Wiadomość o śmierci Zbyszka dotarła do mnie we Włoszech, gdzie spędzałem zimowy urlop wraz z rodziną.
Dla mnie osobiście była to wiadomość szczególnie przygnębiająca, gdyż obu nas łączyła nie tylko przyjaźń ta zwyczajnie ludzka, ale i ta zawodowa – kardiochirurgiczna. Była to smutna wiadomość dla polskiej kardiochirurgii i całego naszego środowiska. Przywołanie wszystkich wspomnień o człowieku, jakim był Zbyszek, tak do końca jest niemożliwe. Był osobą barwną, nietuzinkową, był przede wszystkim skutecznym kardiochirurgiem pełnym pomysłów.
Odnosił sukcesy także w innych dziedzinach – był posłem, senatorem, rektorem naszej uczelni, ministrem zdrowia, ale również zapalonym wędkarzem.
Moje pierwsze zetknięcie się ze Zbyszkiem miało miejsce na Posiedzeniu Rady Wydziału Lekarskiego w Zabrzu tuż po Jego przejściu z Warszawy. W tym czasie, co dało się zauważyć, czuł się niepewnie w nowym, nieznanym mu środowisku. W przerwie posiedzenia postanowiłem do niego podejść, aby go nieco ośmielić – stał samotnie w kącie i wypalał któregoś z rzędu papierosa. Wspominam, że klimat naszej rozmowy od początku był sympatyczny, aczkolwiek wyczuwało się pewną nutkę dystansu – uznałem to za normalną sprawę, zwłaszcza, że znał mnie, jako osobę z aspiracjami pracy w śląskiej kardiochirurgii. Byliśmy obaj na podobnej drodze zawodowej z marzeniami spełnienia się w kardiochirurgii.
Jestem przekonany, że ta pierwsza nasz rozmowa zostawiła swój ślad w naszych przyszłych wzajemnych relacjach, które intensyfikowały się w miarę upływu czasu.
Rozmowy, które z Nim prowadziłem, czyniły go bardzo ludzkim, przyjacielskim, co nasilało moją sympatię i uznanie dla Jego indywidualności. Emanował ciepłem. Jako lekarz potrafił wczuwać się w trudne momenty chorego, umiał rozmawiać z chorym, pokrzepić go, dodać otuchy.
Wbrew pozorom był człowiekiem o wrażliwej osobowości, przeżywał bardzo wszelkie niepowodzenia, które w kardiochirurgii są nie do uniknięcia.
Przy nadmiarze stresu uciekał w samotność, najlepiej nad rzeką lub długie spacery z ulubionym psem o imieniu Bamba, którego bardzo kochał.
Był człowiekiem otwartym, stawiał bardzo jasne i konkretne pytania swoim rozmówcom. Od samego początku zapalał zielone światło młodym i promował ich przekonując do nich otoczenie.
Każda osoba ciesząca się Jego zaufaniem mogła liczyć na zrozumienie i Jego wsparcie.
W 1986 r. przeprowadził pierwszą w Polsce udaną transplantację serca, stając się tym samym pionierem przeszczepu serca w kraju.
Niezbyt to dobry był jeszcze czas dla transplantacji serca nie tylko w kraju, ale i na świecie. Swoim wyczynem niewątpliwie wypełnił czas, w którym żył.
Miał odwagę porywać się na rzeczy niezwykłe. Na początku lat 90-tych powołał do życia Fundację Rozwoju Kardiochirurgii. Sam na własna rękę zabiegał o pieniądze na rozwój najnowszych metod leczenia chorób serca.
W Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu organizował koncerty charytatywne, na które zapraszał całą plejadę światowej sławy artystów m.in. Jose Carrerasa, Placido Domingo czy Chrisa de Burgha. Dla niektórych z tych artystów – jak Placido Domingo – były to najwspanialsze koncerty ich życia.
Dwa wielkie niespełnione marzenia Zbyszka to Akademickie Centrum Medyczne Zabrze –Gliwice i całkowicie implantowalne sztuczne serce.
To pierwsze, mimo zapewnień aktualnych wtedy władz – w tym premiera Leszka Millera – zapewne nigdy się już nie ziści.
To drugie marzenie będzie zależało od intuicji i energii młodych konstruktorów pracujących w Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii.
Na koniec chciałbym się odnieść do jednego z ostatnich jego wywiadów dla wścibskiego dziennikarza Dziennika na temat wiary i istnienia Boga. Ten wywiad był dla mnie nie tylko zaskakujący, ale i tajemniczy – było to jakieś dziwaczne starcie podrażnionego chorobą umysłu i prowokującego dziennikarza. Być może postępująca choroba, która jeszcze nie pasowała do Niego wyzwalała ten dziwny bunt. Przecież wielokrotnie zdarzało się w Jego życiu, że wychodził obronną ręką w sytuacjach, kiedy śmierć chciała mu odebrać chorego, o którego usilnie walczył.
Nie byłem jeszcze na Powązkach, gdzie spoczął, ale wiem, jak tam się idzie, wkrótce tam będę i zapytam Go: Po coś to zrobił? Jestem przekonany, że gdzieś w koronach drzew cmentarza usłyszę echo odpowiedzi...
prof. dr hab. n. med. Stanisław Woś
Konsultant Krajowy w dziedzinie kardiochirurgii
II Katedra i Klinika Kardiochirurgii
Śląski Uniwersytet Medyczny