzynarodowej Agencji Energii, od 2011 r. może nastąpić zwiększone zapotrzebowanie na energię, głównie w krajach rozwijających się, np. w Chinach i Indiach. Może to spowodować sytuację podobną do tej z lat 2007/2008, kiedy zachwianie popytu nad podażą przyczyniło się do znacznego wzrostu cen węgla. Z programu rządu Donalda Tuska wynika, że polska energetyka zostanie sprywatyzowana - w efekcie może to doprowadzić do sytuacji, w której będziemy importować energię elektryczną za cenę kilkakrotnie wyższą niż obecnie. Ani górnictwa, ani energetyki nie może się więc państwo pozbyć. Węgiel dziś, zwłaszcza na tle ostatniej katastrofy, może wydawać się niepotrzebny, ale -jak podkreślają eksperci - może się stać paliwem przyszłości. Nowe technologie mogą spowodować, że za 20-40 lat inaczej będziemy oceniać pochopne decyzje tego rządu. Wtedy ich skutki okażą się niemożliwe do cofnięcia. Mówił o tym w Jastrzębiu prezydent - „nie sprzedaje się pereł z korony".